Mariusz Smoku Rakowski: „Pezet ty jesteś legendą” – komplement, czy coś, co zaczyna ciążyć?
Podchodzę do tego na zasadzie żartu. Są tacy, którzy tak do mnie mówią. Wynika to z tego, że zawarłem to w jakimś utworze i zrobiono z tego cytat. Niektórzy być może traktują to poważnie. Ja zupełnie nie.
Bez mała 28 lat na scenie to jednak poważna rzecz. Na scenie, o której w moim domu mówiło się: „Rzucanie mięsem i darcie płyt winylowych – to jest muzyka?”
W pokoleniu naszych rodziców niektórzy byli zniesmaczeni, inni przerażeni. To był początek czegoś dość wulgarnego. Dzisiaj rozumiem perspektywę naszych starych. Mało kto traktował to poważnie, a dzisiaj z tego jest zawód.
Miałeś 18 lat, gdy powstał zespół Malma, a potem Płomień 81. Gdyby ktoś ci wtedy powiedział, że będziesz o tym rozmawiał jako 46-latek, uwierzyłbyś?
Teraz ciężko mi sobie wyobrazić cokolwiek innego, bo ja nic innego nie umiem. Nic innego w życiu nie robiłem na poważnie.
Rozmawiałem z koleżanką, która pamięta twój krótki epizod w agencji reklamowej. Podobno od pierwszego do ostatniego dnia strasznie się męczyłeś.
Tak było. W moim życiu były górki i dołki, kariera przebiegała sinusoidalnie, jeżeli to w ogóle można nazwać karierą. Rapowałem przez pół życia, a nagle musiałem pójść do normalnej pracy. Nagrywałem wtedy trzecią płytę, absolutnie odmienną od poprzednich, i nikt za bardzo nie chciał jej wydać. Mój kolega, który robił jedną z pierwszych imprez hip-hopowych w Polsce, powiedział: „Dobra, ja po prostu założę wytwórnię i wydam to”. Następnego dnia już nie pojawiłem się w agencji. Nie chodzi o to, że ta praca mnie wkurwiała. Po prostu poczułem, że mogę wrócić na właściwe tory.
Raperem zostajesz z potrzeby zmiany świata czy z potrzeby zrozumienia świata?
Powiedziałbym inaczej: z potrzeby zrozumienia siebie w świecie.
Masz świadomość, że zrobiłeś najbardziej niespodziewany comeback w polskim rapie? Siedem lat przerwy to w świecie streamingów artystyczna śmierć.
Paradoksalnie zrobiłem tę przerwę dokładnie na przełomie tego, jak streaming wchodził.
Wróciłeś, wypuściłeś „Muzykę współczesną”, zacząłeś wychodzić na prostą i ciach, pandemia. Kolejny cios.
Pandemia jakoś bardzo mnie nie dotknęła, fortunnie. Wkurzałem się jak wielu artystów, że nie mogę grać na żywo, bo chciałem. I bardzo długo to trwało.
Miałeś momenty, kiedy było ciężko? Nagrywanie teledysku, koncert, wywiad, ciągle na bombie. I nagle przychodzi moment, że musisz się rozejrzeć.
Pierwsza naprawdę ciężka sytuacja była taka, że myślałem, że mnie zaraz nie będzie. Byłem świeżo po operacji, borykałem się z powikłaniami. Myślałem, że to koniec świata. Drugi raz też nie był przyjemny, ale miałem z tyłu głowy myśl: już raz z tego wyszedłeś. A jak zdarzyło się trzeci raz, pomyślałem: okej, daj sobie czas. Jest ciężko, ale daj sobie czas.
Nie ukrywasz, że korzystasz z pomocy psychologów.
Korzystanie z pomocy psychologów jest dla mnie naturalne jak picie wody. Nie da się być ciągle na górce. Jak ktoś uważa, że jest jakiś sukces, który jest stały, to ja w to nie wierzę. To wieczna sinusoida: jesteś na dole, na górze, na dole, na górze. I na tej górze zawsze jesteś krócej niż na dole.
Pamiętasz pierwszy kawałek, przy którym pomyślałeś: ja też tak chcę?
Wu-Tang Clan i kawałek „C.R.E.A.M.”. Widzisz, paradoksalnie numer o pieniądzach.
Jak w twoim utworze z pierwszej płyty: „Rap za zyski, gorący, czysty, zwykły. Hajs daj fifty-fifty”.
To gdzieś zawsze mnie ciągnęło. Zacząłem się wyłamywać z ekipy trochę true-schoolowej, gdzie chodziło o przeintelektualizowane treści. Ja chciałem robić rap bliski ulicy, ale w sznycie: zrobimy skok na hajs i będziemy mieli łańcuchy.
Włodi w 1997 roku rapował: „Po pierwsze nie dla sławy. Po drugie nie dla pieniędzy”. Powiedz, dlaczego polski rap tak odcinał się od pieniędzy?
Wydaje mi się, że pieniędzy w tym biznesie nie było albo w większości byliśmy oszukiwani na pieniądze. Mimo tego, że gatunek rósł, zajęło mu przynajmniej z 15 lat dotarcie do takiego punktu, gdzie można było odzyskać pieniądze z dorobku artystycznego.
Wiesz, byłem ultrapopularnym artystą, utwór „Seniorita” leciał co godzinę w telewizji, a wciąż mieszkałem z rodzicami. Oczywiście jakąś kasę miałem, nawet dużą, jak na tamte warunki. Moja mama zarabiała wtedy dwa i pół tysiąca złotych, a ja przywoziłem dwa tysiące z jednego koncertu. Tylko nadal nie było tego tyle, żeby odmienić życie.
Kiedy po raz pierwszy ktoś obcy zaśpiewał twój tekst – co wtedy poczułeś?
Mam żywe wspomnienie z premiery „Muzyki klasycznej”. Szedłem sobie osiedlem z punktu A do punktu B i pięć bloków dalej, na jakiejś ulicy na Ursynowie, przez otwarte okno na cały regulator leciało „Te same dni, te same sny”. Pamiętam to uczucie. Mówiłem do siebie: udało się. We did it! Ktoś bez wstydu to puścił, bo się z tym identyfikował.
Wieczna sinusoida. I na górze jesteś zawsze krócej niż na dole.
„Grafomania, patetyczny shit i dużo rzygu emocjonalnego”. To twoje słowa. Dość krytycznie mówisz o utworze „Szósty zmysł” czy płycie „Muzyka emocjonalna”.
Dlaczego powiedziałem „grafomania”? Bo mnie to po latach mimo wszystko wkurwia. Uważam, że jestem dziś lepszym tekściarzem. Publiczność oldschoolowa, która żyje nostalgią, nie umie tego dostrzec, nie widzi, że tekst prostszy niż wtedy jest mniej grafomański, że ma fajniejszą puentę. W „Muzyce klasycznej” znajduję dużo fajnych rzeczy, mam do niej sentyment. Ale powołam się na „Senioritę”: „Jesteś laską ostrą jak tabasco non stop”. No kurwa, stary, to jest naiwne, choć temu nie ujmuję, bo miałem 21 lat, jak to pisałem. No i ultragrafomańskie!
A to o „Muzyce emocjonalnej”?
Ta płyta to jedyna rzecz w moim dorobku, która nie była ani przez chwilę przefiltrowana na zimno. Po prostu wylałem emocje i je zostawiłem, nie zastanawiając się, czy ktoś się wkurwi, czy ja będę się tego wstydził.
Czyli najbardziej goła płyta. Masz do siebie żal, że ją wypuściłeś?
Nie mam żalu. Jestem zadowolony i wciąż uważam, że jest niezła. Mam raczej refleksję, że im jestem starszy, tym mniej chcę się dzielić emocjami. Wciąż umiem napisać przejmujący, smutny utwór, jeśli coś mnie dotyka.
Na przykład „Pierwszy człowiek na księżycu” – kawałek dedykowany twojej córce.
Tak! Mówiąc wprost, nie wiem, czy to nie jest dla mnie dziś bardziej przejmujące niż cała „Muzyka emocjonalna”.
Kiedyś była to muzyka krzyku, teraz dojrzałych emocji?
Uciekałbym od sformułowania, że jestem dojrzały emocjonalnie, choć na pewno mniej naiwny niż wtedy. Tamta płyta powstała z nietrzymania emocji. Teraz, jako dorosły facet, tego nie mam, nawet w kontakcie z kobietami. Wytraciłem takie instynkty. Nie mam już tego, że coś mnie przeszywa do imentu i nie mogę tego znieść. Przede wszystkim od wielu lat nie uzależniam swojego szczęścia od drugiej osoby. Wtedy nie umiałem tego pojąć.
Chcesz powiedzieć, że szczęście jest wyborem?
No oczywiście! Trzeba tylko do tego dojrzeć.
Kogo powinienem zapytać, jakie to uczucie, gdy zawodzi Pezet?
Mógłbyś zapytać: jakie to uczucie, gdy zawodzi Paweł Kapliński, ale to by było pytanie o moje prywatne życie. To nie na ten wywiad. A jakie to uczucie, gdy zawodzi Pezet? Mam to w poważaniu! Zapytałbyś fana „Muzyki klasycznej” i on powiedziałby jedno. Zapytałbyś kogoś, dla kogo jest najfajniejszy trzeci numer z mojej nowej płyty, bo ma drillowy beat, i on powiedziałby, że EP-ka z Ajronem to najnudniejszy syf. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że gdzieś zawodzę.
Filip Kalinowski, autor książki „Niechciani, nielubiani”, napisał, że rap to muzyka miejsc, ludzi i czasów. Moim zdaniem w latach dwutysięcznych odbiorcą gatunku był bękart transformacji bez perspektyw. Dziś odbiorcą jest zakładnik dobrobytu. Trudniej robić rap w świecie, który nie jest już szary i bez nadziei?
I tak, i nie. Paradoksalnie wydaje mi się, że patologia po prostu zmieniła swoje oblicze i nie wiem, czy w pewnym sensie nie jest gorsza. Jest taka część rapu, która ma zarówno patologicznego artystę, jak i patologicznego odbiorcę. To zależy, w którym miejscu w tym worku jesteś, a rap jest dziś dużo pojemniejszym workiem niż kiedyś.
Ile w rapie lat dwutysięcznych było kreacji, a ile jest teraz?
Kiedyś rap był bardziej o buncie, o prawdzie. Uważam, że dziś wciąż jest o prawdzie, tylko ta prawda jest zupełnie inna.
Skoro masz pieniądze, auta, motocykle, to nie możesz wciąż mówić, że jesteś zbuntowanym chłopakiem z szarego blokowiska.
Tak. I że dalej mieszkam sobie w bloku z mamą, no bo nie jest tak. Natomiast kreacji jest więcej, nie tylko w rapie. Ale paradoksalnie treści jest mniej. Dzisiaj rap jest o produkcji, a nie o tekście.
Nie uważasz, że dziś powstaje za dużo muzyki? Wszyscy ją robią: youtuberki, influencerzy, przypadkowi ludzie.
Im coś bardziej popularne, tym więcej ludzi próbuje to robić.
A próg wejścia jest niższy czy wyższy?
W pewnym sensie teraz jest wyższy. Kiedyś wystarczyło mieć jakiś pomysł na siebie. Teraz jest trudniej wymyślić się, bo już wszystko było. Jak zaskoczyć odbiorcę w zalewie muzyki i informacji? Kiedyś było trudniej zarobić – to na pewno. Dzisiaj, jak się wybijesz, od razu zarabiasz.
Romans z nową szkołą rapu to pozyskanie młodego elektoratu czy chęć sprawdzenia się w czymś nowym?
Lubię się challenge’ować. Nie jestem tam po to, żeby się odświeżyć wizerunkowo. Jestem po to, by się odświeżyć muzycznie. Żeby mieć nowe wyzwania. Nie chcę robić czegoś, co już robiłem. Tego się już nauczyłem. Chcę się nauczyć czegoś nowego. Jeżeli ktoś mówi, że ja nieustannie robię skok na kasę, to jest to krzywdzące. Bo ja nieustannie ryzykuję, że się nie uda. Robię swoje, a to się może bardzo nie spodobać. Podejście typowego ADHD-owca: zrobiłem coś raz i drugi mnie już nie kręci. W takim razie nie chciałbym nie mieć ADHD w tej kwestii.
Podobno człowiek najszybciej uczy przez wyzwania. Robiąc coś wbrew czemuś lub komuś.
Jak się nad tym zastanowisz, to jest ultrasłabe: robiłeś cały czas muzykę buntu, muzykę wolnościową, a chcesz nowemu pokoleniu zabronić, żeby robiło to po swojemu? Wtedy jesteś hipokrytą, a nie wtedy, gdy chcesz spróbować w to wejść. Patrzę na swoją córkę i podoba mi się, że słucha czegoś zupełnie innego niż ja w jej wieku. Próbuję znaleźć w tym coś fajnego, a nie szukać, co jest niefajne, bo nie jest takie, jakie znałem do tej pory.
Ważny twist: uważam, że nie zawsze trzeba robić rap.
Słyszałeś o ostatnim hejcie na Sokoła? Zarzucono mu, że nawijał z promptera. Jedna mała rzecz i trach, nagonka gotowa.
Psychologia tłumu działa tak, że oni bardzo zachłannie wchodzą w skreślenie człowieka. Ja też przez to przechodziłem. Zszedłem kiedyś po drugim kawałku na koncercie na Ursynowie i to się za mną trzy lata ciągnęło. Ludzie nie widzą w tym człowieka.
Ubolewam nad tym wjazdem na Wojtka, tym bardziej że robię z nim album. Uważam, że to jest nieludzkie. Możesz mu nie wierzyć, możesz uważać, że zdyskredytował rzeczy, o których mówił wcześniej. Proszę bardzo! Wyłącz radio i nie słuchaj. Najbardziej irytuje mnie – a tutaj miałem swoje przejścia z człowiekiem, którego nazwiska nie wymienię, ale myślę, że wszyscy się orientują – że zawsze znajdzie się taki, który musi się przykleić do cudzego nieszczęścia, by wypromować siebie. To jest zwykłe kurewstwo.
Wojtek Sokół w filmie o tobie odpowiadał na pytanie: do kiedy można robić rap? Masz własną granicę, po której powiesz sobie: koniec, nie biorę mikrofonu do ręki.
Jeżeli nikt nie będzie chciał mi go odebrać, to nie. Teraz mam pomysł, żeby zrobić coś ultrarapowego, ale bardzo nowoczesnego. Ważny twist: uważam, że nie zawsze trzeba robić rap. Kiedyś może przyjść moment, że będę chciał wejść w te ciepłe kapcie starszego gościa i nagrać dojrzałą muzykę, którą będę sobie recytował, bo nie będzie miała nic wspólnego z rapem.
Czas na przyjemniejsze sprawy. Motoryzacja od zawsze była twoją zajawką czy przyszła razem z zachwytem amerykańskim rapem?
Flirt z motoryzacją zaczął się od mojego taty; zawsze lubił samochody i całkiem nieźle je rysował. Chciał mieć fajne auta, ale nie za bardzo mógł sobie na to w życiu pozwolić. On mi to zaszczepił, choć nie zawsze to rozumiałem. Jako dzieciak miałem przeróżne fascynacje i nie zawsze chciałem oglądać F1, ale Formuła 1 tak czy siak leciała w domu. Każdy wyścig od początku do końca.
Senna, Schumacher czy Verstappen?
Senna. Zawsze Senna.
Pamiętam dokładnie moment, kiedy powiedzieli, że nie żyje. Miałem siedem lat i mój mózg nie przetworzył, co to znaczy, że go nie ma, że nie będzie już jeździł.
Ja też tego jeszcze wtedy nie kumałem. Powiem ci ciekawostkę: nigdy nie przepadałem za Schumacherem. Jakoś tak po latach obejrzałem dokument na Netflixie i rozwalił mnie ten film. Po prostu skumałem, że prawdopodobnie oglądam film o najlepszym kierowcy w historii. Sądzę, że Senna miał więcej talentu. Był bardziej wirtuozem jazdy niż rzemieślnikiem. Mnie imponują wirtuozi, ale generalnie uważam, że do większych sukcesów dochodzą rzemieślnicy, którzy są po prostu pracowici.
Pierwsza fura na własność. Co to było?
Saab. Nic specjalnego. 9-5 Aero. Dzień po zakupie pojechałem do Kazimierza Dolnego z ówczesną partnerką. Wracaliśmy już na lawecie.
Jest auto, o którym marzyłeś jako dzieciak z Ursynowa i które w końcu kupiłeś? Poczułeś to, czego się spodziewałeś?
Chyba nie kupiłem rzeczy, o których marzyłem jako dzieciak. Bo chciałem mieć Hondę NSX. I do dzisiaj ją chcę. Mam nadzieję, że kiedyś ją będę miał.
Zmodyfikowane samochody/motocykle. Tak czy nie?
Lubię. Myślę, że dla purystów to będzie cios w serce, ale mi to nie przeszkadza. Jestem fanem RWB, co nie znaczy, że nie jestem fanem seryjnych. Ja po prostu nie mam tego dysonansu, że albo tak, albo tak.
Motocykle pojawiły się w twoim życiu jako spełnienie marzeń czy jako sposób na generowanie skrajnych emocji?
Jedno i drugie. Jako młody chłopak chciałem mieć skuter, potem motocykl i jakoś się nie złożyło, bo mama była bardzo przeciwna. Później się to rozmyło, robiłem różne głupoty, motocykle przestały być takie zagrażające. Zacząłem mieć dwadzieścia lat i bardziej mnie interesowało, czy idę na imprezę i czy będą fajne laski, niż to, czy mam motocykl. Później był taki epizod, że poleciałem na Bali, wsiadłem na skuter po wielu latach niejeżdżenia, spektakularnie się na nim wywaliłem. Powiedziałem: o nie, tak nie będzie! Wróciłem do Polski i od razu wypożyczyłem motocykl 125 z manualną skrzynią biegów, z którą nie miałem żadnego doświadczenia.
Harley Sportster, KTM Supermoto, teraz Panigale V2 S. Zupełnie różne strony motocyklowego świata. Skąd takie wybory?
Lubię różne style. Lubię się różnie poczuć na tych motocyklach. Czasem mam ochotę włożyć kombinezon, pojechać szybko i poczuć adrenalinę. Czasem wolę wyjechać na kawę w trampkach, trzymać wysoką kierownicę jedną ręką i mieć luz.
A supermoto?
Dawno na nim nie jeździłem, chyba z cztery sezony. Zamierzam wrócić, bo jeszcze się łudzę, że nauczę się trików.
Weź supermoto na tor!
Nie próbowałem. Ja w ogóle jestem samoukiem. Paradoksalnie to jest mój siódmy czy ósmy sezon, więc jeżdżę niedługo. Nie jestem człowiekiem, który zaczął jako nastolatek. Jak myślę o mojej brawurze z dawnych lat, to cieszę się, że na motocykl wsiadłem jednak, mając już jakiś rozum. Znaczy niedobrze, bo być może byłbym teraz lepszy, ale nie mam pewności, czy bym jeszcze żył.
Jakiś rozum…
Jakiś, bo to też nie jest tak, że ja spokojnie jeżdżę. Lubię podbijać dopaminkę.
Z brawury się nie wyrasta.
Wyrasta się i nie wyrasta. Powiem ci, że mam dużo więcej strachu niż cztery sezony temu.
Naczelny romantyk rapu czy zakładnik algorytmów? Żadna z tych postaci!
Widzisz więcej zagrożeń i przewidujesz, co mogą zrobić inni.
Nie tak dawno miałem sytuację na granicy dzwona, i jest taka ciekawostka. Kobieta zawracała, ja miałem zielone. Jechałem lewym pasem, ona wjechała na mój pas. Uciekłem w prawo, ale i tak w nią uderzyłem. Był huk taki, że zatrzymałem się i myślałem: no rozwaliłem sprzęt. Patrzę: nic się nie stało. I wiesz, czym uderzyłem? Palcem jednym i klamką. A huk był potężny. Okazało się, że paznokieć sobie rozwaliłem. Tylko tyle. Nic więcej.
Czerwone Panigale V2 S to nie pierwsze Ducati w twoim garażu. Skąd zamiłowanie do włoszczyzny?
Od kilku lat mam Supersporta S. Ducati ma swój niepowtarzalny klimat, bo to jednak marka ze 100-letnią historią. W ogóle włoska motoryzacja ma najwięcej duszy. Oprócz wszystkich walorów jezdnych i tego, o czym pewnie nie mam pojęcia, bo na pewno są ludzie, którzy wiedzą o MotoGP i o osiągach dużo więcej niż ja – Ducati to dla mnie styl. Bardzo cenię sobie stylowe rzeczy i uważam, że to jest najbardziej stylowa rzecz, jaka jest. Jest skuteczna, są na to dowody, ale ma też swój styl.
Czyli połączenie sztuki i technologii. Pagani vs Koenigsegg, co wybierasz?
Zdecydowanie Pagani.
Nierozsądna jazda na motocyklu. Odcięcie od codzienności, czy poczucie, że żyjesz, bo balansujesz na cienkiej granicy?
Dla mnie to jest o koncentracji. To, że jadąc na motocyklu z moim ADHD, nie mogę zająć się niczym innym. Nagle koncentruję całe swoje życie na jednej czynności. Mogę mieć sto problemów, zanim wsiądę na motocykl. Na motocyklu mam jeden: muszę jechać.
To lepsze niż scrollowanie telefonu przez trzy godziny.
Zdecydowanie. Wiesz, ja schodzę z motocykla zwykle spokojny. Jestem wyciszony. Jestem skoncentrowany.
A jeśli nie motocykl, to co? Co daje ci takie wyciszenie?
O Jezu, nie wiem, czy znajdę coś analogicznego, szczerze ci powiem. Trening może. Sport, taki czy inny. Akurat tego nie dotykałem od czterech lat, ale zamierzam wrócić. Jest w ogóle taka teoria, nie wiem, czy do końca prawdziwa, że dla dobrostanu ludzkiego mózgu najważniejsze jest to, żeby oko obserwowało przemijający krajobraz. Czyli ty jedziesz do przodu, a krajobraz przelatuje do tyłu. To jest najbardziej uspokajająca rzecz i sprawiająca, że czujesz, że żyjesz.
Wieść niesie, że zamówiłeś motocykl w jednym z customowych warsztatów z Kalifornii. Zdradzisz coś?
Za 8-9 tygodni skończy się jego budowa, do tego kilka tygodni na transport. Będzie to coś zupełnie innego, niż miałem do tej pory!
Na koniec: Pezet to dziś kronikarz polskich bloków, naczelny romantyk rapu, czy zakładnik algorytmów?
Żadna z tych postaci. Pezet to człowiek, który może zrobić sobie z muzyką, co chce. Po prostu. Bawię się muzyką i bardzo dobrze się czuję, z tym że nie muszę się aż tak przejmować.
Rozmawiał: Mariusz „Smoku” Rakowski | Zdjęcia: Hanna Kantor @haniakantor
Czy wprowadzenie osobnych kwalifikacji do sprintu MotoGP wyjdzie wszystkim na dobre? I czy udział całej…
Coraz więcej wiadomo o potencjalnych premierach Hondy na targach EICMA 2026. Wszystko dzięki wyciekom z…
Podczas targów EICMA 2025 ZXMOTO przedstawiło prototyp silnika typu bokser. Teraz pojawiły się pierwsze zdjęcia tej…
Koncern BMW to kolejny niemiecki gigant motoryzacyjny, który otwarcie oznajmił, że przechodzi kryzys związany ze…
Triumph rozpoczął swój maraton nowości. Pierwsze z nich to Bonneville T40 i T40 Black, z…
Jesień coraz śmielej zagląda za okna, a my oddajemy w Wasze ręce piąty już w…