Z archiwum „Świata Motocykli”: Stanisław Roliński. Numer 2/1995

Gdy w latach 70. powrócił do kra­ju z USA, miejsca swego po­wojennego osiedlenia, był przez długi czas konsultan­tem stołecznego Muzeum Techniki. Pomagał także m.in. inż. Witoldowi Rych­terowi w tworzeniu pomni­kowej pracy pt. „Dzieje sa­mochodu” i współpracował z inż. Tadeuszem Heryn­giem, byłym szefem Oddziału Motocykli Państwowych Zakładów Inżynierii, a po wojnie znanym rzeczo­znawcą motocyklowym. 

Motocyklowy życiorys Stanisława Rolińskiego, tak bardzo zbliżony do działań niejednego z was, a przy tym świetnie odda­jący klimat okresu między­wojennego, wart jest przy­pomnienia. Tak nam opowiadał:

„Mój pierwszy kontakt z motocyklami nastąpił bar­dzo wcześnie, bo w piątym roku życia i to za pośrednictwem samochodu. Było lato 1912 roku, stałem na balkonie naszego mieszka­nia przy ul. Pięknej 50 w Warszawie obserwując ruch uliczny. Raptem do­nośny sygnał i huk motoru – pod balkonem zatrzymał się 3-tonowy Packard z wojskową obsługą. Takiej gratki nie mogłem przepu­ścić i chociaż wiedziałem, że postój potrwa długo (cię­żarówka przyjechała do magazynu prowiantowego oddziałów lotniczych sta­cjonujących na Lotnisku Mokotowskim przy ul. Pu­ławskiej, który znajdował się w piwnicy naszego do­mu), szybko zbiegłem na dół.

Szofer grzebał coś przy silniku, lecz nie odpędził pętającego się malucha. Zostałem wywindowany na twardą ławkę szoferską, mogłem „pokierować” i po­trąbić. Szczyt szczęścia! Żołnierze obdarowali mnie różnymi specjałami z USA – do dziś pamiętam smak czekolady – o które trudno było w Warszawie podczas wojny z bolszewikami i… pojechaliśmy. To już po­dwójny szczyt szczęścia, zwłaszcza że jazda w otwartej „kabinie” kierow­cy dostarczała dodatkowe­go efektu – byłem widziany!

Packard grzmiał po bruku twardym masywowym ogu­mieniem, a przechodnie uśmiechali się do mnie, niektórzy nawet machali. Dziś myślę, że te machania i uśmiechy spowodowane były raczej litością – oto frontowa sierota przygar­nięta przez żołnierza pełni służbę wraz z nim – lecz wówczas nawet nie spostrzegłem, jak przejechali­śmy bramę lotniska. Moi opiekunowie wysiedli przed hangarem, a mnie zaintry­gowały… motocykle.

Fot. 1

Nie­opodal stały dwie maszyny z bocznymi wózkami, żywo przypominającymi blasza­ne łódeczki, które puszcza­łem w sadzawkach Ogrodu Ujazdowskiego. Wlazłem do jednej z nich i już nie wylazłem, aż przed do­mem, i to po odbyciu rundy po lotnisku. Żołnierz, który odwiózł mnie do rodziców, załago­dził burzę, jaka zebrała się nad moją głową. Na lotni­sko biegałem później ze starszymi kolegami – oni popatrzeć na samoloty, a ja na motocykle i samochody, których tam było pełno.

Dowiedziałem się, że „mój” pierwszy motocykl to amerykański Harley-David­son, tak zwana „tysiączka” z 1916 roku, jeden z najpo­pularniejszych wówczas w wojsku. Wożono mnie po Polach Mokotowskich, wybierałem ciężkie Harleye i Indiany, jakoś nie ciągnęło mnie do „anglików” (Triumph, BSA, Sunbeam) i ,,niemców” (Wanderer, Brennabor etc.), które szybko nauczyłem się roz­poznawać już z daleka po ,,gangu” silnika. Podpatry­wałem kierowców i mecha­ników – muszę powiedzieć nieskromnie, że już jako dziesięciolatek byłem dobrze obe­znany z motocyklem i budo­wą jego mechanizmów. 

„Nagroda” przyszła nie­spodziewanie. Na rogu Wspólnej i dzisiejszej Emilii Plater dwóch studentów politechniki biedziło się nad dwucylindrową widlastą 750-ką (lub „tysiączką”, już dzisiaj nie pamiętam) an­gielskiej marki Rex-Acme. Nawaliła uszczelka pod pokrywą rozrządu, wycie­kał olej, byli bezradni. Wpadłem do mieszkania mojego dziadka – na szczę­ście mieszkał w pobliżu – złapałem twardy papier rysunkowy, nożyczki… i po kłopocie. Studenci chcie­li mi kupić słodycze, a gdy odmówiłem, zreflektowali się i oczywiście zapropo­nowali „to wsiadaj mały z tyłu”. Pokręciliśmy sie trochę po Śródmieściu, to była frajda!

Ten sam motocykl spotkałem parę miesięcy później na Filtrowej, moi „koledzy” uczyli jeździć in­nych studentów. I znowu nie mieli szczęścia. Trafił się cwaniaczek na zdezelo­wanym rowerze, podjechał blisko, podciął motocyklistę, a ten – uczeń – nie umiał opanować maszyny. Motor się przewrócił, zaś rowe­rzysta umknął ze złotym kieszonkowym zegarkiem niefortunnego kursanta.

Nie mogę powiedzieć, gdzie i kiedy nauczyłem się jeździć. Przyszło jakoś samo z siebie – to ten, to tamten dał się przejechać, trochę pomógł ojciec mojego szkolnego kolegi, taksów­karz na Peugeocie, pan Kapuściński. Pamiętam za to doskonale pierwszą dłuż­szą samodzielną jazdę; roz­słonecznione Bielany, wów­czas pod Warszawą, i ja, rozczerwieniony z emocji 14-latek, podrzucany na wertepach przez „cud-ma­szynę”, Harleya-Davidsona 1200 ccm z bocznym wóz­kiem, z warsztatu braci Lambert przy ul. Okólnik 3 na Powiślu, gdzie miałem „pomagać”. Gutek Lam­bert, złoty chłop, uwierzył w moje jeździeckie umiejętności i na pierwszy „start” dał nowy motocykl, bodajże nawet klienta.

To „pomaganie” w kilku warsztatach motocyklowych zabierało wprawdzie czas przeznaczony na odrabianie lekcji, ale jako 16-letni chłopak bez pudła mo­głem rozpoznać każdy de­fekt. Bardzo lubiłem te zga­dywanki, a czytając modne wówczas groszowe powie­ści detektywistyczne, trak­towałem je trochę jak kry­minalne zgadywanki, zaś rozwiązanie znajdowałem drogą dedukcji. „Kolek­cjonowałem” jazdy na po- życzonych motocyklach – im większy „cudak”, tym lepsza zabawa. Zostało mi to i później, gdy miałem już własne pojazdy.

Fot. 2

Najmilej wspominam krótką, wie­czorną, przejażdżkę po… Ogrodzie Saskim, na wspaniałym czterocylindrowym, dwusuwowym austriackim Puchu 500 (pożyczonym od przygodnych motocyklistów, którym pomogłem „znaleźć” iskrę). Maszyna była niewiarygodnie cicha, zaś moje 17 lat podsunęło kuszący pomysł – „podjedź z tyłu do spacerującej pary zakochanych i naciś­nij przycisk elektrycznego sygnału”. Dźwięk zbliżony do przedśmiertnego rżenia osła, jaki wydobywał się z blaszanej trąby sygnału (marki, nomen omen, „Blackhorn”, czyli „czarny róg”) w różnych miejscach parku, spowodował żywą akcję policji. Kilku zasa­panych stróżów prawa uganiało się za mną po alejkach gwiżdżąc przeraź­liwie. Wyniosłem się więc z ogrodu, pozostawiając jako jedyny ślad wyjątkowo „tłu­sty” smrodek spalin. ,

Prze­żyłem jeszcze jedną akcję policyjną, tym razem już ja­ko obserwator. W letnie niedzielne popołudnie 1936 roku siedziałem – w dam­skim towarzystwie – w ogródku kawiarni Hono­ratka w Alejach Ujazdowskich (dziś przebiega w tym miejscu Trasa Łazienkow­ska). Wtem, od strony Bel­wederu, dały się usłyszeć dobrze roz­kręcone silniki motocyklo­we. Dźwięki nakładają się, trudno poznać, co to jedzie. Wyskakuję na ulicę: cztero­cylindrowy, widlasty „an­glik” Matchless 600, ze wspólną głowicą i tylko jed­nym gaźnikiem, ucieka przed policyjnym Harley­em-Davidsonem 1000 ccm, który wyraźnie siedział mu na kółku. Wąsaty, starszy przodownik potężnie dmu­cha w gwizdek. Sytuacja niecodzienna; gwar, szum, przechodnie zatrzymują się, padają komentarze.

Raptem z ulicy Szucha wypada – prawie na zderzenie z Matchlessem – drugi poli­cjant na Harleyu i cała trój­ka wali środkiem Alej w stronę Zamku. Już chcia­łem wskoczyć na siodło mo­jego Harleya-Davidsona model 45 (750-tka z wóz­kiem z 1930 roku), aby wy­ruszyć za nimi, gdy z bar­dzo nadąsanych dziewczę­cych ust usłyszałem obu­rzone: „Stasiu! Jak możesz!?” Nie mogłem. Wróciłem do kawiarni. W poniedziałek rano wy­czytałem w „Kurierku” szczegóły akcji: student, syn bogatego przemysłow­ca, założył się z przyjaciół­mi, że trasę Wilanów-Za­mek pokona w… dwadzie­ścia minut. Przegrał, i to po­dwójnie, bo trafił do sądu za „opór stawiany policji”. W następną niedzielę, lecz nie w środku dnia, a o piątej rano, gdy ruch uliczny pra­wie nie istniał, przymierzy­łem się do tego „rekordu” na Harleyu z odjętym wóz­kiem. Udało się bez proble­mu, dziwili się tylko dozor­cy polewający wodą chod­niki Nowego Światu.

Wracając do „cudaków” – nie będę mówił, co ujrza­łem, bo to cała litania, zaś pojazdy w sumie typowe dla owego okresu i opisane już w wielu książkach. Wspomnę o tych, które najbardziej utkwiły mi w pa­mięci. Motocykle pocztowe (Indian, Harley, póź­niej polskie CWS M 55 i CWS M 111) z wózkami bocznymi w kształcie pudła z wiekiem pojawiły się w Warszawie, gdy miałem jakieś 10-12 lat. Trudno było ubłagać pocztowca, aby na skrzyni przewiózł pasażera. Gdy jednak zgodził się na jedne­go, z bramy wyskakiwała cała ferajna, ładowała się na wieko i nie schodziła, dopóki nie przejechał kilku­dziesięciu metrów.

Sztuki tej nie można by­ło dokonywać w motocyklo­wych taksówkach, które pojawiły się w latach 1926-28. Po prostu wózek boczny, który pełnił rolę jednoosobowej kabiny pa­sażerskiej, był zbyt dobrze obudowany, a drzwiczki często zamknięte na klucz. Próbowaliśmy, Harley 1200 kusił potężnie – nie udało się, a właściciel sklął nas od ostatnich. Czasami można było „wyżebrać” króciutki spacerek w dwu­osobowym wózku bocznym policyjnych Harleyów 1200 (fot. 1), które dość często patrolowały miasto w dwu- lub trzyoso­bowej obsadzie. Dodam, że obok wózków z miejscami ułożonymi jedno za drugim, widziałem także – w pry­watnych rękach – szerokie gondole z miejscami obok siebie.

Lubiłem oglądać defila­dy wojskowe. Zawsze poka­zywano motocyklistów, czasami – tak jak na zdjęciu z uroczystości 3 Maja w 1933 roku (fot. 2) – w spo­sób nieco humorystyczny. Defiladę obserwowałem stojąc po tej samej stronie Placu Piłsudskiego, co try­buna rządowa, lecz bliżej Senatorskiej. Motocykle po­suwały się w trzech równo­ległych kolumnach. W pierwszej, najbliżej stano­wiska prezydenta jechały najnowsze nabytki Wojska Polskiego, w drugiej nieco już bardziej wysłużone, zaś w trzeciej najstarsze, z koń­ca I wojny światowej. Pu­bliczność nie zwracała uwagi na ten podział i kla­skała jak szalona.  

Fot.3

Chodziłem też na zawo­dy motocyklowe, szczegól­nie okraszone uczestnic­twem bardzo przystojnej zawodniczki Polskiego Klu­bu Motocyklowego, pani Janki Loteczkowej. Poje­chałem nawet kiedyś ciuch­cią do Strugi, gdy ścigała się na świetnej BSA (fot.3). Z innych imprez pamiętam dobrze, o dwa lata wcześniejszy od wyścigu w Stru­dze, rajd motocyklowy po ulicach Warszawy, zorgani­zowany przez redakcję cza­sopisma „Autolot” w 1930 roku. Pamiętam go z dwóch powodów: po pierwsze, po raz pierwszy widziałem polskie CWS M 55 (fot.4). Ten na zdjęciu, z numerem startowym 14, prowadzo­ny przez porucznika Ka­walca okazał się mocno pe­chowy i nie dojechał do mety. Po drugie, po raz pierw­szy wpadło mi w oko hasło reklamowe Melchiora Wań­kowicza „Cukier krzepi”, które warszawska publicz­ność uzupełniła o „Wódka lepiej”.

Własne motocykle

Teraz o moich motocy­klach. Pierwszy złożyłem sobie mając 17 lat. Od zna­jomego tramwajarza kupi­łem, za śmieszną kwotę 30 zł, całkiem jeszcze nienaj­gorszy silnik jednocylindro­wy Motosacoche 500, szwajcarskiej produkcji. Ramę, koła i osprzęt nabyłem przy ulicy Kredytowej 16, w Sa­lonie Okazyjnych Motocy­kli Jurka Wegenki, które­mu też pomagałem. Zmontowałem, trochę pojeździłem i zamieniłem w znanej firmie B. Wahren przy Świętokrzyskiej na… rower wyścigowy tej marki. Na rowerze już nie jeździłem. Sprzedałem i natych­miast wytargowałem za grosze starego Indiana 750. Części niezbędne do remon­tu kupiłem u braci Lambert, po mocno zniżkowej cenie.  

Tak rozpocząłem moto­cyklowy handel. Kupowa­łem, remontowałem i sprzedawałem. Szło mi cał­kiem nieźle. Na początku 1938 roku miałem do sprzedania 15 motocykli. Pamiętam świetną angiel­ską Velocette 350, górnoza­worową z tzw. wałkiem królewskim, nowoczesne BMW 500 z widelcem tele­skopowym przedniego koła (woziłem nim, a raczej w jego bocznym wózku, zna­jome dziewczęta na zamiej­skie spacery) i jak wszyst­kie niemieckie motocykle bardzo solidnie wykonany. Dalej, kilka moich ulubionych: In­dian Scout i Police Scout, Harley-Davidson 750, an­gielskie: górnozaworowy Norton 500, „górny” AJS 350 i „dolna” BSA 350, na której uczyłem jeździć róż­nych znajomków. Cały ten ,,majdan” pozostał w piwni­cy domu przy Wilczej 2, gdy w 1938 roku dostałem powo­łanie do służby wojskowej.

Gotówki nie miałem du­żo, zaraz inwestowałem w motocykle. Gdy potrzebo­wałem pieniężnego zastrzy­ku, „dorabiałem” u Wegenki (woziłem motocykle na ko­misje wojskowe w celu przyznania im kategorii mobilizacyjnych, odpo­wiednich do ich stanu tech­nicznego) lub u braci Lam­bert (jeździłem po części do Harleyów-Davidsonów do firmowego przedstawiciel­stwa „Auto Service” na No­wy Świat 9, gdzie jako warsztatowiec otrzymywa­łem je z 3% zniżką).

Wpa­dałem także do warsztatu (na Twardą) byłego pułkownika armii carskiej, Nikołaja Pastuszenki, który pracował w Urzędzie Miar i Wag, a w warsztacie re­montował liczniki (takso­metry) dla taksówek i szybkościomierze (zwane ta­chometrami) dla samocho­dów i motocykli. Pamiętam tachometry amerykańskiej marki Corbin, wyskalowa­ne w milach, wielkości dawnych budzików, pobie­rające napęd od tylnego ko­ła. Miały one dwie wska­zówki, jedna okazywała zawsze aktualną prędkość, zaś druga zatrzymywała się na wskazaniach najwyższej prędkości i wracała do zera po odblokowaniu przyci­skiem z lewej strony.

Pastuszenko miał stare­go Royal-Enfielda, dwucy­lindrowego, widlastego, 740 lub 1000 ccm, już dziś nie pamiętam. Konstrukcja nieco udziwniona – silnik urucha­miał się za pomocą korby działającej poprzez prze­kładnię umieszczoną pod siodłem. Miał napęd łańcu­chowy i dwa biegi, które zmieniało się korbką wystającą nad zbiornikiem pa­liwa. Maszyna nie była najgorsza. Psuła się niezbyt często, to­też wiele u Pastuszenki nie zarobiłem.

Fot. 4

W końcu lat 30. „pułkownik” używał Enfiel­da z bocznym wózkiem od polskiego CWS M 111. To były maszyny! Robione głównie dla wojska, nie sta­ły w warsztatach, bo nie chciały się psuć! Jak się ja­kiś trafił u zaprzyjaźnione­go mechanika, to zaraz wszyscy go „testowali”, wo­łano i mnie do tych prób. Jeździłem wtedy pod Wila­nów na siekierkowskie pia­seczki. Maszyna szła jak burza – to była frajda!

W kręgu moich kumpli moto­cykl traktowany był często jako środek płatniczy w – jak to się dzisiaj mówi – obrocie bezgotówkowym. Był nawet wygodniejszy od czeku, bo zawsze miał po­krycie! Znajomy stolarz przerobił mi piwnicę na elegancki magazyno­warsztat. Dostał za to Arie­la 500. Znajomy żydowski krawiec przerobił mi skó­rzaną motocyklową kurtkę na najnowszy berliński fa­son kamizelkowego kroju z wieloma suwakami i prze­farbował na czerwono. Mógł w zamian kupić – z moich zapasów – angiel­skiego Excelsiora z silni­kiem Villersa 100 ccm (na które nie wymagano prawa jazdy) za niedużą kwotę 150 zł. Takie transakcje przeprowadzaliśmy często, a i gotówkowe z godziwym zarobkiem nie były spora­dyczne. Z motocykli można było żyć; a że i hobby, i za­robek jednocześnie, to sie­działo się w tym od rana do wieczora.

W 1938 roku rozpoczą­łem służbę wojskową, nie­stety w piechocie. W stycz­niu 1939 roku trafiłem do Korpusu Ochrony Pograni­cza. Mój 5 batalion „Łużki” stał na Wileńszczyźnie – pilnowaliśmy granicy z sowietami i, ze względu na warunki terenowe, odby­waliśmy patrole piesze. W batalionie były etatowo dwa samochody marki Pol­ski Fiat 621 (ciężarowy 2,5 tony) i terenowy łazik PF 508 dla dowódcy. Zacząłem się „kręcić” koło pojazdów, pomagać przy konserwacji i drobniejszych naprawach. Zgadało się coś o moich motocyklach – dostałem zgodę na ściągnięcie jedne­go z nich do oddziału.

Poje­chałem o Warszawy i… żal mi się zrobiło moich skarbów. Trafił się Indian Scout z 1924 roku; „ślepak”, ale w bardzo dobrym stanie. Kupiłem go i koleją wrócili­śmy do Głębokiego. Stam­tąd 30 kilometrów po śniegu, często jeszcze nie prze­tartym, a głębokim ponad kolana, już o własnych in­dianowskich siłach do Łu­żek, do batalionu. Te 30 km je­chałem prawie dwie godziny. Teraz zaczął się dla mnie złoty okres. Dni w siodle – służba łącznikowa, inspekcyjna – woziłem oficera na kontrole placówek granicz­nych, gospodarcza i szkole­niowa – uczyłem jeździć oficerów i podoficerów od­działu, wypełniały mi czas całkowicie. Benzyna i oleje wojskowe, okolica piękna, Indian bezawaryjny – sie­lanka! Niestety skończyła się ona po ośmiu miesiącach.

Nad ranem 19 września od­działy sowieckie zaczęły zajmować nasze strażnice graniczne, około dziewiątej wy­cofaliśmy się bez walki w stronę miasteczka Postawy. Jeżdżę na rozpoznanie: ru­skich pełno wszędzie, dosyć dobrze uzbrojeni, z artyle­rią i czołgami. A my – drugi rzut osłonowy KOP, nawet bez broni przeciwpancer­nej! Zdecydowano, że prze­chodzimy na Litwę. Mnie się jednak nie udało. 20 września mój oddział oto­czyli sowieci; trochę po­strzelaliśmy i… koniec pie­śni. Za dużo ich było i ze wszystkich stron.

Plutono­wy mówi do mnie: „Stani­sław, ruszaj się, nic tym skur…synom nie oddamy”. Zaczęliśmy niszczyć broń, Indiana położyłem w dołku, odkręciłem benzynę i dla pewności wrzuciłem aż trzy granaty. Nic dla „tych skur…synów” nie zostało! Trafiłem do sowieckiej nie­woli, a ci wymienili mnie – jako warszawiaka – z Niemcami. Ci z kolei za­mknęli mnie do obozu na terenie Rzeszy. Przesie­dzialem do końca i po wyzwoleniu, na szczęście przez Amerykanów, zno­wu złapałem się za motocy­kle. Ale to już zupełnie inna historia i na innym konty­nencie.

Stanisław Roliński

Opracował: Jan Tarczyński, fot. ze zbiorów Jana Tarczyńskiego, An­drzeja Godlewskiego i Jarosława Piotrowskiego. 

 

KOMENTARZE
Redakcja Świat Motocykli

Recent Posts

CFMOTO 1000MT-X. Chińskie motocykle już niczego nie kopiują

W ostatnich latach Chińczycy wykonali ogromny postęp w kwestii motoryzacji. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania…

10 kwietnia 2026

MotoGP: Aleix Espargaro kontuzjowany! Czy to koniec jego kariery jako testera Hondy?

Czy to już koniec kariery testera dla Aleixa Espargaro? Poważny wypadek podczas kwietniowych testów w…

10 kwietnia 2026

Motocykle dla oszczędnych – tanie w zakupie i tanie w eksploatacji

Żyjemy w czasach, kiedy miasta są przepełnione, a przy wystarczająco nieszczęśliwym zbiegu okoliczności wykres cen…

8 kwietnia 2026

Rynek motocykli w Polsce – marzec z wynikiem, jakiego jeszcze nie było

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego opublikował dane dotyczące rejestracji nowych motocykli i motorowerów w marcu. Wiosenna…

8 kwietnia 2026

Prawo jazdy na motocykl. Którą kategorię wybrać i jak nie przepłacić?

Chcesz zrobić prawo jazdy na motocykl i zastanawiasz się, od czego zacząć? Lepiej dobrze się…

8 kwietnia 2026

Ardie RBU 503 Noris. Maszyna z długą podwarszawską historią

W polskich warunkach niezbyt często zdarza się, żeby można było w pełni, w sposób udokumentowany,…

8 kwietnia 2026