Z archiwum ŚM: Andrzej Nowak – jak zdobyłem dziki zachód. Numer 6/1996


Przypominamy artykuł Andrzeja Nowaka, znakomitego gitarzysty oraz znawcy i miłośnika klasycznych amerykańskich motocykli, którego pożegnaliśmy w zeszłym roku.


Krótka wymiana zdań i dostaję zaproszenie na parę koncertów w Chicago, szybka decyzja i już siedzę w samolocie, popijając drinka „na rozluźnienie”. 

Chicago

Miasto uderzyło mnie od razu bardzo dobrą „rockową” atmosferą, o jaką raczej trudno w New Jersey. Bardzo dużo motocykli, szerokie, przestronne ulice, zieleń i, co najważniejsze, za­czyna się strefa „bez kasków”, a co się z tym wiąże: większy luz i bardziej tolerancyjna policja. Od razu na jednej z noc­nych imprez klubowych pozna­ję „weteraniarza”, dawnego kolegę ze zlotów motocyklo­wych w Polsce, który natych­miast doprowadza do spotka­nia mnie z Darkiem – niepisa­nym guru całego tutejszego towarzystwa. Muszę z dumą powiedzieć, że polscy harleyowcy z Chicago to bardzo zwar­ta grupa. Około 25 motocykli i bardzo duża grupa fanów i wielbicieli, którzy bezustannie przewijają się przez towarzy­stwo (łza się w oku kręci, kiedy przypominam sobie mój stary wrocławski klub). 

Pod Crazy Horse

Którejś kolejnej nocy, kiedy wspominamy Polskę i przyja­ciół, zapada wspólna decyzja: jedziemy do Sturgis! Wracam natychmiast do domu (ok. 1000 mil) i zaczynam przygotowy­wać moją starą, poczciwą i ukochaną WL, która przypły­nęła ze mną z Polski. Zmiana opon (zakładam idealne kopie marki Cocer), łańcuchy, aku­mulator oraz elektryczne dro­biazgi (na szczęście dysponuję wszystkimi częściami). 

Z New Jersey wyjeżdżamy we trójkę – ja na WLA 42. Udało mi się także namówić Tomka z jego nowym nabytkiem: Pan­head 56, którego, nawiasem mówiąc, nabył w całkiem nie­złym stanie od starego „Hellsa”. Szybka wymiana rozrządu na nowy, regulacja aparatu, wy­miana gaźnika na S&S (który uważam za najlepszy do Big Twina) i stary Panhead odpala jak Bóg przykazał, a następnie rysuje długą, piękną, czarną li­nię, paląc gumę przed warszta­tem. Jesteśmy z siebie dumni.

Jest i trzeci motocykl, o dziwo… M-72 z 1956 roku – w stanie oryginalnym i z wózkiem. Jak zwykle, tak samo jak w Polsce, „Stary Rus” daje nam popa­lić, ale to dopiero początek. Summa summarum M-ka ląduje na przyczepce, dwa Harleye do vana (w Polsce „blaszak”) i zwartą trzyosobową ekipą wyjeżdżamy do Chicago (tylko 1600 km w linii prostej na za­chód).

Prezydenci i Polacy

Zatrzymujemy się u Darka, gdzie powoli zaczyna zjeżdżać coraz więcej Harleyów i coraz większą ekipą objeżdżamy w nocy kilka klubów. Zupełnie na luzie, bez kasków. Kolejny klub, kolejne piwo, inny zespół, ale muzyka zawsze ta sama. Wracamy do domu i rozpo­czynamy harleyowski wieczo­rek w „atmosferze przyjaźni i ogólnego zrozumienia”. Do rana niedaleko, pojawiają się coraz to nowe Harleye – wiadomo, zbiórka u Darka. „Cisza poranna niczym nie zmącona” – właściciele leżą, motocykle stoją grzecznie w rzędzie, jak gdyby wiedziały wszystko, cze­kając na długą wyprawę. Do Sturgis mamy około 900 mil na zachód. Jeszcze ostatnie prace przy witkowym Shovelu. Da­rek przykręca zbiornik – i w drogę.

Wszyscy lekko podekscyto­wani – przecież jedziemy na największy na świecie zlot Har­leya-Davidsona!!! Około 200 mil od Sturgis pojawia się ciekawe zjawisko, ziemia zaczyna monotonnie drżeć, przyjmując wibracje motocykli. 

Jadą nieprzerwanie dzień i noc,

coraz więcej i więcej – niesa­mowite, i jak piękne! Są i poje­dynczy jeźdźcy, ale w większo­ści są to zorganizowane grupy ze wszystkich stanów i z róż­nych stron świata. Mija nas du­ża grupa Hells Angels. Jadą pięknie dwójkami, równo, po wojskowemu. Przez tę krótką chwilę daje się odczuć ich wiel­ką potęgę i jedność, jaką stano­wią nie tylko w USA, ale także na całym świecie (chwała im za przetrwanie). 

Piotr (z prawej) wykłada sztukę budowania

Cały czas mijamy mniejsze lub większe obozowi­ska, wszędzie unosi się dym z ognisk i zapach „pieczystego”. A u nas bez zmian, blues, piwo i serdeczna atmosfera to­warzyszy nam do samego Stur­gis. I tu nowe zaskoczenie, bo zlot w Sturgis nie jest tradycyj­nym jednym wielkim spędem na środku lotniska czy placu, tylko wielkim okręgiem harley­owskich obozowisk o promie­niu ok. 40 mil, gdzie Sturgis jest epicentrum całego zamie­szania i miejscem spotkań. 

Prawie wszyscy śpią do­okoła miasta w kanionach i do­linach przepięknego pasma Black Hills (Czarne Góry), któ­re słynęły z wydobycia złota, grabieży, morderstw i napadów – prawdziwy Dziki Za­chód. Na szczęście tradycje te nie zostały przeniesione w te­raźniejszość (na pół miliona zarejestrowanych na zlocie motocykli, plus dwa razy tyle niezarejestrowanych – nie by­ło żadnych incydentów). Przy­jacielska atmosfera towarzy­szyła wszystkim. Rozbijamy obozowisko w Keystone, jakieś 10 mil od słynnych Głów Prezy­dentów. Trzeba odpocząć, bo jutro wycieczka pod górę-po­mnik. 

I tu trzeba nadmienić, że tak właśnie wygląda zlot dla większości uczestników: co­dziennie wycieczka, nowe miej­sce, miasto, pomnik, strumień; wszystko to w South Dakota, w Czarnych Górach dookoła Sturgis. Rankiem jesteśmy pod pomnikiem. Nie powiem, Wa­shington, Jefferson, Lincoln i Roosevelt robią na nas wraże­nie, a my o dziwo na Ameryka­nach, którzy z lekkim niedo­wierzaniem patrzą na polską flagę, dumnie powiewającą na trójkołowcu Johna Babulki. Podchodzą, robią zdjęcia, dys­kutują z nami. W pewnym momencie wydaje mi się, że to my jesteśmy atrakcją dnia, a nie pomnik. Tego się nie zapomi­na. 

Od lewej: Willie G. Davidson, autor i jego WL

Jeszcze chwila odpoczynku dla silników, bo przecież do­jazd do pomnika to ok. czterech mil na pierwszym biegu, cały czas pod górę. Sprawdzam olej – prze­stał się gotować – no to w dro­gę! Zawracamy. Teraz cały czas z górki, chwila zastano­wienia nad hamulcami, ale nie! Muszą wytrzymać, prze­cież wymieniłem je na orygi­nalne, fabrycznie nowe z 1942 roku. Wytrzymały. Wracamy do obozowiska, gdzie czeka nas upragnione pi­wo, ognisko, muzyka i śpiew. Na dobranoc pada propozycja – jutro Sturgis. 

Miasto, tak jak wszystkie in­ne, niczym się nie różni od mia­steczek na Dzikim Zachodzie. Poza jednym: ożywa przez dwa tygodnie w roku. Kluby, restau­racje, stacje benzynowe w tym czasie są przepełnione. Wszyst­ko drży i dudni: tysiące, tysiące Harleyów. 

Dojeżdżamy do głównej uli­cy, słynnej Main Street, po któ­rej każdy z uczestników zlotu musi tradycyjnie chociaż raz przeparadować na swoim moto­cyklu. Wszystko przebiegałoby monotonnie i normalnie, gdyby nie mały incydent. Otóż zawsze i wszędzie zjawiają się tzw. „miejscowi”. Tak było i tutaj. Pod klubem jakiemuś „tubylco­wi” nie spodobał się nasz ak­cent, a nam nie spodobali się tu­bylcy, no i zaczęło się „rodeo”. Na szczęście szybko wybrnęli­śmy z sytuacji, siadamy na ma­szyny, odjeżdżamy. 

Odpoczywamy

Darek od­kręca manetkę w swoim Evolu­tion. Podwójny gaźnik Dell’Orto nabrał powietrza w płuca, ryk­nął ogniem z rur i swąd palonej gumy długo unosił się pod knaj­pą ku uciesze widzów. Ale nie policji, która czekała tylko na pretekst. No i się zaczęło – mo­notonne sprawdzanie numerów silników, ramy, niekończące się pytania, skąd, dokąd i po co, jak to możliwe, że z Polski? I w re­zultacie kara: zakaz wjazdu do Sturgis na jeden dzień. Nie robi to na nas żadnego wrażenia. Wra­camy do obozu, a tam coraz więcej sąsiadów i coraz więcej gapiów podziwiających nasze maszyny. Duma, duma i jeszcze raz duma. 

Kilka następnych dni to wy­cieczki w góry i poszukiwanie ducha prawowitych właścicieli tych ziem – Indian. Udało nam się to kilkakrotnie. Niezapo­mniane górskie strumienie, in­diańskie wodospady, skały; to wszystko wprowadziło nas w mistyczny nastrój dawnych czasów. Dopełnieniem było nocne słuchanie ich prawdzi­wej muzyki, która doprowadzi­ła nas do ekstazy w chłodzie skał i spokojności jeziora. Ra­nek otrzeźwił nas lekkim chło­dem i przypomniał o wystawie, jaką organizuje sam Willie G. Davidson. Krótka decyzja i je­dziemy. 

Widok jak z filmu: luksusowy hotel oblepiony z zewnątrz ogromnymi napisa­mi Harley-Davidson. Dookoła placu słynne firmowe cięża­rówki, którymi rozwozi się z fabryki nowe motocykle. Na parkingu hotelowym – bo tam odbywa się główna impreza – mieszane towarzystwo: od mek­sykańskich Bandidos (gang motocyklowy działający na głę­bokim południu), po eleganc­kich „biznesmenów” ze złotymi zegarkami. Atmosfera podnio­sła, świąteczna, wręcz festiwa­lowa. 

Tak będzie wyglądał pomnik Szalonego Konia, gdy zostanie ukończony

Przy wjeździe na plac od­bywa się selekcja motocykli, które mogą zostać dopuszczo­ne do wystawy. Pierwszy bez problemu wjeżdża Darek, za nim Janusz na trójkołowcu. Ja z tyłu, trochę przestraszony, ale i z odrobiną nadziei, bo WL-ka zrobiła już dookoła Sturgis ok. 700 mil, zakurzona, zabłocona, teraz naprawdę wygląda jak żywcem wyrwana z frontu. I nagle zapraszają mnie do środka, oglądają z za­ciekawieniem, dają numerek, stawiają w rzędzie wystawo­wych maszyn muzealnych. Grupka się powiększa, robią zdjęcia, ktoś żartuje: „Dlacze­go nie pomalowałeś na żółto w czerwone płomienie?” Wszyscy wybuchają śmiechem, pa­trząc życzliwie na ubłoconą „staruszkę”. Powoli dociera do mnie, że mój motocykl stoi w rzędzie obok wypucowa­nych, chromowanych, prawie nigdy nie jeżdżonych wetera­nów na przyfabrycznej wysta­wie Harleya-Davidsona w Stur­gis! Sen się spełnił. 

Zostawiam WL-kę samą sobie i idę zoba­czyć, co u kolegów. Darek, oto­czony tłumem ciekawskich, opowiada o ramie, kołach, ha­mulcach oraz innych najlep­szych rzeczach, jakie zamonto­wał w swoim motocyklu. Zresztą w zeszłym roku na tym samym miejscu zagorzale dys­kutował na temat swojego motocykla z samym Peterem Fon­dą („Easy Rider”). Trudne do uwierzenia, a jednak prawda: jest film, są świadkowie. Jasiu, trochę zdenerwowany, jak gdyby czuł przez skórę, co się za chwilę stanie, nie może znaleźć sobie miejsca, co chwilę „pucuje” swoją „trójkę”, która i tak świeci jak neon. Ma co czyścić. Wszystkie części fa­brycznie nowe, najlepszych firm światowych, własna kon­strukcja na nowiutkim Evolution i pięciobiegowej skrzyni. Jasiu nie zdejmuje polskiej fla­gi! Niech wiedzą, kto przyje­chał. 

Babulowa „trójka”

Robi się późno, komisja ogląda ostatnie motocykle, w tym jak gdyby od niechce­nia „trójkę” Babuli… A niech ich diabli, mówimy do siebie, popijając piwo i słuchając ze­społu, który „rżnął” bluesa, do­dając okrasy imprezie. 

Na ogłoszenie wyników pra­wie nie zwróciliśmy uwagi, do­piero kiedy konferansjer kolejny raz wywołał nazwisko: John Ba­bula, spojrzeliśmy na siebie i po­biegliśmy pod scenę. No i stało się. Jasio został wywołany raz jeszcze i wtedy dotarło do nas, że został zwycięzcą imprezy w swojej klasie. Hura! Hura! Hura! Sam prezes Harleya-Davidsona wręczył mu nagrodę. Łzy radości i szczęścia widzę nie tylko na twarzy Jasia, należało mu się. Dwa lata pracy i wyrzeczeń plus kilkadziesiąt tysięcy dolarów… 

Nowy Evolution Darka zwie się Indianin

Zbieramy się do odjazdu,

kiedy spotyka nas następna niespodzianka: podchodzi do nas Willie G. Davidson, skrom­ny, serdecznie uśmiechnięty pan, wyglądający jak gitarzysta zespołu ZZ Top, i gratuluje nam, polskiej ekipie, motocykli i pomysłów. Chwilę rozmawia­my o częściach, o weteranach, o Polsce. Z zaciekawieniem ogląda moją WL-kę i kiwa z niedowierzaniem głową, że z Polski! Jeszcze jeden uścisk ręki i mówi: „Ciekawe, co poka­żecie w przyszłym roku. Cze­kam na was, chłopcy!”.

Wracamy do obozowiska szczęśliwi i napełnieni we­wnętrznie czymś, co trudno wytłumaczyć. Następna wy­cieczka to miasteczko Dead Wood. Słynna siedziba hazardu i nierządu. Ulice pełne harley­owców, maszyn, policjantów i domów publicznych, które te­raz, jako obiekty muzealne, stoją zamknięte, przypomina­jąc o dawnych czasach. Mia­steczko żyje w kotlinie, dookoła której od niepamiętnych cza­sów ludzie poszukiwali złota. A co znaleźli, to oddali właści­cielom hoteli i kasyn dla tzw. uciechy ducha i ciała. 

Dwa dni odpoczynku i je­dziemy zobaczyć tzw. „siódmy cud” – pomnik jeźdźca z Black Hills. Wrażenie niepowtarzal­ne, niesamowite. Głowy Pre­zydentów wydają się przy nim małe, nieforemne. To jest do­piero dzieło! Z olbrzymiej gó­ry wyłania się już zarys India­nina, pędzącego na koniu, wskazującego ręką kierunek bitwy. Crazy Horse to imię bohatera-legendy walczące­go o wolność Siuksów. A Ja­nusz Korczak to imię rzeźbia­rza i właściciela góry. Tak, to Polak, nasza kolejna duma za granicami kraju. Korczak, który był asystentem przy budowie głów prezydentów, szybko zrezygnował ze współ­pracy, tylko dlatego, że już wtedy miał swoje pomysły, swoje idee. Podchodził do spraw artystycznie, a nie szpikował ludzi kiczem, jak robią to prawie wszyscy Ame­rykanie. Zresztą dlatego jest kolejnym kompleksem Ame­ryki – ich polskim komplek­sem, ponieważ nigdy nie wy­rzekł się polskości. 

Odjeżdżamy

Z Korczakiem wiąże się przedziwna historia. Podczas pracy na Rushmore (głowy pre­zydentów) pojawił się stary In­dianin – Henry Standing Bear, przywódca Siuksów z Pine Rid­ge. Obserwował on od lat tych prezydentów, którzy niegdyś rządzili Ameryką i przyzwalali na niszczenie wszystkiego, co in­diańskie. Stara legenda mówiła, że pewnego dnia w Czarnych Górach pojawi się człowiek, by dokonać wielkiego dzieła. Kiedy spotkał Polaka, wiedział że to on, ponieważ szamani zaznaczy­li wyraźnie datę jego urodzenia: 6 grudnia, dzień śmierci Szalo­nego Konia. I tak się zaczęło. 

Za­szczepił to w Korczaku kilka­dziesiąt lat temu (tak, bo budo­wa pomnika trwa już kilkadziesiąt lat, a ukończenie jest planowane grubo po 2000 roku). Zaczęto 3 czerwca 1948 roku w obecności ok. 400 Indian. Byli także kuzyni Szalonego Konia: 93-letni Black Elk (Czarny Łoś) i 86-letni wódz High Eagle – Wysoki Orzeł. Kor­czak całkowicie poświęcił się dziełu. Wybudował u podnóży dom, który jest teraz muzeum. Całą budowę od początku do końca wykonuje tylko jego ro­dzina. Finanse to datki dobrych ludzi i Indian. Nie chciał i nie chce żadnej pomocy od rządu amerykańskiego. Rzeźba będzie miała 171 metrów wysokości i 195 metrów długości. Będzie to największa rzeźba świata. Żad­ne zdjęcie nie odda tej potęgi, która jest hołdem dla rodowi­tych mieszkańców tej ziemi. Sam Korczak został pochowany we wnętrzu pomnika, tak jak so­bie życzył. Budowę kontynuuje jego rodzina. 

Jeszcze raz oddajemy hołd górze, Korczakowi i jego rodzi­nie. Jeszcze rodzinne zdjęcie i w drogę. Wieczorem atmosfe­ra jakby smutna, spokojna. Czas wracać do domu. Żegna­my Sturgis, góry, nowych kole­gów i jazda. Trochę smutno, ale nie na długo. W chicagow­skim klubie wyjazd do Stur­gis stał się już tradycją, a więc do zobaczenia za rok. Może przyjazd grupy harleyowców z Polski stanie się rzeczywistością? Czekamy na was!

Tekst i zdjęcia: Andrzej Nowak

KOMENTARZE
Redakcja Świat Motocykli

Recent Posts

Włochy walczą z polskim przekrętem. Policja skorzysta z danych CEPiK

Włoskie ministerstwo spraw wewnętrznych przekazało tamtejszej policji instrukcje, jak funkcjonariusze mogą skorzystać z danych dotyczących…

24 sierpnia 2026

MotoGP: Kontraktowe szaleństwo trwa! Kto dziś podpisał umowę na 2027?

Wraz z podpisaniem porozumienia pomiędzy producentami MotoGP a Liberty Media na sezony 2027-2031, ruszyła machina…

24 sierpnia 2026

Isle of Man TT nie porzuci klasy Sidecar. Są pierwsze propozycje zmian

Organizatorzy Isle of Man TT pracują nad tym, żeby klasa Sidecar była bezpieczniejsza dla uczestników.…

24 sierpnia 2026

Motolato w Inter Motors. Nie uwierzysz, jak zobaczysz te ceny ciuchów IXON!

Dobry kombinezon sportowy, porządny zestaw turystyczny albo motocyklowe jeansy na dojazdy do pracy – niezależnie…

22 sierpnia 2026

Honda CB400 Super Four E-Clutch powalczy z chińską konkurencją. Motocykl trafi do Europy

Honda zamierza wprowadzić do Europy motocykl CB400 Super Four E-Clutch, którego koncept zaprezentowano po raz…

21 sierpnia 2026

Oznakowanie dla motocyklistów zamiast ostrzejszych przepisów. Jak to działa?

W Europie przybywa miejsc, gdzie zamiast karać motocyklistów za przekroczenie prędkości, faktycznie próbuje się dbać…

20 sierpnia 2026