Z archiwum ŚM: A może do Afryki? Numer 7/1996

W planie mieliśmy trzy tygodnie wspaniałych wakacji. Pierwszy etap wiódł do Czech. Wyjechali­śmy ok. godziny 11 z Piły i wie­czorem zameldowaliśmy się u znajomych Czechów w Ro­kietnicy, ok. 30 km za przejściem granicznym w Jakuszy­cach. Tam trochę popiwkowali­śmy i nazajutrz ruszyliśmy w kierunku Pragi i później granicy czesko-austriackiej.

Na nocleg zatrzymaliśmy się przed samą granicą, na polu na­miotowym. Tam znów znako­mite piwo czeskie, knedliki i spanie w namiocie. W kolejny, trzeci dzień przeskoczyliśmy całą Austrię. Cały czas jechali­śmy autostradą. Z wcześniej­szych naszych informacji wyni­kało, iż autostrady są płatne. Ale, dzięki Bogu, jest to bzdura. Przynajmniej ta, którą my je­chaliśmy (na Linz, Salzburg, Villach) jest bezpłatna, oprócz jednego tunelu, gdzie zapłacili­śmy ok. 10 DM za przejazd. 

Italia

Do Włoch wjechaliśmy w nocy i tam też poznaliśmy bardzo sympatyczną parę motonitów. On Polak, ona Niemka, jechali na zlot do Austrii (po drodze zresztą mijaliśmy setki moto­cyklistów, którzy tam właśnie podążali) i zaczęli nas nama­wiać, abyśmy do nich dołączy­li. Zaczęliśmy się wahać (szczególnie Aśka miała już dość jazdy i chciała wreszcie odpocząć), ale po moich namo­wach i tłumaczeniach podzię­kowaliśmy sympatycznej parze i ruszyliśmy w Alpy, tym razem włoskie. A propos Alp, na po­czątku byłem pod ich wraże­niem, ale stopniowo podczas pokonywania setek zakrętów, zaczęło mnie to drażnić i mę­czyć. 

Pierwszą noc we włoskich Alpach (podobno bardziej sło­necznych i piękniejszych) spę­dziliśmy „na dziko” na jednym z górskich parkingów. Na po­czątku trochę się obawiali­śmy, ja o maszynę, Aśka o nas, ale niepotrzebnie. Jak się okazało, setki Włochów tak nocują i jest to bardzo popu­larny rodzaj noclegu w Alpach. Tylko jedno nam w nocy dokuczało – zimno, i ono też nas wcześnie obudziło. 

Kolejny dzień to znowu Al­py, po nich może i niższe, ale mniej uciążliwe Apeniny i wreszcie nocleg na górskim kempingu za 20 DM. Piątego dnia przejechaliśmy przez Wenecję, zwiedziliśmy Krzywą Wieżę w Pizie i doje­chaliśmy do portu w Livorno, skąd wieczorem popłynęliśmy do Golfo Avonci na Sardynii. Bi­let w obydwie strony kosztował 210 DM. 

Następnie w jeden dzień przeskoczyliśmy 300-kilometrową Sardynię i znaleźli­śmy się w Cagliari, największym i chyba najbrudniejszym mieście na wyspie. Po drodze cały czas temperatura +35 stopni w cieniu; droga dwupa­smowa z dziesiątkami tuneli, ciągnąca się przez całą długość wyspy wśród gór i skąpej ro­ślinności. Do Cagliari przyje­chaliśmy w niedzielę, około go­dziny 16. Okazało się na miej­scu, że do Tunisu płynie tylko jeden prom w tygodniu. Dniem tym okazała się niedziela (chy­ba większego farta nie można już mieć). A więc wieczorem wypłynęliśmy z Sardynii do Afryki (ale to brzmi!!!). 

Jako że prom płynie przez Trapani na Sycylii i zatrzymuje się tam na 12 godzin, to nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko zwiedzić kawałek Sycylii. A wygląda ona naprawdę tak, jak pokazują na filmach, a więc bardzo wąskie uliczki, stare i brudne robotnicze dzielnice, pełno obskurnych knajp i ta­wern. Osobiście nie jesteśmy ludź­mi wymagającymi, ale południe Włoch to naprawdę bieda, bie­da i jeszcze raz bieda. 

Tunezja

Po 48 godzinach płynięcia wy­siadamy w Afryce. Orbis w Pile zapewnił nas, że wizy do Tune­zji są zniesione. Faktycznie, są, ale tylko dla wycieczek zorgani­zowanych, a nie dla indywidu­alnych turystów. Po rozmo­wach, kłótniach i prośbach (3 godziny) wbito nam do pasz­portów za 6 $ wizę i po odbyciu kontroli granicznej (3 godziny) wpuszczono nas do Tunezji. Cu­dem znaleźliśmy nocleg w Tuni­sie, w hotelu Manai, razem z po­znanymi na promie Czechami (oni też mieli ten sam problem z wizami, co my, i do tego przyjechali z Czech „stopem”). Hotel Manai to stara, rozpa­dająca się buda; na podłogach ubita ziemia, w pokoju tylko dwa łóżka i materac oraz stół. Ale za to właściciele tak ser­deczni i sympatyczni, że bojąc się o moją Yamahę (zresztą ja chyba najbardziej) kazali mi wprowadzić ją do pokoju właści­ciela. Cena za dwie osoby za ho­tel – 5 $. 

Następnego dnia, znając już „zadymę”, która tutaj panuje, pojechaliśmy ponownie do por­tu i kupiliśmy bilet powrotny do Cagliari. Zajęło nam to, ba­gatela, cały dzień. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W porcie poznaliśmy sympatycznego Polaka z Po­znania. Maciek (bo tak miał na imię) zaprosił nas do siebie, z czego oczywiście skorzystali­śmy. Mieszkał i pracował w Hammamecie, pięknej turystycznej miejscowości. Dzięki niemu pochodziliśmy po miejscowych basenach (chyba jest ich ze sto!), zobaczyliśmy naj­ładniejsze plaże, medynę (sta­re miasto) wyglądającą jak z bajek Sindbada, słynne baza­ry arabskie, na których można kupić dosłownie wszystko oraz spróbowaliśmy arabskiej kuch­ni (zresztą bardzo dobrej!). 

Jedzenie jest tutaj bardzo smaczne (pikantne) i naprawdę tanie. Normalnie obiad kosztuje około 2 $ (składa się zawsze z dwóch lub trzech dań). Pije się w Tunezji zwykle wodę (której my wyżłopaliśmy chyba cyster­nę) oraz popularne soki owoco­we, robione na poczekaniu ze świeżych owoców. Arabowie nie piją alkoholu (religia im nie ze­zwala), więc jest dostępny tylko dla turystów i oczywiście bardzo drogi. Oprócz piwa praktycznie nic nie piliśmy (bo i jak w takim upale), a butelka 0,3 l rodzimego, zresztą dobrego, piwa kosztu­je 1,2 $. 

Sahara

Po trzech dniach leżenia, opala­nia, kąpania w bardzo ciepłym i jeszcze bardziej słonym morzu stwierdziłem – dość, trzeba dzia­łać (tutaj Aśka była już coraz mniej zadowolona). Jako że w Pile przeczytałem o Tunezji prawie wszystko, trasa zwie­dzania była już z góry ustalona. W pierwszy dzień uderzyliśmy do Gabes, dużej morskiej oazy, gdzie po drodze zwiedziliśmy koloseum w El Jem. Drugi dzień to Matmata – miejsce, gdzie Ber­berowie (ludność już prawie wymarła) mieszkają w domach pod powierzchnią ziemi. Na­stępnie Douz – miasto oaza już na samej pustyni piaszczystej. 

Potem, poprzez wyschnięte, słone jezioro (na dnie jeziora jest droga), dotarliśmy do oazy Tozeur, gdzie szukaliśmy nocle­gu na kempingu opisanym w naszym przewodniku. Kem­ping był, ale ani jednego namiotu, więc sobie odpuściliśmy. I jak poprzednio skończyliśmy w hotelu, ale tym razem w czymś ekstra: z basenem, kli­matyzacją i piwem. Kolejny, trzeci dzień na Sa­harze to piach, piach i jeszcze raz piach. Na odcinku między Tozeur a górską oazą Tamerzą skończył się i tak „cienki” asfalt. Myślałem, że będziemy musieli zawrócić, ale jakoś przejechali­śmy te około 40 km po napraw­dę nie ubitym piachu, gdzie tyl­ko co jakiś czas przejeżdża je­ep, landrover albo wariaci na potężnych enduro. Ale o waria­tach na chopperze chyba nikt nie słyszał. Autentycznie, jadąc po tym piachu w temp. 45 stop­ni w cieniu, poważnie myślałem zmianie maszyny na Hondę Africa Twin, bądź też BMW R 1100 GS. 

Ale później, gdy zobaczyłem oazę Temerza i asfalt, to o zmianie motoru zapomnia­łem. W Temerzy, oprócz palm, do których już przywykliśmy, zobaczyliśmy autentyczną rze­kę z wodospadem (pod którym się wykąpaliśmy!!!), pojedliśmy trochę daktyli i popiliśmy piwka (było zdecydowanie najtańsze jak dotychczas). Z Temerzy po­jechaliśmy do ostatniej na na­szej drodze oazy Gafsa, gdzie przeczekaliśmy największe słoń­ce i po zjedzeniu chyba ze 3 kg owoców ruszyliśmy w drogę po­wrotną. Po drodze minęliśmy jeszcze Kairnan, święte miasto islamu ze wspaniałym mecze­tem (niestety niewierni, czyli my, nie mogliśmy do niego wejść) i w nocy dotarliśmy do naszego wspaniałego Maciusia. 

Razem w trójkę spędziliśmy jeszcze dwa dni i po pożegnaniu i obiecaniu spotkania się w Pol­sce wyjechaliśmy na prom, po­zostawiając Maćka znów same­go w Hammamet. 

Powrót

Droga powrotna wyglądała w podobny sposób, trwała 7 dni, tyle że po drodze odwiedzi­liśmy Słowenię. 

Na koniec chcielibyśmy dać podobnym do nas turystom kil­ka wskazówek. Po pierwsze autostrady w Austrii są bez­płatne (z wyjątkiem niektórych tuneli), natomiast we Włoszech – płatne i to „słono” (100 km za 10 DM). Jeżeli chodzi o je­dzenie i picie, to wiadomo, że w Austrii jest drogie, ale jeżeli się uprzecie, to dostaniecie w supersamach rzeczy tanie, porównywalne z naszymi. 

Na­tomiast jeżeli chodzi o Włochy, to nawet jeżeli będziecie upar­ci, to i tak jest tam bardzo dro­go. Słowenia jest znacznie tań­sza. Warto tam zatankować (11 = 1 DM) i zrobić zakupy. O Czechach nie będę wspomi­nał, bo sprawa jest raczej wia­doma. Natomiast Tunezja jest krajem tanim, myślę tu o jedzeniu, paliwie i noclegach. Wszystko właściwie, za co się weźmiemy, jest tańsze niż w Polsce (oprócz alkoholu). Jeżeli dodamy do tego umiejęt­ne targowanie się, to napraw­dę niektóre rzeczy są wręcz śmiesznie tanie (np. owoce).

Najdroższą rzeczą w całej tej eskapadzie, której niestety nie da się ominąć, były z pew­nością promy. Wszystkie razem w jedną i w drugą stronę wynio­sły nas ok. 9 mln zł (przed denominacją, przyp. red.) na dwie osoby. 

O mojej 8-letniej maszynie nie wspominam, bo tak jak wy­jechaliśmy z Piły i dotarliśmy do niej, tak nic się z nią nie działo, chodziła bez zarzutu. Jak po­myślę o jakiejś awarii w Tune­zji, to włosy stają mi dęba. Nie dlatego, że daleko, ale że prak­tycznie można zapomnieć o wszelkich częściach, chociaż ludzie są bardzo pomocni, to nic nie mogą zrobić.

Jedyne, co musiałbym zmie­nić po przyjeździe, to tylna opo­na, ale po przejechaniu prawie 7 tysięcy km to chyba normalne. Ogólnie wyjazd oceniamy jako super udany, były to na pewno najlepsze i najbardziej szalo­ne jak dotychczas wakacje. W przyszłym roku, jeżeli dopi­sze maszyna i „sianko”, to na pewno wyruszymy ponownie. Tym razem pewnie w kierunku oceanu, a może do Portugalii, albo Maroka? A może nie po­jedziemy sami, może znajdą się chętni do wspólnych wypraw? Pozdrawiamy serdecznie redak­cję „Świata Motocykli” i wszyst­kich „motonitów”. Do zobacze­nia na drodze. 

Tekst i zdjęcia: Tomasz Rerek

 

KOMENTARZE
Redakcja Świat Motocykli

Recent Posts

Włochy walczą z polskim przekrętem. Policja skorzysta z danych CEPiK

Włoskie ministerstwo spraw wewnętrznych przekazało tamtejszej policji instrukcje, jak funkcjonariusze mogą skorzystać z danych dotyczących…

24 sierpnia 2026

MotoGP: Kontraktowe szaleństwo trwa! Kto dziś podpisał umowę na 2027?

Wraz z podpisaniem porozumienia pomiędzy producentami MotoGP a Liberty Media na sezony 2027-2031, ruszyła machina…

24 sierpnia 2026

Isle of Man TT nie porzuci klasy Sidecar. Są pierwsze propozycje zmian

Organizatorzy Isle of Man TT pracują nad tym, żeby klasa Sidecar była bezpieczniejsza dla uczestników.…

24 sierpnia 2026

Motolato w Inter Motors. Nie uwierzysz, jak zobaczysz te ceny ciuchów IXON!

Dobry kombinezon sportowy, porządny zestaw turystyczny albo motocyklowe jeansy na dojazdy do pracy – niezależnie…

22 sierpnia 2026

Honda CB400 Super Four E-Clutch powalczy z chińską konkurencją. Motocykl trafi do Europy

Honda zamierza wprowadzić do Europy motocykl CB400 Super Four E-Clutch, którego koncept zaprezentowano po raz…

21 sierpnia 2026

Oznakowanie dla motocyklistów zamiast ostrzejszych przepisów. Jak to działa?

W Europie przybywa miejsc, gdzie zamiast karać motocyklistów za przekroczenie prędkości, faktycznie próbuje się dbać…

20 sierpnia 2026