Na skróty:
Tekst i zdjęcia: Grzegorz i Ela Kędzior
Nasza motocyklowa podróż Expedition East rozpoczęła się pod koniec września 2024 roku. Początkowe założenia były zupełnie inne – planowaliśmy ruszyć przez północną Afrykę, przecinając Algierię, Tunezję i Libię, by dotrzeć do Egiptu. Rzeczywistość szybko zweryfikowała jednak te ambicje. Problemy z uzyskaniem wiz i mijający czas okazały się na tyle uciążliwe, że zmuszeni byliśmy do zmiany kierunku. Zamiast południa wybraliśmy wschód.
Trasa, która ostatecznie stała się początkiem naszej wyprawy, prowadziła przez Ukrainę, Rumunię, Mołdawię i Bułgarię, aż do Turcji. To właśnie stamtąd wykonaliśmy kolejny krok – przekroczyliśmy granicę Bliskiego Wschodu, kierując się do Iraku.
Pierwszy etap wyprawy objął szeroko rozumiany Bliski Wschód i bardzo szybko okazało się, że będzie on znacznie bardziej rozbudowany, niż początkowo zakładaliśmy. Rozpoczęliśmy od Iraku, a następnie kierowaliśmy się przez Kuwejt, Bahrajn, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman. Kolejnym przystankiem była Arabia Saudyjska, skąd przedostaliśmy się do Egiptu. Później wróciliśmy na wschód – do Jordanii – by ostatecznie, nieco niespodziewanie, rozszerzyć trasę również o Syrię i Liban (tuż po upadku reżimu Aszada).
To był intensywny, długi i wymagający etap, który trwał osiem miesięcy i zakończył się w lipcu 2025 roku powrotem do Turcji. Z zakładanych pierwotnie ok 20000 km finalnie pokonaliśmy niespełna 37k km odwiedzając łącznie 16 krajów w ciągu 8 miesięcy podróży. Syria i Liban były w gratisie, niestety do Jemenu nie udało się uzyskać wiz mimo trzykrotnej próby aplikowania o ich wydanie… Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że to dopiero początek prawdziwych wyzwań…
Drugi etap rozpoczął się w Ankarze. Plan był klarowny – Mały Kaukaz, Azja Centralna i dalej w kierunku Pakistanu. Wyruszyliśmy do Gruzji, odwiedzając po drodze Armenię.
Początkowy plan zakładał przejazd z Armenii przez Iran, jednak sytuacja polityczna latem 2025 roku zmusiła nas do jego weryfikacji. Nowe regulacje wjazdowe – obowiązek podróżowania z przewodnikiem, szczegółowe planowanie trasy i dodatkowe formalności – sprawiły, że przejazd przez Iran stał się logistycznie trudny i czasochłonny. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić.
Alternatywą był Azerbejdżan. Szybko jednak okazało się, że i ten wariant nie będzie prosty. Granice lądowe kraju pozostawały zamknięte dla ruchu pasażerskiego. Transport towarowy funkcjonował, ale motocyklem przejechać się nie dało.
Zdecydowaliśmy się więc na rozwiązanie pośrednie. Motocykl wysłaliśmy z Tbilisi do Baku, a sami pokonaliśmy ten odcinek samolotem. Nie była to decyzja zgodna z ideą ciągłości podróży, ale pozwalała utrzymać kierunek wyprawy. Po ponownym spotkaniu z maszyną ruszyliśmy dalej – w stronę Azji Centralnej.
W Baku pojawiła się realna szansa na realizację kolejnego odcinka planu – przejazdu przez Turkmenistan na podstawie wizy tranzytowej. Po wizycie w konsulacie wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Czekaliśmy dwa tygodnie. Odpowiedź była negatywna. Nie otrzymaliśmy wizy tranzytowej. Pozostawała opcja turystyczna, ale ta oznaczała wysokie koszty, obowiązkowego przewodnika i całkowitą utratę elastyczności podróży. Podjęliśmy decyzję o zmianie planu.
Zamiast Turkmenistanu wybraliśmy przeprawę przez Morze Kaspijskie i kierunek na Kazachstan. Stamtąd chcieliśmy kontynuować podróż przez Kirgistan i Tadżykistan, w stronę Pamiru. Plan wydawał się prosty – ale tylko na papierze.
Najkrótsze przejście graniczne między Kazachstanem a Uzbekistanem pozostawało wciąż zamknięte z powodu przedłużającego się remontu. Znowu musieliśmy nadrabiać kilometry i szukać alternatywy. Ostatecznie skierowaliśmy się bardziej na wschód i dopiero w rejonie Biszkeku przekroczyliśmy granicę z Kirgistanem.
Do Kirgistanu dotarliśmy praktycznie na koniec sezonu. Nie było czasu na spokojną eksplorację. Skupiliśmy się na realizacji zaplanowanej trasy, bo prognozy pogody jasno wskazywały – zima nadchodzi szybciej niż zwykle.
Na początku października wjechaliśmy w Pamir. Śnieg na przełęczach nie był już wyjątkiem – stał się częścią drogi, którą trzeba było pokonać.
W dolinie Wakhanu, tuż przy granicy z Afganistanem, wydarzyło się coś symbolicznego. Nasza Pan America przekroczyła 100 tysięcy mil. Bez fanfar. Bez ceremonii. Tylko cisza gór, surowy krajobraz i świadomość, jak długą drogę już przeszliśmy.
Kolejnym etapem miał być Uzbekistan. Planowaliśmy przejazd z Duszanbe przez Samarkandę i Bucharę, a następnie powrót na południe – do Afganistanu i dalej do Pakistanu. To właśnie w Islamabadzie chcieliśmy zakończyć drugi etap wyprawy.
Podczas pobytu w Duszanbe sytuacja zaczęła się jednak komplikować. Relacje między Pakistanem a Afganistanem uległy pogorszeniu, a granica została zamknięta. Nie była to sytuacja bez precedensu, więc postanowiliśmy poczekać. Tydzień. Drugi. Bez zmian.
Zamiast czekać w nieskończoność, ruszyliśmy do Chiwy – trzeciego z legendarnych miast Jedwabnego Szlaku, obok Samarkandy i Buchary. Wciąż liczyliśmy, że sytuacja się poprawi i będziemy mogli wrócić do pierwotnego planu.
Wtedy pojawiła się niespodziewana szansa – Iran złagodził restrykcje wizowe. Podjęliśmy decyzję: jedziemy. Plan był nowy – przez Turkmenistan najkrótszą możliwą trasą do Iranu, a następnie na południe do Bandar Abbas i dalej do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Na początku listopada 2025 roku dotarliśmy do Maszhadu w Iranie. Chcieliśmy się zatrzymać. Odpocząć. Poznać kraj, na który tak długo czekaliśmy. Nie zdążyliśmy. Otrzymaliśmy pilną wiadomość z domu. Musieliśmy natychmiast wracać.
Motocykl został w Teheranie, zdeponowany w ambasadzie. My wróciliśmy do kraju z planem powrotu po Nowym Roku.
Nowy rok przyniósł kolejne napięcia. Protesty w Iranie, później groźby eskalacji konfliktu. Nie mogliśmy czekać.
18 lutego wróciłem do Teheranu sam. Odebrałem motocykl i od razu ruszyłem na południe. Plan był prosty: 1400 kilometrów do Bandar Abbas. Bez zatrzymywania się, bez zwiedzania. To nie była już podróż. To była ewakuacja.
Do Bandar Abbas dotarłem po trzech dniach jazdy. W nocy z 22 na 23 lutego przeprawiłem się ostatnim promem przez Cieśninę Ormuz do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
25 lutego Ela dołączyła do mnie w Emiratach. Byliśmy razem. Trzy dni później, 28 lutego, przyszła wiadomość: ataki w Zatoce Perskiej. Wybuchła wojna…
Choć w Emiratach czuliśmy się względnie bezpiecznie, napięcie było stałym elementem codzienności. Alerty, widok strącanych dronów na błękicie nieba, niepewność, śledzenie informacji. Pierwsze tygodnie przyniosły paraliż. Porty zamknięte. Loty ograniczone. Logistyka przestała istnieć. Utknęliśmy. Mijały kolejne dni.
Dopiero po czasie pojawiła się możliwość – transport air cargo. Nie była to tania opcja, ale jedyna dostępna. Podjęliśmy decyzję. Motocykl przygotowaliśmy do wysyłki do Indii. 25 marca 2026 roku wylądował w Bombaju. My dotarliśmy dzień później.
Drugi etap Expedition East okazał się zupełnie inny niż zakładaliśmy. Miał być kontynuacją. Stał się ciągłą adaptacją. Granice, które znikały. Wizy, które nie dochodziły do skutku. Konflikty, które wybuchały w najmniej oczekiwanym momencie.
Najbardziej symboliczny i jednocześnie najtrudniejszy moment? Ewakuacja z Iranu.
To był etap, potwierdził po raz kolejny – plan jest tylko punktem wyjścia. Reszta to zdolność dostosowania się.
W Emiratach zakończyliśmy drugi etap Expedition East odwiedzając 10 krajów i pokonując 18 200 km. Niestety musieliśmy pominąć Afganistan i Pakistan z uwagi na sytuację geopolityczną.
W Bombaju rozpoczęliśmy etap trzeci.
Śledź Screw It, Let’s Ride w mediach społecznościowych:
Drawsko Pomorskie znów stanie się jednym z najgorętszych punktów na motocyklowej mapie Pomorza Zachodniego. Już…
Polski rynek quadów rozwija się bardzo dynamicznie. W 2025 r. sprzedaż sięgnęła ok. 22 tys. sztuk. Większość maszyn…
Gdzie jest sufit Nicolo Bulegi? W WorldSBK właśnie przesuwa go tak wysoko, że rywale mogą…
Jednym z argumentów przemawiających za zakupem motocykla klasy 125 jest oczywiście ekonomia. Chodzi tu nie…
Klasa motocykli 125 dosłownie pęka w szwach i wydawałoby się, że niemożliwym jest wpaść na coś,…
Lubię motocykle. W sumie nie ma w tym nic odkrywczego. Po pierwsze pewnie masz tak…