Od sezonu 2027 w MotoGP nie zobaczymy już zawodników startujących z dziką kartą. Decyzję ogłosiła FIM po ustaleniach Komisji Grand Prix, a sama zmiana musiała wcześniej zyskać poparcie wszystkich producentów startujących w klasie królewskiej.
Przypadek? Raczej nie. Lada moment MotoGP przesiądzie się na zupełnie nowe motocykle o pojemności 850 ccm, a taka zmiana sama w sobie oznacza dla producentów małą rewolucję. W tym kontekście zakaz dzikich kart wygląda mniej jak zamach na tradycję, a bardziej jak próba zdjęcia z fabryk jednego dodatkowego problemu.
Do tej pory liczba dzikich kart zależała od tego, do jakiej grupy w tzw. systemie koncesji należy producent. Wszyscy, którzy nie znaleźli się w grupie A, a więc poza Ducati, mogli wykorzystać w sezonie nawet do sześciu dzikich kart. W teorii dawało to słabszym fabrykom dodatkową szansę na rozwój. W praktyce? Najczęściej oznaczało to testera, który przez weekend zbierał dane, czasem coś sprawdził, czasem zamieszał w treningu, a w wyścigu i tak zwykle kończył na końcu stawki.
Koniec z dzikimi kartami w MotoGP w sezonie 2027.
I tu właśnie zaczyna się cała zabawa z oceną tej decyzji. Bo dzikie karty brzmią pięknie. Mają w sobie coś z dawnych czasów, kiedy lokalny bohater albo nieoszlifowany talent mógł nagle wskoczyć do mistrzostw świata i zrobić zamieszanie. Problem polega na tym, że MotoGP już dawno przestało być miejscem, do którego ktoś wpada z marszu i rozstawia regularnych zawodników po kątach. Dzisiejsze motocykle są zbyt rozwinięte, weekendy zbyt krótkie, elektronika zbyt zaawansowana, a poziom za wysoki, żeby taka bajka zdarzała się często. Albo w ogóle.
Oczywiście historia zna piękne wyjątki. Akira Ryo w 2002 roku podczas GP Japonii na Suzuce był o włos od pokonania Valentino Rossiego. To był pierwszy wyścig nowoczesnej ery MotoGP, z czterosuwowymi motocyklami 990 ccm i jedna z tych historii, które brzmią dziś niemal jak motorsportowa legenda opowiadana wnukom. Ryo, tester Suzuki, prowadził przez większość dystansu, a Rossi musiał się naprawdę napocić, żeby go dogonić i pokonać. Dzikie karty miały wtedy sens i potencjał stworzenia czegoś kompletnie nieprzewidywalnego.
Był też Norick Abe, który w 1994 roku w Japonii pojechał tak, że choć wyścigu nie ukończył, natychmiast zapisał się w pamięci kibiców. Walczył z Mickiem Doohanem i Kevinem Schwantzem, a jego brawurowy występ stał się przepustką do poważnej kariery. Ben Spies w 2008 roku też pokazał, że zawodnik spoza stałej stawki może wejść do MotoGP i nie wyglądać jak turysta. Występy takich ludzi budowały mit dzikich kart: oto ktoś z zewnątrz przychodzi i wchodzi do serii razem z drzwiami.
Tyle że to były inne czasy. Współczesne przykłady są dużo mniej romantyczne, choć niepozbawione uroku. Dani Pedrosa na KTM-ie faktycznie udowadniał, że dzikie karty jeszcze mają sens. W 2023 roku na Misano spisywał się rewelacyjnie: był najlepszym zawodnikiem KTM-a w kwalifikacjach, sprincie i wyścigu, o włos rozmijając się z podium. Wskoczył na nie — w sprincie — w sezonie 2024 podczas szalonego sprintu w Jerez. Warto jednak pamiętać, że Pedrosa to nie anonimowy tester, tylko jeden z najlepszych zawodników swojego pokolenia i gość, który nawet jako emeryt nadal potrafił zawstydzić pół padoku. To raczej wyjątek potwierdzający regułę niż dowód, że system dzikich kart faktycznie działa.
Dani Pedrosa startując z dziką kartą wywalczył trzecie miejsce w sprincie w Jerez w 2024 roku.
Podobnie można spojrzeć na Michele Pirro, Mikę Kallio czy Takę Nakagamiego. Pirro przez lata robił dla Ducati solidną robotę, szczególnie na włoskich torach. Kallio potrafił na KTM-ie pokazać, że fabryczni zawodnicy niekoniecznie mogą spać spokojnie. Nakagami w Le Mans 2025 dojechał szósty, ale trzeba uczciwie dodać, że pomogły mu okoliczności jednego z najbardziej szalonych wyścigów sezonu. To nie były już jednak historie o zawodnikach, którzy przychodzą znikąd i zmieniają układ sił w MotoGP. Oni mieli już spore doświadczenie w tej kategorii, które trzeba było po prostu trochę „odkurzyć”.
Do tego warto odczarować jeszcze jeden mit. Wiele występów, które kibice z rozpędu traktują jako dowód na magię dzikich kart, wcale dzikimi kartami nie było. Troy Bayliss wygrywający GP Walencji 2006? Piękna historia, ale Bayliss wskoczył wtedy na Ducati w miejsce kontuzjowanego Sete Gibernau. Katsuyuki Nakasuga na podium w Walencji w 2012 roku? To było zastępstwo za Bena Spiesa. Innymi słowy: MotoGP nie odbierze nam wszystkich niespodziewanych występów zawodników spoza stałej listy startowej. Odbierze fabrykom możliwość dokładania kolejnego motocykla z testerem, który ma po prostu zebrać dane.
Po takim rozróżnieniu łatwiej spojrzeć na ten zakaz bez przesadnej żałoby. Zwłaszcza że z perspektywy producentów może być on nawet wygodny. W 2027 roku wszyscy zaczynają od nowa, przynajmniej w teorii. Zmieniają się pojemność, motocykle i opony, więc priorytetem będzie dostarczenie konkurencyjnego sprzętu podstawowym zawodnikom i zespołom satelickim, a nie dokładanie kolejnych weekendów testowych pod przykrywką startu w Grand Prix.
Zresztą nawet zanim przepis formalnie wejdzie w życie, dzikie karty i tak powinny mocno stracić na znaczeniu. Starty na starych motocyklach nie mają już większego sensu, a wystawianie nowych 850-tek przeciwko aktualnym „tysiącom” zostało zakazane. Końcówka sezonu 2026 i tak raczej nie byłaby więc festiwalem dzikich kart. Czy to zatem krok w dobrą stronę? Chyba tak, choć na pewno nie każdemu przypadnie do gustu…
Przeczytaj też:
Zdjęcia: KTM, Honda
Podczas wciąż trwających wakacji MotoGP organizatorzy ogłosili, że przyszły sezon – zgodnie z przewidywaniami –…
Choć Volkswagen i Ducati w żaden sposób nie potwierdziły oficjalnie, że włoska marka miałaby trafić pod…
Motopark Koszalin to jeden z bardziej malowniczych obiektów asfaltowych w naszym kraju. To właśnie na…
W obliczu coraz bardziej rygorystycznych norm dotyczących czystości spalin, zasilanie gaźnikowe w motocyklach, czy nawet…
Już na początku września Moto Guzzi będzie świętować swoje 105. urodziny. Z tej okazji zaplanowano wielkie…
Już w najbliższy weekend Janek Babiarz stanie do rywalizacji w kolejnej rundzie CIV Junior, która…