Alpy. Syndrom sztokholmski, czyli wyprawa starymi włoskimi superbike’ami

Jednak trudności są po to, aby je pokonywać. W związku z tym wpadliśmy z Kukim na pomysł, by zrobić tripa na kołach z Polski w Alpy austriackie, włoskie i szwajcarskie – a może coś z nami jest nie tak? Pomysł, by zrobić to na włoskich motocyklach, to jedno „urozmaicenie”, ale my postanowiliśmy podnieść poprzeczkę i zrobić to na sportach z początku XXI wieku…

Gwiazdy naszego włoskiego festiwalu to: Benelli Tornado Novocento Tre 900 z 2006 roku i Aprilia RSV 1000R Factory, rocznik 2004, czyli maszyny całkowicie pełnoletnie. Oba powstały w jednym celu – by dokopać Ducati w klasie Superbike, więc w zamyśle ich założeń konstrukcyjnych zarówno jeden, jak i drugi w swoim spisie cech nie mają słowa „komfort”, a „bezawaryjność” też nie jest na liście priorytetów. Taki wyjazd to poważne wyzwanie!

Honorowe zobowiązanie

W 2021 roku, będąc z klubem Moto Guzzi Club Poland w Mandello del Lario na obchodach rocznicowych Guzzi, zaprosiliśmy Horsta na nasz Zlot Unique Bikers, który odbywa się co roku w przedostatni weekend sierpnia w Wadowicach. Horst obiecał, że do nas przyjedzie. Kim jest Horst, zapytacie? To zapalony Guzzisti, znany przez większość wyznawców marki, bywalec zlotów w wielu krajach europejskich. Reprezentuje nieformalną grupę (jak my – UNIQUE BIKERS) – czyli International Moto Family – skupiającą Austriaków, Włochów i Szwajcarów, właścicieli głównie włoskich motocykli. A oprócz tego należy do klubu Moto Guzzi Volarberg i jest prezydentem MC Alpenranger Austria, a prywatnie to superprzyjacielski gość.

Po prawie roku, kiedy nadszedł termin naszego zlotu, ku zdziwieniu i radości wszystkich, jako jeden z pierwszych na bramę wjechał właśnie Horst (samotnie pokonując 1200 km) ze słowami: „I told You I come, and I come!” i z miejsca zaprosił nas na organizowany przez siebie przyszłoroczny zlot pod granicą szwajcarską. A że polscy Guzzisti również tłumnie przyjeżdżają na naszą imprezę, to ich również zaprosił (w tym między innymi: Mruk, Jarek Hrabe, Mościccy czy Błaszkowscy). Od tamtej imprezy Horst zaczął namawiać na wizyty w Polsce swoich kumpli, którzy teraz przyjeżdżają do nas coraz większą ekipą.

Na swoim zlocie osobiście wręczał nagrody dla klubów za przyjazd i gdy przyszła pora na Moto Guzzi Club Poland, Janek Błaszkowski po koleżeńsku poprosił nas do siebie do wspólnego odbioru. Ale Horst miał jednak niespodziankę – Unique Bikers zostało potraktowane osobno – dostaliśmy własną nagrodę. Byliśmy bardzo wdzięczni za wyróżnienie. Ten zlot odbywał się na szczycie góry w Volarbergu. Uczestnicy rozlokowani byli w dwóch górskich schroniskach, w których spaliśmy i jedliśmy, w piwnicach mieści się ich klub, a z braku miejsca zlotowicze spali także w garażu, pod wiatą i w namiotach. Od tej pory z Horstem widujemy się często na zlotach, a jego imprezy po prostu nie wypada nam pominąć. Tym razem jednak postanowiliśmy zlot połączyć z nieco dłuższą wycieczką.

W bajkowej krainie lodu. Hallstatt – tu trzeba zatrzymać się choćby na chwilę.

Choćby dla takich widoków warto rzucić się motocyklem przez Alpy.

Przełęcz Stelvio – ten widok nigdy się nie znudzi. Każdy motocyklista powinien ją zaliczyć.

Trudna miłość rodzi cierpliwość

Stare motocykle sportowe, a tym bardziej włoskie, jeżeli mają służyć do czegoś więcej niż tylko „wyglądanie” w muzealnych ekspozycjach, wymagają zawsze wyjątkowo dokładnego serwisu. Jednak nasze maszyny pochodzą jeszcze z czasów, kiedy hasło „jakość” oznaczało wieloletnią eksploatację, a co za tym idzie wykorzystanie komponentów z wysokiej półki – dlatego kochamy włoskie sprzęty. Jeśli jest ryzyko, że do wymiany oleju zostaje 5000 km, a taki trip mógłby się przedłużyć, to oczywiście trzeba dokonać tej operacji. Robiłem tak, jeżdżąc na podobne wyjazdy np. na Ducati z paskami napędzającymi desmo. Wedle zasady: jak dbasz, tak masz.

Sportowa włoszczyzna to nie są maszyny pokroju Hondy CBR600F, więc nie mają za grosz przestrzeni bagażowej – tu styl i właściwości sportowe są pierwszym i często również jedynym priorytetem. „Siedzenia” to niemal zwykłe karimaty na twardym podłożu, a pozycja jeźdźca za sterami jest, delikatnie mówiąc, wymagająca. O ile w Benelli ostrzej są zamontowane clipony, a jedyny w swoim rodzaju zbiornik paliwa wbija nam się prosto w przeponę, to nogi już mają mniejszy kąt zgięcia niż w Aprilii. No i niekiedy widać coś w lusterkach. Więc jeżeli nie uprawiasz żadnego sportu albo chociaż nie jeździsz (jak my) w sezonie tras niedzielnych po ok. 400 km, wysiądą ci ręce i dolne zakończenie pleców, a następnie krew odpłynie z nóg, by kumulować się w uszach… Wydechy są głośne (w Aprilii seryjne, racingowe), a i same jednostki napędowe wydają kakofonię dźwięków (za co je uwielbiam), co budzi lekkie przerażenie we właścicielach motocykli innych marek. Więc taka trasa bez stoperów w uszach może być ciężka, a dla ludzi nieobytych z włoskimi sportami – bardzo niekomfortowa.

Gdy jeździmy na zloty po całej Polsce, to na bagaże wystarcza nam motocyklowy, aerodynamiczny plecak – bo cóż więcej prawdziwemu facetowi potrzeba? Jednak wypad w Alpy to nieco inna bajka. W taką trasę plecak byłby dodatkowym obciążeniem pleców, więc dla ochrony lakieru oklejamy zadupki folią bezbarwną i ładujemy zestaw miękkich sakw motocyklowych. Przeciwdeszczówkę na wszelki wypadek zostawiamy na zewnątrz, spiętą gumami na tylnym siedzeniu. Bagaż do środka wkładamy w dużych reklamówkach – raz, że nie przemoknie tak szybko, jeśli torby jednak puszczą wodę, a dwa – przy noclegach nie musimy wszystkiego demontować za każdym razem. Bagaż to oczywiście podstawowe klucze (płaskie, imbusowe, śrubokręty, małe kombinerki), trytytki, jakaś taśma, sznurek, zapasowa klamka (na szczęście nigdy jeszcze nie była potrzebna), bezpieczniki, przekaźniki, płyn do szyby motocyklowej – wszak to rasowe superbike’i, więc muchy w tłumie GS-ów tego nie ogarniają. Dodatkowo klapki, adidasy, kilka koszulek, bielizna, krótkie spodenki, kąpielówki (nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne), ręcznik, cieplejsza bluza, minimum kosmetyków, apteczka. Wedle zasady, że jeżeli coś więcej będzie potrzebne, to przecież się kupi lub poprosi o pomoc tubylców – w czasach cyfryzacji dla niektórych to niewyobrażalne, ale uwierzcie – można tak jeszcze dziś poznać nowych ludzi. Motocykle spakowane – będzie dobrze!

Ciuchy – tu nie ma miękkiej gry – kombinezony sportowe, skórzane (głównie także włoskich marek) – bezpieczeństwo ponad wszystko! Zawsze mówię – „lepiej się spocić niż połamać”. Poza tym dobrze dopasowany kombinezon jest wygodny i dzięki swojemu krojowi trzyma ciało w tej wymuszonej pozycji, co pozwala wygodniej przemierzać kilometry na sportowym motocyklu. Skóra ma zawsze na tyłku „poduchę” i ochraniacz kości ogonowej, co na takiej maszynie na dłuższą trasę daje więcej wygody na tyłek niż jeansy czy tekstylne (te pierwsze lepsze do miasta lub na krótkie kilometraże). Jest to też swego rodzaju element psychologiczny – po prostu źle się czuję, jadąc bez rękawic, w adidasach, ale bez kurtki… od razu włącza się niepewność. Poza tym – w tekstyliach na sportowej włoszce? Nigdy w życiu!

Logo di Resia – niesamowity widok zatopionego podczas tworzenia zalewu miasteczka.

Niemal na każdym postoju nasze klasyczne włoskie maszyny budziły zachwyt wśród innych motocyklistów.

Nie ma na co czekać – jedziemy!

Teoretyczną trasę opracowałem wcześniej, ale nie na sztywno – bierzemy pod uwagę pogodę, czyli warunki drogowe, ale czasami zwykły kaprys – ot, znudziła nam się już autostrada i wcześniej urywamy się w bok. Z góry zaplanowane są punkty docelowe – modyfikujemy ich zaliczenie w razie potrzeby lub, jeśli zrobimy dobry czas, to do trasy coś spontanicznie dołożymy. Jednak od dziecka siedzi w nas dalej styl „Easy Rider” i nie wyobrażam sobie większej wolności niż jazda przed siebie, bez wyraźnego celu. Noclegi, jak tu w Kaunertal czy u Horsta pod granicą szwajcarską, zaklepaliśmy wcześniej, natomiast na trasę dojazdową i powrotną miejscówek szukaliśmy na żywioł na Bookingu, w zależności od tego, dokąd udało się dojechać. W środku wyjazdu zaplanowaliśmy dłuższy postój na kilka dni (minimum dwa), by poszaleć sobie po przełęczach bez bagażu. Wiadomo – zbędna masa wrogiem przyspieszenia. Co za tym poszło, pasażerek nie braliśmy na takie długie motowakacyjne trasy – do celów rekreacyjno-turystycznych trzymamy w garażach inne motocykle – ja Moto Morini Granpasso 1200, a Kuki – MV Agustę 800 Stradale. W tym roku już byliśmy nimi z żonami również w Alpach, ale zaliczaliśmy inne rejony, a za rok planujemy Rumunię (na sportach już byliśmy tam dwa razy). Generalnie jeździmy bez wsparcia samochodu, ale jeśli w trasę jadą z nami jakieś „kredensy” lub ktoś z kufrem, to czasem wrzucimy mu nasze przeciwdeszczówki czy inne drobiazgi.

W końcu my som górale i twardym trzeba być – plan pierwszego dnia to ambitne 800 km przez Słowację. Zaczęło się niewinnie, słonko grzało i w tej pogodowej sielance zaraz za Wiedniem uciekliśmy z autostrady. Jazda przez kraj pomarańczowych (tych od KTMa) to trochę tak jak z tymi naszymi motocyklami… z jednej strony malują się nieprawdopodobne alpejskie pejzaże, a z drugiej mogą ci strzelić kosztowną fotkę od tyłu… Na szczęście, delikatnie mówiąc, taka sobie jakość dróg skutecznie odseparowywała nas od zgubnej myśli, żeby nieco poszaleć na winklach.
Dojeżdżaliśmy do pierwszego punktu turystycznego naszej wycieczki – im bliżej celu, tym niebo stawało się ciemniejsze, jeszcze mocniej podbijając klimat „Frozen” – filmowej krainy lodu, czyli miasteczka Hallstatt. Warto tu zajrzeć, a kto ma dzieci, to nawet musi!

Bajkowy, a jednocześnie tajemniczy klimat niesamowicie podkręca atmosferę. Parking w skalnym tunelu jest darmowy przez 2 h – mamy więc chwilę na zwiedzanie i wrzucenie czegoś na ruszt. Miasteczko jest na tyle urokliwe, że nie zostało nam wiele czasu na jedzenie, więc naszą uwagę przykuła budka z kebabem stojąca przy kościele. W kolejce sami muzułmanie, a kolejne tortille (albo pity) wydawane były z prędkością skawińskich zapiekanek. Nagle kucharz, serwując nam kebsy, wtrącił: „trzynaście pięćdziesiąt, Małopolska, co nie?” – okazało się, że budkę prowadzi Polak z Nowego Sącza – nasz krajan!

Pogoda jednak straszyła coraz mocniej i już wiedzieliśmy, że do wyznaczonego na dzisiaj celu – Zell am See – nie dojedziemy na sucho. Nagle niebo stało się czarne, rozświetlane tylko co jakiś czas przez błyskawice, postanowiliśmy więc przeczekać burzę na stacji benzynowej. Niestety, nawałnica szła w kierunku naszego celu, ale byliśmy raptem 30 km od noclegu. Po próbie ruszenia, po ciemku, prawie utopiliśmy motocykle! A powszechnie wiadomym jest, że kapryśne włoszki wody nie lubią. Potężna zawierucha zerwała lawinę kamieni, potem most, woda na drodze płynęła po kolana… a od strażaków dowiedzieliśmy się, że oni nie znają objazdu. Zasugerowali za to, aby poczekać, aż ogarną sytuację, ale już była godzina 22:00…

Jeśli myślisz, że agrafki na Stelvio są ciasne i wąskie to…

…znaczy, że nie byłeś jeszcze na Gavii!

Postanowiliśmy więc objechać góry i burzę improwizowaną trasą, niemal na azymut. Wygaszone miejscowości i kupki kamieni mocno wydłużyły dotarcie do celu, ale w końcu daliśmy radę. Na miejscu w hotelu dostaliśmy info od właściciela, że piwo czeka w lodówce – jak się po chwili okazało, razem z czeskimi motocyklistami – swój swego zawsze znajdzie. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że przed ową burzą będziemy uciekali praktycznie przez cały wyjazd…

Kolejny dzień, pogoda słoneczna – ruszyliśmy bocznymi drogami do drugiego zaplanowanego miejsca – doliny Kaunertal. Tam czekała na nas reszta ekipy, urozmaicając peleton swoimi: Benelli TnT 1130, Moto Guzzi Norge 1200 i Guzzi V100 Mandello z klubu MGCP. Z klubem Guzzisti kumplujemy się od lat – odkąd kupiłem V11 od Jacka Przesmyckiego i ją po swojemu poprzerabiałem. Zżyliśmy się z nimi na tyle, że praktycznie nie jeździmy już na inne zloty – wyłącznie do nich oraz na inne włoszczyzny, jeśli tylko takie są. Oni jechali, tak jak my, na zaproszenie Austriaka Horsta Hehle. Tylko wszyscy dojeżdżali sobie swoimi drogami i spotkaliśmy się na miejscu. W naszym przypadku powodem wyboru własnej trasy było szybsze, sportowe tempo jazdy.

Sama dolina u podnóża lodowca jest świetną bazą wypadową na okoliczne przełęcze. Dom z garażem i narzędziami był dodatkowym atutem przy naszych wynalazkach. Rozochoceni niezłą pogodą i wizją przygody ruszyliśmy już bez bagażu w kierunku Sölden i Passo del Rombo. Rozochoceni tak bardzo, że nie wzięliśmy nawet przeciwdeszczówek – no bo gdzie je upchnąć? Tuż przed narciarskim kurortem dorwała nas mocna ulewa, a że miejscowość leży na wysokości naszej polskiej Śnieżki, więc temperatura spadała z prędkością uciekającego swego czasu tymi drogami Jamesa Bonda w „Spectre” – to podkręciło filmowy klimat, a jednocześnie nasze dreszcze… z zimna.

Na szczycie na szczęście wyszło słońce, a restauracja w Top Mountain Motorcycle Museum ukoiła nasze serca. Każdy będący w okolicy powinien zwiedzić to kultowe miejsce – kilka lat temu strawił je pożar, ale na szczęście zostało odbudowane.

Motocykle najczęściej mijane w Alpach to dla mnie żadne zaskoczenie – oczywiście ogromne stada niemieckich GS-ów, z niemal wszystkich krajów Europy, ale co zastanawiające – jeździ nimi sporo Włochów, jakby nie mieli własnych, fajniejszych maszyn. Inne modele BMW zaraz za nimi, sporo RT-ków i RS-ów (tych drugich u nas jak na lekarstwo). Na kolejnym miejscu ekipy KTM-ów, głównie Adventure, a dalej Japończycy – głównie Yamahy (MT) i Kawasaki (Versys, SX). Po nich Bolończycy w natarciu – zdecydowana większość to Multistrady, a za nimi wszelakiej maści Panigale i Hypermotardy. Później inne włoskie marki – tu wyróżnia się MV Agusta Turismo Veloce, mijaliśmy ich całkiem sporo, ale nie tyle co Guzzi V85TT czy Benelli TRK 700. Rzadziej też, ale pojawiają się nowe Moto Morini X-Cape 650. Totalną mniejszością są natomiast naked bike’i – jeśli już, to głównie Triumph Street Triple z różnych lat produkcji.

Tradycyjne miejsce spotkań motocyklistów tuż pod jęzorem lodowca (Stelvio).

Po przełęczach

Kolejne dni to oczywiście czyste klasyki przełęczy – czyli Stelvio, Gavia, Giovo. Zwłaszcza tę pierwszą, najbardziej fotogeniczną, zaliczyłem Benkiem trzykrotnie podczas tego wyjazdu, z każdej możliwej strony (włoskiej, austriackiej i szwajcarskiej). Dalej uważam, że najlepszy motocykl, jakim tu byłem, to Streetfighter 848, ale Tornado też dawało radę – to tylko podkreśla, jaki to był świetny motocykl w dniu swej premiery. Na szczycie oczywiście chwila dla fotoreporterów – głównie Włochów, ale i każdego zwracającego uwagę na turbinowe wentylatory w zadupku mojej maszyny.

Był to też nasz pierwszy raz w Szwajcarii. Przyznam, że po włoskim, dosyć swobodnym podejściu do przepisów ruchu drogowego, ciężko jest przyzwyczaić się do trzymania w ryzach manetki gazu, szczególnie w miejscowościach. Mieszkańcy się tu nie patyczkują – gdy cokolwiek im się nie spodoba, od razu dzwonią po policję. Nam jakoś się udało uniknąć konfrontacji. Drogi są tu zdecydowanie lepsze niż we Włoszech, choć trudność serpentyn umiarkowana. Zaliczyliśmy przełęcze Julierpass, Gotthardpass, Berninapass i Bernardinopass oraz słynne Sankt Moritz – wszędzie najbardziej przykuwała uwagę niesamowicie błękitna woda!

Dość tej sielanki przełęczowej – przyszła pora zebrać się na Zlot Moto Family, do Austrii aż pod granicę szwajcarską – nasze ostatnie miejsce docelowe. Zaczęło się pięknie, jednak tuż za nami pojawiły się znowu czarne chmury… Udało nam się przed nimi uciec, jednak dowiedzieliśmy się, że dosłownie godzinę po naszym odjeździe potężna ulewa doprowadziła do zerwania jedynej drogi powrotnej. Będziemy się tym przejmować za dwa dni – a tymczasem rozgościliśmy się u Horsta, starego Guzzisti. Na szczycie góry, w dwóch małych schroniskach, z dala od cywilizacji, zorganizował spotkanie wszystkich fanów włoskich motocykli. Oczywiście spotkaliśmy tu znowu silną polską reprezentację, wraz z Moto Guzzi Club Poland!

Legendarna „buła z kiełbasą” to obowiązkowy punkt wycieczki. Przysmak wszystkich motocyklistów i rowerzystów.

Ostatni dzień wypadu powitał nas mocną ulewą. Pora wracać do domu, ale droga ciągle nie była naprawiona, więc powrót szykował się przez Niemcy… Przeciwdeszczówki dawały radę do Monachium, gdzie spotykamy się z naszym chorwackim kumplem Brunem, z którym znamy się z motocyklowych wypadów do Czech. Było już oczywiste, że w takich warunkach pogodowych nie dojedziemy do Salzburga, co początkowo planowaliśmy, więc fundnęliśmy sobie przymusowy nocleg z wieczornym, niemieckim piwem.

Rano niestety z pogodą nie było wcale lepiej – ile razy jadę przez Niemcy, zawsze leje… Ale sprzęty pracowały niezawodnie, co dodawało nam energii – a od Linz pogoda w końcu wynagrodziła naszą poniewierkę słońcem. Od Bratysławy aż do samego domu panowały mocne 30 stopni, więc trasa poszła piorunem. W sumie zrobiliśmy 3600 km na kołach, bezawaryjnie, 20-letnimi, włoskimi superbike’ami.

Ten wyjazd był dla nas swego rodzaju manifestem – chcieliśmy nim udowodnić, że po pierwsze turystyka na motocyklu sportowym jest jak najbardziej możliwa. Zapewnia inne doznania, ale nie odbiera nam tego, po co jedziemy. Z definicji lekki konstrukcyjnie, a do tego nieprzeładowany motocykl daje więcej frajdy na alpejskich serpentynach, agrafkach, gdzie asfalt w znakomitej większości jest świetny – więc nie potrzebujemy tu adventure’a ani nawet turystycznego enduro. Po drugie w naszym nadwiślańskim kraju nadal panuje opinia, że włoszczyzna się psuje – chociaż, jak można zaobserwować w ostatnich latach po liczbie jeżdżących Ducati czy nowych Benelli, tendencja idzie w dobrym kierunku. Ale starszawy włoski motocykl zawsze wzbudza obawy – chyba że jest się ortodoksyjnym Guzzisti, to wtedy zawsze niekłamany zachwyt.

W Alpach, zwłaszcza po włoskiej stronie, nasze motocykle wzbudzały spore zainteresowanie, a gdy mówiliśmy, że dojechaliśmy z Polski na kołach, to nawet Włosi chwytali się za głowę. Ale zawsze wykazywali podziw dla maszyn – oni, tak jak Niemcy, kochają swoje własne kultowe wytwory. Często zagadywali nas w łamanym angielskim, mówiąc, zwłaszcza w przypadku Tornado, że w całych Włoszech dawno nie widzieli ani jednego, a tu przyjechało z Polski. Najwięcej gapiów zbierało się oczywiście na Stelvio, bo tam były największe tłumy. W Austrii też byli zainteresowani, a w Szwajcarii niespecjalnie – bo tam nie takie fury jeżdżą.

Top Motorcycle Museum robi wrażenie. Nic nie wskazuje na to, że kilka lat temu doszczętnie strawił je pożar.

Nie zapomnij zabrać

Na taki dalszy wyjazd włoszczyzną na pewno trzeba wziąć newralgiczne części – gdy miałem Guzzi, były to przekaźniki, do Aprilii można zabrać zapasowy regulator napięcia. Lubi się też zapowietrzać pompa sprzęgła po długiej jeździe, więc wężyk z kluczem obowiązkowo. Smar do łańcucha, opaski/obejmy, zapasowe śrubki, jakieś bezpieczniki, kabel czy inne drobnostki od elektryki – tak na wszelki wypadek, nigdy nie zajmują dużo miejsca. No i jakieś specjalne, nietypowe klucze, jeśli mogłyby być potrzebne (np. nasadka do monowahacza z MV Agusty). Na szczęście przez tyle lat wyjazdów nic nigdy nie było nam potrzebne, ale gdybyśmy tych gratów nie brali ze sobą, to na bank by się złośliwie coś zepsuło. Starsze motocykle tak mają, że lubią wibrować i po prostu może się czasem coś odkręcić. Kiedyś z Ducati zgubiłem po 700 km karbonową osłonę wydechu podczas jazdy. Nic więcej poza dokładnym sprawdzeniem motocykla przed wyjazdem nie trzeba robić, bo zadbana maszyna na pewno odwdzięczy się na trasie, chociaż nie jest to nowy motocykl. Raz, na krótszym wyjeździe, kumplowi w Tuono 1000R padło ładowanie – kupiliśmy w markecie duży akumulator samochodowy i klemy, przyczepiliśmy go do tylnego siedzenia, podpięliśmy kable i bez problemu dojechał do domu 400 km. Wbrew pozorom we Włoszech też trzeba czekać na części do włoskich motocykli…

Cały czas więc się zastanawiam, czy mój stosunek do maszyn ze słonecznej Italii to syndrom sztokholmski, czy po prostu miłość?

KOMENTARZE
Michał Chylo

Recent Posts

MotoGP: Kto najszybszy w piątek na COTA? Marc Marquez, oczywiście!

Marc Marquez zgodnie z oczekiwaniami był najszybszy w piątek na Circuit of the Americas, ale…

27 marca 2026

Harley-Davidson Press Ride. Decydujący moment

To miała być przejażdżka na Harleyach, jak każda inna. Wraz z Mariuszem zauważyliśmy, że nie…

27 marca 2026

EuroMoto: Marcel Brenner oraz Daniel Blin już oficjalnie z Automarket AF Racing Team!

Marcel Brenner i Daniel Blin w sezonie 2026 będą reprezentować Automarket AF Racing Team w…

27 marca 2026

Miejsca: Gazuu Racing Park. Elektryczne objawienie

Ten moment musiał nadejść! Odnaleźliśmy motocykle elektryczne, które mają sens. Właściwie to one odnalazły nas,…

26 marca 2026

Junak i Zontes gotowi na Warsaw Motorcycle Show 2026

Junak i Zontes zapraszają wszystkich miłośników motoryzacji na wspólne rozpoczęcie sezonu podczas Warsaw Motorcycle Show…

26 marca 2026

Voge zaprasza na Warsaw Motorcycle Show 2026

Voge zaprasza wszystkich motocyklistów na swoje stoisko podczas targów Warsaw Motorcycle Show 2026 już w…

26 marca 2026