Niezłomnie autentyczny – Moto Guzzi V7

O silniku jednego z wcześniejszych modeli Moto Guzzi napisałem, że nadaje się do napędzania małych traktorków u baronów jabłkowych z Grójca. Pracował jak stara pralka Polar Superautomat po wrzuceniu do bębna kilograma gwoździ i kilku pustaków. Pozostałe właściwości motocykla wcale nie prezentowały się lepiej. Hamowanie odbywało się metodą „Jezus Maria, nie ogarniam!”, a przy przyspieszaniu miałem wrażenie, że w silniku siedzi jakiś filozof i za każdym razem bierze pod rozkminkę „Przyspieszyć albo nie przyspieszyć, oto jest pytanie”, by w efekcie wybrać partyjkę szachów z gościem odpowiadającym za chaotyczną zmianę biegów. Było na tyle źle, że wolałbym kupić bilet miesięczny i poruszać się na co dzień komunikacją miejską. 

W 2019 roku ktoś z centrali zaryzykował i wysłał mnie na testy modelu V85 TT na Sardynię. Motocykl zbudowany według koncepcji klasycznego turystycznego enduro, z zupełnie nowym silnikiem w układzie V, montowanym wzdłużnie, okazał się strzałem w dziesiątkę. 80 koni mechanicznych i 80 Nm momentu obrotowego nie pozwala mu co prawda konkurować z liderami segmentu adventure, ale Moto Guzzi wcale tego nie potrzebowało. Wystarczyło stworzyć coś, co zupełnie nie wpisuje się w dotychczasowe kanony i voila – sukces w każdym kraju. 

We wrześniu 2020 roku z Andrzejem i Agnieszką postanowiliśmy zrobić test nieoczywistych motocykli. Wzięliśmy Suzuki Katanę, Harleya-Davidsona LiveWire i właśnie V85 TT. Przypomniałem sobie, jak przyjemna jest chilloutowa jazda tym sprzętem, pojechałem do salonu w Piasecznie i zamówiłem V85 TT w kolorze Giallo Sahara. W ten oto sposób pierwszy raz w życiu stałem się posiadaczem motocykla, który niczego nie ma za dużo. Moc – optymalna, właściwości terenowe – adekwatne do umiejętności kierowcy, pozycja – doskonała (no, może poza dziwnie długą dźwignią zmiany biegów). Słowem, zostałem „guzzisti”!

100 lat historii
W tym roku Moto Guzzi obchodzi setne urodziny. Nie będę się rozwodził nad całą historią i osiągnięciami marki. Przypomnę tylko, że GP500, pierwszy model Moto Guzzi, całkiem nieźle wypadł w wyścigu Mediolan-Neapol, a przez kolejne trzydzieści sześć lat MG wygrało ponad trzy tysiące wyścigów, zdobyło osiem tytułów w mistrzostwach świata, sześć tytułów w wyścigach TT, miało pierwszy zaawansowany tunel aerodynamiczny i motocykl z silnikiem V8 o pojemności 500cm3, rozpędzający się do 275km/h!

W 1957 roku FIM (Międzynarodowa Federacja Motocyklowa) zakazała stosowania kompresorów w silnikach oraz pełnych owiewek. Ekipa Moto Guzzi zwinęła mandżur i od tamtej pory nie wystawiła w wyścigach ani jednej maszyny. Oczywiście spory w tym udział miał spadek sprzedaży motocykli spowodowany rosnącą popularnością masowo produkowanych aut. Włosi musieli przyciąć koszty i jednocześnie pracować nad nowocześniejszymi rozwiązaniami. 

Inżynier Giulio Cesare Carcano skonstruował w tamtych czasach silnik w układzie V z cylindrami rozwartymi pod kątem 90 stopni. Pierwotnie miała być to jednostka napędowa do sportowej wersji Fiata 500. W fabryce Fiata w Turynie silnik inżyniera Moto Guzzi został przyjęty z dużym entuzjazmem, jednak możliwości produkcyjne fabryki z Mandello del Lario nie były w stanie zaspokoić potrzeb dużego koncernu i ostatecznie do współpracy nie doszło. To jednak dało podwaliny do zbudowania legendy Moto Guzzi z charakterystycznymi „fałkami”. Zanim to nastąpiło, silnik Carcano wsadzono do wojskowego trójkołowca, a w międzyczasie został ogłoszony przetarg publiczny na motocykle dla włoskiej policji. Warunek był jeden: zwycięży ten, który zdoła pokonać 100 000 kilometrów przy zachowaniu najniższych kosztów obsługi. Była to idealna okazja, by zamontować dwucylindrowy silnik V2 do modelu V7. W 1964 roku uruchomiono seryjną produkcję V7 700, które w tamtych czasach kosztowało we Włoszech 725 000 lirów, znacznie mniej niż sprzęty z Niemiec czy Wielkiej Brytanii. 

Chodźmy na ryby
Co po tym sukcesie zrobili Włosi z fabryki mieszczącej się nad jeziorem? Wzięli wędki, zapas kanapek panini i likieru Limoncello, wskoczyli na łódki i zaczęli łowić ryby. Relaks i spokój. Co jakiś czas wysyłali jednego z inżynierów, by wprowadził wersję Special, Sport lub California. Czasem z łódek schodzili marketingowcy i dzięki temu V7 trafiło do filmu „Diamenty są wieczne” z Seanem Connerym w roli głównej. 

Goście na rybach byli tak zrelaksowani, że nie zauważyli kłopotów finansowych i wycofania modelu V7 w 1973 roku. Ich następcy, kontynuujący tradycję wędkarską, nie spostrzegli, że w 2004 roku marka została kupiona przez Grupę Piaggio. Dopiero w 2007 zeszli z jeziora na dłuższy moment, bowiem nowi szefowie zmusili ich do zaprojektowania modelu Stelvio i przywrócenia kultowego V7, które trafiło do sprzedaży w 2008 roku. 

Nieśpieszny tryb pracy wrócił jednak na salony. W 2012 wystarczyło odświeżyć silnik, w 2015 wprowadzić wersje V7 II Stone, Special i Racer, a w 2017 model V7 III. Niestety, w 2020 roku idyllę przerwali źli urzędnicy Unii Europejskiej, grożąc normą emisji spalin Euro 5, której w oczywisty sposób nie mogły spełnić silniki projektowane gdzieś pomiędzy nabijaniem przynęty, popijaniem Limoncello i komentowaniem wyników włoskich drużyn w najbardziej nonsensownym ze sportów – piłce nożnej. 

Zbawienne Euro 5
Dla większości kolejne normy emisji spalin są zabójcze. Motocykle stają się cięższe, mają okropne układy wydechowe i zazwyczaj mniej mocy, a jeśli uda się ją podnieść, to tylko w nieużytecznie wysokim zakresie obrotów. Moto Guzzi jest chyba pierwszym producentem, dla którego Euro 5 okazało się zbawienne. Inżynierowie i projektanci z Mandello del Lario zostali zmuszeni do przerwania sielskich połowów, by w końcu przeprojektować model V7 na tyle, by kolejni kupujący nie musieli kompensować sobie jego wad legendą marki.

Rzymska wiosna
Test prasowy nowego V7 został zorganizowany w środku lutego w Rzymie. Bynajmniej nie jeździliśmy po wąskich i krętych uliczkach wokół Koloseum i Panteonu, przerywając jazdę szybkim espresso. Koronawirus skutecznie odwiódł organizatorów od takich planów. Co prawda nocowaliśmy w hotelu będącym niegdyś letnią willą papieża Grzegorza XIII, ale o spokojnej jeździe nie było mowy. 

Przewodnikiem grupy został pewien Australijczyk z obłędem w oczach wyrysowanym od świtu do nocy. Pisałem o nim przy okazji testu Aprilii Tuono 660. Gość ewidentnie czerpał nieposkromioną radość ze sprawdzania limitów motocykli i ludzi będących pod jego opieką. Od początku serwował nam kręte, podziurawione jak ser i brudne drogi wokół Gór Sabińskich. Średnie prędkości były wielce dalekie od wizerunku statecznego Moto Guzzi. Pędziliśmy na złamanie karku, co mnie nawet ucieszyło. Gdzieś w środku mojego polskiego malkontenckiego serca po cichu liczyłem, że cała grupa po powrocie stwierdzi, że oto Moto Guzzi wciąż produkuje liche motocykle, niezdarnie przykrywając je marketingiem i naklejkami informującymi o stuletniej historii. 

Zdziwienie przyszło dość szybko. Przy odpalaniu zabrakło charakterystycznego „chechłania” rodem z Golfa drugiej generacji. Zabrakło również chwil namysłu, które moim zdaniem w starych Moto Guzzi wywoływali goście odpowiadający za poszczególne komponenty. Ten w silniku był filozofem, ten w skrzyni biegów raczej piekł pizzę, niż zmieniał biegi, a ten w rozruszniku zazwyczaj był zajęty oglądaniem telewizji, co w efekcie dawało wrażenie, że każdy element motocykla długo zastanawia się, co i czy w ogóle to robić. W nowym V7 zastosowano po prostu doskonale działające komponenty, niewymagające zatrudniania kogokolwiek do sterowania nimi.

Zanim opiszę nowe serce o zwiększonej pojemności, muszę wspomnieć o skrzyni biegów i jej zestrojeniu z wałem napędowym. Początkowo liczyłem na to, że inżynierowie wsadzą gotowiec znany mi doskonale z V85 TT. Nic z tych rzeczy. Sześciobiegowa skrzynia w modelu V7 to inna konstrukcja. Inna i moim zdaniem działająca z jeszcze większą precyzją niż ta w moim. Zmiana biegów w górę i w dół bez elektronicznego wspomagacza w postaci quickshiftera to bułka z masłem, a charakterystyczne dźwięki podczas przebijania biegów pochodzące z wału to przeszłość. Skrzynia i wał napędowy V7 swoją siłą i precyzją przypominają mi bardziej te z BMW R nineT, niż cokolwiek innego ze stajni Guzzi. 

Jedynka i ruszamy! Wyjazd spod hotelu prowadził przez dziurawą kamienną alejkę i tu ujawniły się właściwości zawieszenia. W poprzednim modelu, delikatnie rzecz ujmując, zawias działał „kanapowato”. Przy niskich prędkościach za miękki, przy większych nienadążający. Teraz za tłumienie nierówności odpowiadają dwa amortyzatory Kayaba zamontowane ukośnie z tyłu oraz klasyczny widelec o średnicy 40 milimetrów i skoku maksymalnym na poziomie 130 mm z przodu. Dlaczego nie zastosowano zawieszenia upside-down? Otóż w motocyklach z klasyczną ramą kołyskową ze stali twarde lagi upside-down przy najmniejszym uderzeniu mogłyby spowodować jej skrzywienie. Poza tym motocykl wyglądałyby jak Brajanusz – niby klasyka połączona z nowoczesnością, a jednak nieco przaśnie. Najważniejsze, że teleskopy są skuteczne. Dla poprawy prowadzenia zastosowano też nowy wahacz i wzmocniono ramę, podobno aż o 10% względem starej. Cała konstrukcja jest dużo bardziej zwarta i gotowa do atakowania zakrętów.

V7 = 853,4 ccm 

Dwójka, trójka. Lecimy przez senne włoskie miasteczko i kolejne zdziwienie. Charakterystyczne wibracje silnika są jakby mniej odczuwalne. Okazuje się, że Włosi zupełnie przeprojektowali sposób montowania setów w ramie. Spory udział w redukcji drgań ma też nowy silnik. Na grupach zrzeszających miłośników marki podniesiono już wrzawę, że jeśli V7 to tylko o pojemności 700 ccm. Chciałbym przypomnieć, że w branży samochodowej już dawno oznaczenie modelu nie wskazuje na pojemność silnika. Dla przykładu, BMW 330 ma dziś czterocylindrowy silnik o pojemności dwóch litrów, a nie trzech, jak wskazuje emblemat na klapie.

Najnowsze Moto Guzzi V7 ma silnik o pojemności 853,4 ccm. I nie jest to ta sama jednostka, co w V85 TT, jak wcześniej zakładałem. V-twin w tym modelu to po prostu zupełnie przeprojektowany silnik z V7 III. Pierwsza zmiana to oczywiście pojemność. Między innymi z niej wziął się wzrost mocy maksymalnej o aż 25%, z 52 do 65 koni mechanicznych. Maksymalny moment obrotowy również wzrósł, z 60 do 73 niutonometrów, przy czym 85% jest dostępne już przy 3000 obr./min. W samym silniku siedzą nowa głowica, cylinder, lekkie tłoki o średnicy 84 mm i wzmocniony wał korbowy. Nowe są również zawory, lżejsze popychacze i rozrząd. Pozostałe elementy silnika zostały zoptymalizowane pod kątem trwałości i wagi. 

Na sucho te wszystkie informacje nie mają żadnego znaczenia. Nabierają go dopiero przy wrzuceniu czwórki, piątki, a na koniec szóstki. V-siódemka ciągnie od najniższych obrotów, a co ważniejsze, nie puchnie przy wysokich. Jazda ze stałą prędkością na poziomie 150 km/h w końcu przestała być nieprzyjemną walką o przetrwanie. Te 65 koni mechanicznych to wartość zupełnie wystarczająca, by V7 było motocyklem uniwersalnym – z mocnym dolnym zakresem obrotów w mieście i odpowiednim, by w trasie nie mieć poczucia, że cała konstrukcja zarzyna się w imię prędkości.  

Hamowanie. WOW. Jezus Maria, to działa! Niby zacisk Brembo współpracuje z jedną tarczą o średnicy 320 milimetrów. Niby poprawiono tylko precyzję działania systemu ABS, ale zbijając biegi i dohamowując na dziurawej nawrotce miałem wrażenie, że jadę zupełnie innym motocyklem niż Guzzi znane z początku tego tekstu. Krótko mówiąc, V-siódemka hamuje tak, jak powinien hamować współczesny motocykl. Nic dodać, nic ująć.

Poza ABS-em na pokładzie jest dwustopniowa kontrola trakcji. W klasycznym motocyklu to pozornie przerost formy nad treścią. Wystarczy jednak, że wjechaliśmy na nieco mokre i pełne soli drogi. Kontrola trakcji pomogła, gdy rozkojarzyłem się sielskim widokiem. Wycięła trochę mocy na chwilkę, a ja dzięki temu nie miałem spodni pełnych strachu i swądu. Choćby miała zadziałać dwa razy w roku, niech będzie pochwalona na pokładzie!

Znowu jedynka, dwójka, trójka. Mkniemy przyzwyczajeni już do dzikiego tempa australijskiego szajbusa. Po stu kilometrach jazdy doceniłem klasyczną, niewymuszoną pozycję na tym motocyklu. Podobno kanapa i pozycja tylnych podnóżków zostały zmienione, by i pasażer czuł się lepiej. Nie miałem okazji sprawdzić, więc muszę zaufać marketingowcom. 

Klasa i szyk

Południe, czas na przerwę obiadową. Zajeżdżamy pod pustą knajpę, zamawiamy jedzenie. Siedząc przy kawie, naszła mnie myśl, że to klasyczne Moto Guzzi V7 to jeden z niewielu dostępnych na rynku nowych motocykli, które można określić jako niezłomnie autentyczne. Nie jest to cafe racer, scrambler, bobber czy street tracker. To po prostu V-siódemka. Klasa sama w sobie. Granatowy zbiornik z delikatnymi szparunkami w kolorze białym, brązowa kanapa, szprychowane felgi, okrągły reflektor, dwa chromowane wydechy po bokach, i pozornie niekomfortowe cylindry osłaniające kolana. Zero udawania. Zero zbędnych gadżetów. Jak to mawiała moja babcia przy jedzeniu zupy – samo gęste. I w tym tkwi urok tego motocykla. Niczego nie musi udowadniać. Nic nie musi udawać. I chyba właśnie dla takich ludzi Moto Guzzi postanowiło kontynuować produkcję tego modelu. Dwadzieścia lat temu nazwałbym to starością. Dziś wiem, że to dojrzałość i uważność. Istny motocyklowy mindfulness – akceptacja doświadczeń takimi, jakie są. Bez stymulacji elektroniką, hipergadżetami i osiągami przyprawiającymi o palpitacje serca. Mrucząca V-dwójka jako generator przyjemności i klasyczna reszta. Nie potrzeba nic więcej.

Na koniec kolejny raz napiszę, że nie musicie, a nawet nie powinniście mi wierzyć. Pójdźcie do najbliższego dealera, weźcie V7 na test i pozwólcie sobie poczuć magię tego sprzętu. Albo wsiąkniecie, bo dojrzeliście do tego typu emocji, albo będziecie musieli poczekać jeszcze kilka lat. Jestem pewien, że wrócicie!

PS. Drodzy inżynierowie i projektanci z Mandello del Lario – możecie wrócić do łowienia ryb. Gdybym w garażu nie miał V85 TT, mocno zastanawiałbym się nad zakupem V7 Special. 

PS2. Moto Guzzi V7 występuje w pięknej wersji Special i niespecjalnie pięknej Stone, która ma być ukłonem w kierunku młodszych użytkowników za sprawą reflektora z ledowym kształtem orła, elektronicznego zegara i nieco innej kanapy. Ja zdecydowanie wolę klasykę!

Ceny:

V7 Special: 44 900 zł

V7 Stone: 42 900 zł

Importer: Liberty Corp.

www.motoguzzi.com

Ubranie testera:

Kurtka: John Doe Flight

Kask: Arai Concept X

Buty: Rev’it Delta H2O

Rękawice: 79 Gear

KOMENTARZE
Mariusz "Smoku" Rakowski

Artystyczna dusza ukryta pod tatuażami. Jak napisze list do syna, to pół internetu płacze ze wzruszenia. Jak opisze customowy motocykl, to można go wystawiać obok „Mona Lisy”. Autor najbardziej popularnego motocyklowego bloga w kraju: www.ridetobe.com. Lubi: kawę, Jagera i motocykle!

Recent Posts

TOP Tygodnia: Spowiedź niegeriatryczna, Ściganie na nakedach… – O czym czytaliście najchętniej w ostatnich dniach?

Uniwersalność, która wreszcie doczekała się właściwej formy. Historia człowieka, który z motocykli nigdy nie wyrósł.…

23 lutego 2026

MotoGP: Co wiemy po testach w Tajlandii?

Zimowe testy MotoGP są już historią – dwa dni jazd w Tajlandii zamknęły przygotowania przed…

22 lutego 2026

WSBK: Nicolo Bulega z hat-trickiem w Australii. Czy tak będzie wyglądał cały sezon?

Phillip Island bywa kapryśne – wiatr, deszcz, zmienne warunki i nieprzewidywalne wyścigi to tu norma.…

22 lutego 2026

Używane Suzuki VZ1500L0. Nawet nie próbujcie mnie zatrzymać

Moda i potrzeby rynku potrafią zdominować motoryzacyjne salony, kreując potrzebę i obraz tego, co akurat…

21 lutego 2026

Nowy Kawasaki Brute Force 450 EPS na rok 2026

Na rok 2026 gama ATV Kawasaki powiększa się o nową wersję modelu Brute Force 450…

21 lutego 2026

Honda Adventure Roads 2026 – Krótsze wyprawy, więcej motocyklistów

Program Honda Adventure Roads w 2026 roku zmienia charakter – zamiast jednej ekstremalnej ekspedycji pojawią…

21 lutego 2026