Na skróty:
Cruisery były dla mnie zaprzeczeniem wszystkiego, co ceniłem w jednośladach. Odrzucała mnie ich niezdarność w większości drogowych sytuacji. Sprawiała, że nie byłem w stanie docenić ich klimatu, choć byłem go świadom. Aż w 2018 roku dosiadłem Harleya-Davidsona Road Kinga Special i… cyk, coś zagrało. Nadal był niezdarny, ale bardziej jak dopakowany chłop, a nie zapuszczony piwniczak. Czyli generalnie bystry w ruchu nie był, ale miał jakąś siłę, która wzbudzała respekt.
Składało się na to na swój sposób wulgarne przyspieszenie silnika Milwaukee-Eight. Do tego, zawadiacka pozycja za sterami i mroczna aura wszechobecnej czerni – to naprawdę mi zagrało. Na tyle, że jak już się odmóżdżyłem, smarując bez trudu krechy po asfalcie, to w mojej głowie pojawiło się miejsce na chłonięcie cruiserowego klimatu.
Tak – miałem wtedy z 24 lata, byłem niewyżyty, więc czułem się nieswojo, że spodobał mi się duży Harley. Wciąż jednak trzymałem się z dala od chromowanych armatur, bo uważałem, że jestem na nie za młody. I wiecie co? Producenci amerykańskich krążowników sami doszli do podobnego wniosku. Mniej więcej od 10 lat prowadzą konsekwentną narrację, że nowe modele są „klasycznie nowoczesne” i nie są tylko dla fanów klasyki, ale dla nonkonformistów w sile wieku i tak dalej…
Indian roztacza zadziorną aurę i niejeden proponował, żeby razem dojechać jak najprędzej do kolejnych świateł. I kolejnych. I kolejnych…
Swoją drogą, to niesamowite, jakimi arcymistrzami autopromocji i budowania legendy są Amerykanie. W sumie nie przeprowadzili rewolucji, a i tak wymyślili swoje maszyny na nowo. Dodali moc, moment, hamulce i czerń, zmienili malowania, a swoje premierowe modele zaczęli pokazywać w modnych warsztatach customowych. W tym klimacie niemal od początku swojej obecnej ery podążał też Indian. Indian, którego wiele osób posądza o zgapianie z Harleya. Z jednej strony faktycznie przepis na cruisera obie marki mają taki sam, ale z drugiej – czy można stworzyć pełnokrwistego amerykańskiego cruisera inaczej niż na tłusto i z silnikiem V2? Jak dla mnie nie. I tak samo jak dla mnie, Indian potrafi stworzyć totalnie unikatowy motocykl, jak Sport Chief RT, który w pełni udowodnił mi, że cruisery są fajniejsze, niż myślałem.
Indian Sport Chief RT to doskonały przykład tej wersji amerykańskiej legendy, którą w szopie przerobionej na warsztat, zbudował brodaty facet w ciuchach Carhartt. Sport Chief RT jest bowiem stworzony w modnym ostatnio nurcie Club Style, którego najbardziej charakterystycznym elementem jest przednia owiewka. Coś na wzór bikini, w miarę niska, osłaniająca obszar od zegarów do dolnej półki. Do tego mile widziane są też boczne kuferki i podniesiona kierownica.
Jak dla mnie, idealnie pasują tu jeszcze odkryte tylne amortyzatory, jak w harleyowych Dynach, czy właśnie w Sport Chiefie RT. Tu swoją drogą ujawnia się spryt Indiana, bo gdy Harleyowa społeczność zaczęła płakać za Dyną, w Springfield stworzono nowe Chiefy na otarcie tych łez. Co ciekawe, Indian ma jeszcze jedno lekarstwo na ból ortodoksyjnych harleyowców – ostatni amerykański, w pełni chłodzony powietrzem silnik V2 o absurdalnej pojemności 116 cali (1890 ccm) i finezyjnej formie.
Jeśli wg. Amerykanów sportem są power burnouty i konflikt ze zdrowym rozsądkiem, to jest to motocykl sportowy.
Jak przystało na amerykański wyrób, nie tylko pojemność silnika jest absurdalna. Samo nazwanie „Sport” motocykla, który waży 322 kg, wydaje się szalone. Ale Indian brnie w zaparte, że to ma być całkiem bystry cruiser. Club Style to bowiem taki amerykański odpowiednik Cafe Racera, służący do podmiejskich tułaczek i turystyki barowej. I to w żwawym, zawadiackim stylu. Argumentami za tym, że Sport Chief RT ma się w tym sprawdzić, są amortyzatory Fox, widelec USD Showa i czterotłoczkowe zaciski Brembo M4.32, które jeszcze jakiś czas temu można było znaleźć w sportowych motocyklach.
Zestaw słuszny, podobnie jak waga. Ale w porównaniu z innymi dużymi cruiserami, Sport Chief RT wydaje się wręcz filigranowy. Zbiornik nie sprawia wrażenia przepastnego, kierownica jest w miarę wąska, miejsca na nogi sporo, ale bez przesady – generalnie jest kompaktowo i zaczynasz wierzyć, że może być zwinnie. Ale po podniesieniu ze stopki czujesz, że większość kilogramów jest w silniku. Potężny widlak został wierny starej szkole cruiserów także jeżeli chodzi o wibracje, ale dźwięk… z seryjnymi wydechami jest przykry. Zresztą, tłumiki sprawiają wrażenie, jakby były tylko przejściówkami na czas przeglądu. O ile cały motocykl jest wykończony cudownie, tak wydechy już zaczynały się dziwnie zabielać i odbarwiać w praktycznie nowym egzemplarzu. Niby zrozumiałe, ale jednak w sprzęcie za 100 tys. zł postrzegam to jako niedoróbkę.
Na szczęście poza układem wydechowym Sport Chief RT nie ma więcej powodów do wstydu. Szybki transfer przez miasto pozwolił mi przybić z nim piątkę. Drogi Indianie, jak Ty dobrze jeździsz! Mimo że nie wykrzykujesz tego całemu światu, to zwijasz asfalt spod tylnego koła, lawirujesz między pasami dziarsko i skręcasz dokładnie tak, jak chcę. A do tego jaki masz klimat gangusiarski. Podoba mi się to.
Jak przystało na amerykański silnik, charakterystykę opisuje tu pojemność, a nie moc i moment.
Boczne kufry o pojemności 40 l są całkowicie wystarczające na blisko tygodniową wycieczkę. A taka mnie czekała, bo z „Ertekiem” umówieni byliśmy na Indian Riders Fest, europejski zlot marki w czeskim Lipnie nad Wełtawą, czyli przy samej południowej granicy naszych sąsiadów. Idealnie, bo fajne trasy dojazdowe są tam niemalże wszędzie. Przyznam, że charakter Sport Chiefa RT nie nastawił mnie raczej na spokojne dotarcie w zaplanowane miejsce i grzeczne pójście spać. Bardziej na wykonanie telefonu do brata, rezydującego we Wrocławiu i nadrobienie zaległości wynikających z mieszkania w innych miastach. Ale wiadomo, możliwie bez ekstrawagancji, bo rano trzeba wstać i jechać na sesję foto.
Zdrowy rozsądek wieczorem został więc zachowany, ale rano parę razy był prowokowany. Sport Chief RT roztacza zadziorną aurę i niejeden motocyklista rzucał porozumiewawcze spojrzenie, że musimy razem dojechać jak najprędzej do kolejnych świateł. I kolejnych. I kolejnych… Co ciekawe, Indianiec dawał radę i w szranki z lekkimi, wysokoobrotowymi sprzętami szedł dzielnie, skłaniając moich przygodnych kolegów do kiwnięcia głową z aprobatą. Raz nawet usłyszałem: „fajne masz moto”. Nie wiem tylko, czy moja odpowiedź: „dzięki, szkoda, że nie moje” była słyszalna… Ale w gruncie rzeczy to nieistotne.
Jazda ma w sobie coś z solidnej, męskiej rozrywki. Satysfakcja nie przychodzi tu beznamiętnie i od niechcenia.
Jak się okazuje, nie tylko kręcenie się po mieście od pubu do pubu jest przeznaczeniem Sport Chiefa RT. Na opuszczonych przez zarząd dróg, krętych dolnośląskich szosach, sprawował się zaskakująco dobrze. Moim zdaniem siłą Indianów zawsze było zawieszenie, które zazwyczaj działa. Po pierwsze jest komfortowe i pracuje naprawdę jędrnie, więc większość dziur i nierówności wybiera aksamitnie. Plomby z zębów nie wypadają, motocykl nie skacze na pofałdowaniach, a nierówne zakręty nie wytrącają go z równowagi.
Przyczepności i stabilności też tu nie brakuje, przez co do trasy naszej sesji zdjęciowej z Wojtkiem, dodaliśmy nieco więcej zakrętów. I już sam ten fakt utwierdził mnie w przekonaniu, że to najlepiej skręcający cruiser, jakim dane mi było do tej pory jeździć. Wiadomo, robi to nieco statecznie i z lekkimi oporami, ale w życiu nie spodziewałbym się, że cruiser może być tak reaktywny i satysfakcjonujący w winklowniu. I to chyba jest najważniejsze w tym wszystkim. Bo nawet jeśli Indianiec nie może się równać pod względem sprawności w zakrętach nawet ze średnim nakedem, to ma taki charakter prowadzenia, że chcesz go wrzucać w kolejny łuk i ciągnąć go w nieskończoność.
Ta lekka ociężałość sprawia, że jazda Sport Chiefem RT ma w sobie coś z solidnej, męskiej rozrywki. Satysfakcja nie przychodzi tu beznamiętnie i od niechcenia – ten motocykl wymaga od ciebie zaangażowania, ale nie pozostaje dłużny. Do gry wchodzą emocje dające poczucie bycia prawdziwym buntownikiem – dla jednych Lorenzo Lamasem, dla innych Jaxem z Synów Anarchii. Co istotne, zakrętaski na Sport Chiefie RT można brać na różne sposoby. Możesz zwiesić się z motocykla, zachowując jak największy prześwit, co jest wskazane, bo szorowanie podnóżkami przychodzi niezwykle szybko. Możesz też siedzieć leniwie i szorować po asfalcie ogranicznikami w podestach.
Możesz też wyjść z zakrętu płynnie odwijając gaz, albo nawinąć ile fabryka dała i lekko zarzucić tyłem – kontrola trakcji co prawda jest, ale pozwala na co nieco zabawy, lub po prostu możesz ją wyłączyć. Silnik natomiast od samego dołu oferuje zalew ordynarnego i mięsistego momentu obrotowego, a na średnich i wysokich obrotach jest na tyle czuły, że naprawdę pozwala na precyzyjne panowanie nad motocyklem. Szczególnie ma to miejsce przy ustawieniu trybu jazdy Sport, gdzie reakcja na gaz jest znacznie bystrzejsza. Tryby Touring i Rain są odpowiednio bardziej ospałe, przez co najbardziej do całokształtu motocykla pasuje mi właśnie to najbardziej sportowe.
Drogi Indianie, jak Ty dobrze jeździsz! Zwijasz asfalt spod tylnego koła, a do tego jaki masz klimat gangusiarski!
Przez następne 12 godzin będę przemierzał „Ertekiem” kręte czeskie drogi, jest cudownie! I faktycznie – to doskonała zabawa, choć w pewnym momencie okazało się, że mój tyłek jednak nie jest z żelaza i po blisko 400 kilometrach jazdy, zaczął dawać o sobie znać. Indian, choć turystykiem jest niezłym, to nie do końca wielkiego kalibru. Co prawda z pozycją jest nie najgorzej, mimo że nie jestem wielkim fanem wysokich kierownic w trasie, natomiast kanapa mogłaby być nieco wygodniejsza. Ale z drugiej strony, nie jest to też motocykl do podróży przez pół Europy – od tego są baggery i touringi.
Więc jak prawdziwy twardziel zagryzłem zęby i zwarłem pośladki, by dojechać w końcu na IRF. Dotarłem dość późno, bo w okolicach północy, ale ku mojemu zaskoczeniu większość ludzi po podróży wcale nie przytuliła głów do poduszki. Odstawili motocykle i ruszyli do barów oraz pod scenę, bo impreza trwała w najlepsze. Bardzo często zloty organizowane przez markę kojarzą mi się raczej z „kulturą wyższą”, jak na standardy motocyklowe. Tutaj zamiast gadek o pieniądzach, leasingach i innych nudnych rzeczach, były radosne hulanki. Praktycznie wszędzie, gdzie się nie zabłąkałem, spotkałem grupki pozytywnie zakręconych świrów, którzy mają w swoim dorobku dobre wyjazdy, historie czy arcyciekawe motocykle.
Szybki spacer po miasteczku, po którym rozlał się zlot, ukazał wiele zaparkowanych krążowników noszących ślady niejednych podróży. Zdarzały się motocykle z rejestracjami z naprawdę daleka – z Kuwejtu, Kataru, Egiptu… I nie były to sprzęty przywiezione na lawetach czy w kontenerze. Spacer za dnia ukazał nie tylko liczbę motocykli i ekip, jaka pojawiła się na miejscu, ale też walory okolicy. Przyjeżdżając tu, masz pełną dowolność, gdzie chcesz spać – pięciogwiazdkowy hotel? Proszę bardzo. Domki? Są. Pola namiotowe – śmiało. No i atrakcje dookoła. Z jednej strony góry, łagodne, ale z inspirującym pejzażem, wieżą widokową i wieloma ścieżkami na rowery MTB, które można wypożyczyć na dole. Zimą ta okolica zmienia się w kurort narciarski. Nad wodą natomiast jest cywilizowana przystań żeglarska z opcją wynajęcia wszelkich wodnych sprzętów. Samo jezioro jest na tyle malownicze i czyste, że naprawdę zachęca do takich aktywności.
Kufry nie tylko wyglądają, ale są zaskakująco foremne i pakowne.
Patrząc na piękne siedzenie Indiana zdałem sobie sprawę, że dziś większość producentów robi smutne i byle jakie kanapy.
Najbardziej jednak kusiły atrakcje we właściwej strefie zlotowej. Na miejscu za nos wodziły zapachy jedzenia z food trucków, idealnego jako podkład pod wieczorne koncerty. Za dnia można też było wypróbować nowe Indiany albo pocmokać nad customowymi. Co prawda nie wszystkie z nich były zdatne do jazdy, ale wyłowić z tego stada naprawdę zacne egzemplarze nie było trudno. Jury podczas sobotniego konkursu Budweis Custom Show nie miało łatwego zadania. Oprócz tego organizatorzy przygotowali jeszcze pokazy Freestyle Motocrossu, stoiska z gadżetami i ciuchami i – moim zdaniem – dwie największe atrakcje: parada motocykli i wieczorny koncert.
Jak się zapewne domyślacie, dopiero poznaję cruiserowy świat i parada to ostatnia rzecz, w której wyobrażałem sobie swój udział. Ale jednak grzechem i nieuprzejmością w stosunku do zapraszających, byłoby chociaż nie zapoznać się z tym klimatem. Początkowo myślałem, że pojedzie w niej może z 200-300 motocykli, ale przejechało aż 1800 maszyn, głównie Indianów. I o losie, jaki to był widok, ciary miałem nieustannie! Warkot tylu potężnych V2 i widok tych pięknie odpicowanych maszyn naprawdę robił wrażenie. Tym bardziej że wielu uczestników starannie przygotowało się do święta – kompletnych stylizacji motocykla i kierowcy tu nie brakowało, aż miło się na to patrzyło.
Nie wytrwałem jednak na całej paradzie; gdzieś w połowie się odłączyłem, by pozwiedzać okolicę. Okolicę, która jest jedną z najbardziej zielonych, jakie widziałem, i w której nie brakuje ciekawych dróg. Jedna z nich doprowadziła mnie do Krumlowa, jednego z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w całej Europie. A także jednego z bardziej unikatowych pod względem zabudowań, bo zamek znajduje się tu na skraju miasta, a nie w jego środku, co zostało wymuszone przez nurt Wełtawy. Co prawda nie udało mi się zwiedzić całej starówki, bo była zamknięta ze względu na inny festiwal, ale sama panorama zrobiła niezapomniane wrażenie.
Były rozmowy o motocyklach, słuszne imprezowanie i aktywny wypoczynek. Indian dobrze rozumie czym jest prawdziwa impreza motocyklowa.
Deser „Jahodovy Indian” nie pełnił żadnej konkretnej funkcji poza daniem przyjemności. Podobnie jak mechaniczny jahodovy Indian.
Parada złożona z 1800 motocykli to dobry sposób na przekonanie się co ludzi kręci w takich zajęciach.
HARLEY-DAVIDSON STREET BOB
Inny styl, ale pod względem emocji i klimatu temu motocyklowy najbliżej do Sport Chiefa. Przynajmniej w moim odczuciu.
Cena: ok. 74 000 zł
HARLEY-DAVIDSON LOW RIDER ST
Najbliższy konkurent i jak to bywa w starciu HD vs Indian, tu nie da się bezpośrednio wybrać lepszego i gorszego. To sprawa zbyt osobista.
Cena: ok. 113 000 zł
BMW R18 ROCTANE
Mocno się waham, czy dać tu R18 czy R12, ale ostatecznie większy brat jest pełnokrwistym cruiserem, choć cięższym i bardziej turystycznym. R18 w porównaniu do RT jest też bardziej unikatowy pod względem konstrukcji silnika.
Cena: od 138 000 zł
Równie dobre wrażenie zrobił sobotni koncert grupy Symphonica, która łączy instrumenty smyczkowe i dęte z typowo rockowymi. Z tą symfoniczną nutą wykonują covery gigantów rocka. I to po całości, bo do każdego utworu był dobrany inny wykonawca, adekwatny do danego klimatu. Wiadomo, że z zespołami coverującymi legendy bywa różnie, ale Symphonica nie ma powodów do wstydu. Zresztą organizatorzy Indian Riders Fest też nie. Serio, spodziewałem się nadęcia i korporacyjnej imprezy, ale Indian w takie rzeczy się jak widać nie bawi i sami „indianowcy” też nie.
Co fajne, była tam przestrzeń dla każdego. Kto chciał zrobić mocną trzydniówkę, miał ku temu pełną swobodę. Kto chciał się pobawić kulturalnie, też nie było przeciwwskazań. Nawet rodziny z dziećmi bawiły się w najlepsze i nikt nikomu nie przeszkadzał. Z pewnością ta impreza była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, choć warto odnotować, że raczej pojawili się tam ludzie bardziej dojrzali niż trzydziestolatkowie. Nie próbuję tu przemycić uszczypliwości, ale bądźmy szczerzy: 20-30 latków tam nie zobaczymy, bo po prostu mało który może i chce wysupłać tyle kasy na Indiana.
Indiana, który coraz chętniej przemawia do młodych, ale na razie pozostaje w sferze ich marzeń. Tak jak Sport Chief RT pozostał w mojej. Ale może to jest najlepszy sposób na utrzymanie ciągłości życia takiej marki? Wykreować marzenie zawczasu i podsycać legendę? Bo jak na razie takie sprzęty jak Sport Chief RT absolutnie nie są tylko motocyklami dla starych wiarusów. Póki co, pewnie wielu młodych jest za biednych w pieniądze na taki zbytek wśród zbytków. Ale głowa do góry, może jak będziemy bogaci w marzenia, to któregoś dnia je zrealizujemy. Ja np. mam nadzieję, że Sport Chief RT stanie w moim garażu, i to wcześniej, niż dorobię się zakoli, siwych włosów i implantów w kolanach.
Zdjęcia: Wojciech Sienkiewicz, Tom Babiarczyk
| SILNIK | |
| Typ: | Thunderstroke 116, czterosuwowy, chłodzony powietrzem |
| Układ: | dwucylindrowy, V2, kąt rozwarcia cylindrów 49° |
| Rozrząd: | OHV, dwa zawory na cylinder |
| Pojemność skokowa: | 1890 mm |
| Średnica x skok tłoka: | 103,2 x 113 mm |
| Stopień sprężania: | 11,0:1 |
| Moc maksymalna: | 93 KM (68 kW) przy 4500 obr./min (nieoficjalnie) |
| Moment obrotowy: | 156 Nm przy 3300 obr./min |
| Zasilanie: | wtrysk paliwa 54 mm |
| Smarowanie: | z suchą miską olejową |
| Rozruch: | elektryczny |
| Zapłon: | elektroniczny z mikroprocesorem |
| PRZENIESIENIE NAPĘDU | |
| Silnik-sprzęgło: | koła zębate |
| Sprzęgło: | wielotarczowe, mokre, sterowane hydraulicznie |
| Skrzynia biegów: | sześciostopniowa |
| Napęd tylnego koła: | pasek zębaty |
| PODWOZIE | |
| Rama: | stalowa, rurowa pojedyncza, typu otwartego |
| Zawieszenie przednie: | widelec teleskopowy Upside-down, Ø 43 mm, skok 130 mm, KYB |
| Zawieszenie tylne: | wahacz stalowy, podwójny amortyzator teleskopowy, skok 100 mm |
| Hamulec przedni: | podwójny, tarczowy, Ø 320 mm, zaciski czterotłoczkowe półpływające Brembo |
| Hamulec tylny: | pojedynczy, tarczowy, Ø 298 mm, zacisk dwutłoczkowy Brembo |
| Opony przód / tył: | 130/60 B 19 / 180/65 B 16 Metzeler Cruise Tec |
| WYMIARY I MASY | |
| Długość: | 2301 mm |
| Szerokość: | 774 mm |
| Wysokość: | 1181 mm |
| Wysokość siedzenia: | 695 mm |
| Rozstaw osi: | 1640 mm |
| Kąt pochylenia główki ramy: | 28° |
| Prześwit: | 128 mm |
| Masa bez płynów: | 312 kg |
| Masa pojazdu gotowego do jazdy: | 322 kg |
| Dopuszczalna masa całkowita: | 528 kg |
| Zbiornik paliwa: | 15,1 l |
| ELEKTRONIKA | |
| Kontrola trakcji: | tak |
| ABS: | w standardzie |
| Inne: | 3 tryby jazdy, zapłon bezkluczykowy, dezaktywacja tylnego cylindra, port USB |
| DANE EKSPLOATACYJNE | |
| Prędkość maksymalna: | powyżej 150 km/h |
| Zużycie paliwa: | 8,8 l/100 km (średnie podczas testu) |
| Cena: | 104 900 zł |
| Importer: | VCruiser sp. z o.o. www.indianmotorcycle-polska.com |
Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [01/2026]
Jednym z argumentów przemawiających za zakupem motocykla klasy 125 jest oczywiście ekonomia. Chodzi tu nie…
Klasa motocykli 125 dosłownie pęka w szwach i wydawałoby się, że niemożliwym jest wpaść na coś,…
Na początku sezonu przez media społecznościowe przelewa się fala pytań o to, jaką kamerę sportową wybrać, by filmować…
Valentino Rossi wygrał swój pierwszy wyścig w 1996 r. i miało to miejsce w czeskim…
Milan Pawelec, pierwszy w historii Polski motocyklowy mistrz Europy Moto2, dołączy do grona ambasadorów ORLEN…
Niezależnie od tego, czy chcesz kupić nowy motocykl, czy może po prostu pragniesz spróbować czegoś…