A co ciekawsze, tę medialną flautę wokół motocyklistów zawdzięczamy środowisku chyba najbardziej przez nas znielubionemu i pogardzanemu, czyli politykom. Bowiem politycy zamiast grzecznie zabawiać się na zasłużonych wakacjach i prezentować ukrytym w krzakach paparazzi gołe brzuchy i biusty, jakoś dziwnie się zaktywizowali i przejęli przypisywaną tradycyjnie motocyklistom rolę szaleńców, desperatów, piratów. I trzeba przyznać, że w roli tej spełniają się znacznie lepiej niż motocykliści, dostarczając żurnalistom wyjątkowo bogatej pożywki, a społeczeństwu (w zależności od punktu patrzenia) zabawnych lub żałosnych igrzysk. Na szczęście żaden wybitny przedstawiciel prowincjonalnych mediów (bo głównie to właśnie one zajmują się jednośladowymi aferami) nie dywaguje w tym sezonie na temat nocnych ryków motocykli pędzących ponad 350 km/h z wygolonym kierowcą, który wokół szyi na wszelki wypadek ma zaplątaną żyłkę. Ani też nie tropi motocyklowych gangów terroryzujących staruszki na przejściach dla pieszych. Okazuje się, że znacznie łatwiej, przyjemniej i z większą szansą na zwiększenie poczytności jest obserwacja polityków w okresie rui przedwyborczej. W przeciwieństwie do motocyklistów oni sami organizują konferencje prasowe, podczas których obrzucają się wzajemnie błotem i w zasadzie dziennikarska praca ograniczyć się może do monitorowania tych gratisowych występów. A z nami jest trochę trudniej. Żeby zwietrzyć jakąś jednośladową sensację, trzeba się nachodzić, naprosić, potem całość opowieści odpowiednio podkoloryzować, a istnieje jeszcze niebezpieczeństwo, że któryś z motocyklistów po poczuje się urażony wypocinami i może regularnie przylać autorowi w mordę.
Szkoda, że nasza klasa polityczna nie wpadła na pomysł „letnich igrzysk” kilka lat temu, bo być może odbiór motocyklistów w społeczeństwie byłby inny, bardziej pozytywny. W tym sezonie pisze się (i robi materiały telewizyjne) jedynie o naszych zlotach, paradach, akcjach charytatywnych, pasjach – no po prostu sama nuda. Niemal ani słowa o gangach, terrorze i strachu na drogach, czyli rzeczach najbardziej interesujących społeczeństwo podczas letniej kanikuły. Tracimy więc w oczach przeciętnego Polaka-szaraka cały koloryt, tajemniczość i opinię twardych gości. Jednym słowem – słabizna. Aż strach pomyśleć, do czego w konsekwencji mogą doprowadzić harce naszych polityków. Może sąsiedzi zaczną nam się kłaniać i uważać za normalnych ludzi?
Ale tak na poważnie – z jednej strony to bardzo miło, że media wreszcie się od nas odwaliły, jednak z drugiej strony powód ich nowych letnich zainteresowań jest bardzo martwiący. Bo ludzie, którzy powinni zajmować się istotnymi sprawami naszego kraju, zajęci są akurat ustalaniem, kto kogo i kiedy podsłuchiwał, która wiedza jest bardziej porażająca, a która przerażająca, kto od kiedy jest kretem i uśpioną wtyczką tajnych służb i kto umaczany jest w jakim układzie. A mnie to wszystko g.. obchodzi i coraz bardziej denerwuje. Mnie interesuje odpowiedź na pytanie, czemu co jakiś czas muszę chodzić na pogrzeby moich kolegów, którzy z powodu porażającego i przerażającego stanu naszych dróg nigdy i nigdzie już nie pojadą? I czemu każdy wyjazd motocyklem jest dla mnie raczej walką o życie, a nie ekstraktem przyjemności? I niech mi nikt nie mówi, że sami sobie jesteśmy winni, bo jeździmy za szybko i zbyt ryzykownie. Jeżdżąc po szerokim świecie, miałem okazję obserwować motocyklistów w innych krajach i twierdzę, że jeżdżą znacznie szybciej niż my. Tyle tylko, że oni mają po czym jeździć, a i organizacja ruchu jakby bardziej przemyślana. I stąd bierze się mniejsza liczba wypadków w krajach zachodnich, a nie z innego poziomu szaleństwa u kierowców. Bo konstrukcja psychiczna człowieka jest taka, że mniej więcej każdy posiada jakiś tam instynkt samozachowawczy i wsiadając na motocykl, nie od razu myśli o tym, jak tu najszybciej, najskuteczniej i najbardziej spektakularnie się zatłuc. A właśnie w ten sposób usiłuje się w Polsce tłumaczyć większość wypadków z udziałem motocyklistów.
I w zasadzie jest to taktyka słuszna, bo przecież znacznie prościej, a przede wszystkim taniej, jest zwalić winę na użytkowników dróg, niż drogi te porządnie wyremontować. Ględzenie w końcu nic nie kosztuje, a zapłata wyspecjalizowanej firmie za wykonanie odpowiedniej analizy, którą można podpierać podczas wyżej wspomnianego ględzenia z pewnością będzie niższa niż koszt budowy choćby 100 metrów autostrady. A społeczne pieniądze oszczędzać trzeba. Dawno temu pracowałem w pewnej japońskiej firmie, której prezes miał zwyczaj mawiać (głównie sytuacjach związanych z reklamacjami): to nie nasze samochody są złe, to tylko wy nie umiecie ich używać. Wydaje się, że podobną retorykę stosują nasze władze: to nie drogi są złe, to wy nie umiecie po nich jeździć. Skądinąd jest to rozumowanie słuszne, bo po naszych drogach rzeczywiście mało kto umie jeździć. I jedynym pomysłem na poprawę bezpieczeństwa jest wprowadzanie kolejnych ograniczeń prędkości.
Wielokrotnie każda kolejna rządząca ekipa składała przyrzeczenia, że tym razem to już na pewno asfaltowe wstęgi zostaną potraktowane z należytą powagą. Jednak jak wykazuje praktyka, w naszym kraju priorytety bywają nieco inne niż każdemu rozsądnemu człowiekowi mogłoby się wydawać. Skoro na liście najbardziej istotnych inwestycji w Polsce znajduje się przybudówka w szkole Taty Dyrektora z dotacją 15 mln euro, a wypada z niej budowa krajowej drogi miedzy Poznaniem a Wrocławiem, to mam wrażenie, że coraz mniej rozumiem otaczającą nas rzeczywistość. A to nie jest zdrowy objaw, bo człowiek powinien rozumieć świat, żeby móc czynić go lepszym i piękniejszym. Z jednej strony powołuje się kolejne komitety mające na celu podnoszenie bezpieczeństwa ruchu drogowego, a z drugiej czyni spektakularne gesty pokazujące, jak w praktyce mało naszą władzę obchodzi to bezpieczeństwo.
Jednak, żeby nie kończyć felietonu w tak pesymistycznym nastroju, muszę zaznaczyć, że głęboko wierzę w to, że kiedyś w Polsce dorobimy się gęstej sieci pięknych autostrad. Tyle tylko, że wtedy to cały świat będzie już używał teleporterów zamiast kołowych środków transportu…
Oszczędność, która zaczyna mieć realne znaczenie. Motocyklowe perełki, które pojawiają się raz na jakiś czas…
Tym razem wybieramy trasę bardziej sprawiedliwie, żeby wszyscy chętni mieli dojazdówkę niezbyt długą — czyli…
Według najnowszych plotek, Ai Ogura ma w 2027 roku trafić do fabrycznego składu Yamahy w…
Polski, motocyklowy motorsport, miał w ubiegłym roku powody do ogromnej dumy. Podczas gdy Witek Kupczyński…
Sezon motocyklowy właśnie rusza, a wraz z nim Dni Otwarte Triumpha w salonach w całej…
W ostatnich latach Chińczycy wykonali ogromny postęp w kwestii motoryzacji. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania…