Na skróty:
Motocykle są ze mną od zawsze albo jeszcze dłużej… Mój tata w młodości miał Jawę Panelkę 559, rocznik 1964. Kiedy poznał się z moją mamą, ten motocykl był ich jedynym pojazdem użytkowym w rodzinie. Tak więc dopóki ciąża była wczesna, rodzice jeździli — ze mną…
Moje pierwsze samodzielne doświadczenie za sterami to pewnie, jak u większości chłopaków w tamtych latach, oczywiście krajowy motorower Komar. Miałem jakieś 11 lat, ale do dzisiaj pamiętam towarzyszące tym próbom podniecenie i nieprawdopodobne emocje. Boże, co to była za przejażdżka… Motocykle były wokół mnie od zawsze i to w dużych ilościach — sąsiad miał pięknego Junaka, wujo fajnego Kobuza, drugi sąsiad cudowną Cezetę. Na każdym z nich wielokrotnie jeździłem jako pasażer. Jednośladów było więcej i każdy rozgrzewał moją wyobraźnię.
Jawa wróciła do rodziny, kiedy byłem nieco starszy i miałem jakieś 16 lat. Dzięki pomocy mojego dziadka doprowadziłem ją do stanu używalności. Przez kolejne trzy wakacyjne sezony zawzięcie jeździłem nią po okolicach Błędowa, niewielkiej, ale urokliwej wsi niedaleko Grójca. Panelka jest ze mną cały czas, chwilowo jednak rozebrana i cierpliwie czeka na ponowne złożenie. Ale jest ze mną i już zostanie na zawsze.
Pierwszy jednoślad, jaki sam kupiłem, to było Piaggio Free, jeżdżące wcześniej we włoskiej poczcie — całkiem żwawy i sprawny sprzęt. Dodatkowym jego atutem były nietypowe, 14-calowe koła, znakomicie poprawiające trakcję skutera. Później pojawił się kolejny skuter, również Włoch — Piaggio Hexagon, w bogatej wersji 180 GTX. To prawdziwa ślicznotka. Ale dopiero w roku 2010 nareszcie kupiłem sprzęt, który całkowicie skradł moje serce. To Honda Helix CN 250. Ten pierwszy na świecie ekscentryczny maxiskuter jest ze mną cały czas, doczekał się nawet zabytkowych, żółtych blach. Dzięki pomocy ludzi z polskiego przedstawicielstwa Hondy odkryłem i potwierdziłem jego historię. Dość powiedzieć, że powstał w drugim miesiącu produkcji tego legendarnego modelu.
Jak to bywa u ludzi z benzyną we krwi, na powyższych sprzętach nie skończyłem, bo motocykli nigdy dosyć. Tak więc w garażu pojawił się jeszcze wierny osiołek Trampek PD 06. Od mojego ojca chrzestnego dostałem też ciekawy sprzęt, kolejne Piaggio — to moped Ciao, ujeżdżany przeze mnie dość krótko, bo jedynie w okresie, kiedy za przekroczenie prędkości zabrano mi prawko na trzy miesiące. Moped, jako pojazd wolnobieżny, jest w takich sytuacjach zupełnie legalny. Znakomita większość moich przyjaciół i znajomych to też ludzie motocyklowi, i tak to się wspaniale kręci i napędza.
Zaczęło się od wersji ze sklejki, która…
… ewoluowała do projektu wykonanego na drukarce 3D.
Od dzieciaka jestem „dłubakiem”, więc warsztatowanie jest ze mną od małego. To się przydaje przy użytkowaniu starej motoryzacji, ale także i w codziennych pracach domowych. A dom mam okazały — dwóch synów i dwie córki. Więc naturalną koleją rzeczy dla młodzieży budowałem różne rzeczy: meble, zabawki. Naprawiałem też ich — i ich kolegów — wszelkiego rodzaju zepsute lalki, figurki i co tam akurat „się połamało”, i zawsze czyniłem to z radością.
To właśnie dziecko, najmłodsza córka, była inspiracją i motywacją do zbudowania pierwszego Indiana Chiefa. Zawsze bardzo podobały mi się rowerki biegowe jako znakomita maszyna treningowa dla takiego bardzo młodego człowieka. Bez bocznych kółek, dająca poczucie pędu, przy okazji budująca poczucie pewności i równowagi. Taka konstrukcja ma pełne uzasadnienie — najmłodsza córka najszybciej z całej czwórki moich latorośli opanowała jazdę na rowerze.
Ale wracając do idei rowerka biegowego — obejrzałem i przeczytałem chyba „wszystko” na ich temat. Okazało się, że kluczowym elementem jest siodło. Dzięki odpowiedniemu kształtowi nie powoduje niechcianych ruchów stawów biodrowych, stając się naturalnym podparciem, a nie przeszkodą w jeździe. Dzięki temu młody człowiek faktycznie biega na takim sprzęcie. I tak, dumając nad zagadnieniem, pomyślałem, żeby samodzielnie zbudować dla małej taki rowerek.
Trochę dla żartu stwierdziłem, że nie muszę się ograniczać co do formy, więc moja córka będzie najmłodszą właścicielką Indiana na świecie. Do motocykli Indian, pewnie przez perypetie firmy, mam szczególną słabość. Do tego te jedyne w swoim rodzaju, najpiękniejsze na świecie, bufiaste błotniki w Chiefie… i emblemat z głową Indianina. Plemiona indiańskie Ameryki Północnej do czasów kolonizacji to dla mnie ikoniczny symbol wolności. Tak też zawsze widziałem motocykle tej marki, czy to wczesne Scouty, czy Chiefy — jako wolne rumaki. Silne i takie, którym można zaufać. Los marki i plemion Indian według mnie są zbieżne. To wywołuje u mnie uczucie nostalgii i sentyment. Harley miał w swojej historii więcej szczęścia. Dlatego też zdecydowałem się w pierwszym projekcie na wybór Chiefa Black Hawka ’48, ostatniego z prawdziwych Indianów.
Do motocykli warto przyzwyczajać przyszłe pokolenia już od maleńkości.
Oprócz sprawnych rąk mam jeszcze umiejętności projektowe i graficzne, to całkiem przydatny zestaw w takich okolicznościach. Wziąłem się więc do roboty. Zależało mi, aby oddać proporcje i jak najwięcej charakterystycznych detali kultowego motocykla. To nie było takie proste, zwłaszcza przy ograniczeniu, jakim jest praca w drewnie. Rama roweru jest wierną kopią oryginalnej ramy Chiefa, łącznie z zachowaniem kąta główki. Bak, błotniki, dobór średnicy kół — wszystko to są „prawdziwe” wymiary, tyle że w mniejszej skali.
Przy pracy posługiwałem się oprogramowaniem Corel Draw, bo moim zdaniem jest idealne do obróbki wektorów. Prace odbywały się bowiem w formacie 2D, czyli „na płasko”, tyle wystarczy dla prostej frezarki. Gotowe pliki trafiły do znajomego, który na frezarce wyciął elementy składowe ze sklejek o różnej grubości. Następnie zaczął się montaż kluczowego elementu, czyli ramy. Szlifowanie, klejenie, skręcanie.
„Najtrudniejszy moment pracy przy ramie to była chwila, kiedy już w przygotowanym zestawie miał powstać otwór w główce ramy pod sztycę widelca. Miałem tylko jedno podejście, a precyzyjne wiercenie pod odpowiednim kątem na długości 14 cm było sporym wyzwaniem. Święty Józef, patron cieśli, poprowadził rękę jak trzeba i udało się”.
Równolegle powstawały błotniki i bak. Do tego wykorzystałem nieco inny rodzaj sklejki — elastyczną. Później poszło już z górki, prace były nieco prostsze: malowanie i składanie. Sporym wyzwaniem był dobór kierownicy. Zależało mi, aby była lekka i kształtem jak najbardziej przypominała oryginał. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłem na OLX coś, co mi pasowało do projektu — ofertę kierownicy rowerowej od jakiegoś japońskiego roweru szosowego z lat 70. ubiegłego wieku.
Rowerek, jeszcze niekompletny, bez oświetlenia, trafił do córeczki we wrześniu 2019 roku. Jej uśmiech i słowa: „Tato, jaki on ładny”, były nagrodą. To był wieczór i mimo że w koszulinie nocnej, dosiadła go i objechała mieszkanie. Jak to kobieta, wylądowała oczywiście pod dużym lustrem. Następnego dnia objechała już przydomowy rewir.
Indian został tak przygotowany, żeby „rósł” wraz z dzieckiem. Ma więc regulowaną wysokość siedziska. Córka dostała go w wieku trzech lat, wystarczył na mniej więcej jeden sezon. W międzyczasie, w trakcie przejażdżek, Indian wzbudzał duże zainteresowanie u innych dzieci, ale także i ich rodziców. W naturalny sposób pojawiały się też pytania o sprzedaż.
Te coraz częściej zadawane pytania dały w końcu impuls do myślenia o komercyjnym podejściu do tematu. Wiedziałem, że ewentualna „produkcja seryjna” nie może wyglądać jak prace przy pierwszym egzemplarzu, bo to było naprawdę wiele roboczogodzin. Rzeźba w sklejce nie mogła już wchodzić w grę. Jeżeli miałem brać się za temat na poważnie, to jedynie w sposób bardziej zautomatyzowany i powtarzalny.
Tak trafiłem do firmy zajmującej się drukiem 3D. To nie była pierwsza ekipa, z którą rozmawiałem. Wybór chłopaków z Piaseczna był podyktowany ich parkiem maszynowym — drukiem elementów powyżej 1 m — stylem, w jakim zapalili się do projektu, jak również ich sporym doświadczeniem w detailingu swoich wydruków. Bo należy wiedzieć, że są firmy, które potrafią oprócz wydrukowania zająć się również szpachlowaniem i malowaniem. A oni to doskonale potrafią ogarnąć.
Tak, na przestrzeni roku, powstał kompletny projekt 3D. Indiański rowerek nieco urósł, bo model pierwotny miał koła o średnicy 10 cali, ten drukowany ma już 12-calowe.
Powstały w sumie dwie sztuki. Pierwsza, zupełnie surowa, była traktowana jak prototyp. Po testach „drogowych” i ogólnej rozkmince elementów do poprawy powstał drugi, docelowy model. Pozbawiony wielu wad, jakie miał przedprototyp. Pierwotna wersja miała zdecydowanie zbyt wiotką ramę i monstrualnie ciężkie błotniki. Model 2.0, po udanych „jazdach — biegach? — testowych”, poddany został już dalszej obróbce, szlifowaniu, wygładzaniu i lakierowaniu.
Kierowcą testowym, opiniodawcą i docelowym użytkownikiem była oczywiście moja Hela. Tak że jej bilans to już TRZY Indiany w tak młodym wieku, a to już bardzo przyzwoity wynik. Pełne przygotowanie wersji „produkcyjnej” w technologii 3D to spory koszt. Dzięki zapałowi i wierze chłopaków w projekt policzyli mnie ulgowo za przygotowanie projektu i samo wykończenie. Ale i tak nie zmieściłem się w sumie 10 tys. zł. Drogo, ale gdyby rowerek wszedł do produkcji seryjnej, to koszty rozłożyłyby się zupełnie inaczej.
Założenie komercyjne, z uwagi na konieczność użycia logotypów, musiało i musi być zaakceptowane przez właściciela marki, czyli wówczas Polarisa. Na początek spróbowałem rozmów z polskim przedstawicielem Indiana. Ale wiadomo, że trzeba było uderzyć znacznie wyżej, decyzja należy do centrali. Tak rozpocząłem wstępną grę miłosną z Polarisem. Niestety rozmowy utknęły w martwym punkcie, pewnie przez odbywającą się właśnie zmianę właściciela marki Indian.
Jednak nie poddaję się, chociaż zapał do projektu nieco opadł. Dzięki mojemu najstarszemu synowi powstał piękny film oraz sesja foto. Te materiały trafią do CEO, dyrektora generalnego samodzielnej w tej chwili spółki Indian Motorcycle, i mam nadzieję na uzyskanie zgody. Zgody na produkcję z wykorzystaniem legendarnego logotypu. Dystrybucję planuję wyłącznie przez autoryzowane salony Indiana w Polsce i Europie. A może wypłyniemy na jeszcze szersze wody?
Wrócę na chwilę do naszego dystrybutora przy ul. Pelikanów, kiedyś Al. Jerozolimskie 200, w Warszawie. Ekipa zrobiła swoją sesję i wrzuciła zdjęcia na oficjalny profil Indiana EU. Utkwił mi w pamięci komentarz jednego gościa z Niemiec: „Teach them young!”. Może się uda? W końcu marzenia są po to, aby je spełniać…
Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [01/2026]
Janek Babiarz znakomicie rozpoczął tegoroczny sezon, zachwycając formą podczas inauguracyjnej rundy prestiżowej serii Campionato Italiano…
Aprilia w rewelacyjnym stylu spisała się w sobotę na torze Mugello, najpierw dzięki Jorge Martinowi…
Dwie czerwone flagi, powrót Marca Marqueza, nowe barwy Aprilii, czterech Włochów na czele i wreszcie…
Wydawałoby się, że motocykle 125 na prawo jazdy kat. B nie powinny sprawiać problemów pod…
W ostatni weekend maja, na torze Mugello zawodnicy MotoGP będą walczyć o Grand Prix Włoch.…
Z końcem maja sieć obiegły informacje, że przez prawie rok prowadzono śledztwo dziennikarskie w sprawie…