Trzysta na godzinę. Lech Potyński o pewnej kontrowersyjnej wartości

Niedawno w serwisie internetowym naszej reakcji ukazał się się wspominkowy artykuł dotyczący kultowej „Hajki”. Nie lubię słowa „kultowy”, uważam że jest mocno nadużywane, jednak w przypadku tego szczególnego motocykla jest chyba adekwatne.

Maszyna, która za moment osiągnie status motocykla zabytkowego (25 lat), była reklamowana przez koncern Suzuki jako pierwszy seryjny motocykl przekraczający magiczną granicę 300 km/h. Wtedy budziło to ogromne emocje, które, jak się wydaje, do dzisiaj nie opadły do końca.W komentarzach pod naszym tekstem o Hayabusie rozpętała się burzliwa dyskusja, w której ja również pozwoliłem sobie zabrać głos. Odniosłem bowiem wrażenie, że mam prawo się wypowiedzieć. Akurat pod koniec lat 90. ubiegłego wieku pracowałem w dziale motocykli polskiego przedstawicielstwa Suzuki i zapewne jako jeden z pierwszych w naszym kraju miałem okazję „polatać” tym sprzętem.

Z racji pełnionych obowiązków znałem też niemal wszystkie poważniejsze światowe publikacje na jego temat. Oczywiście łącznie ze świadectwami homologacji, bo mniej więcej na tym polegała ta całkiem miła praca. Z mojej najlepszej wiedzy wynikało, że Hayka dotyka jednak magicznej „trzysetki”.

Najprościej można było to sprawdzić osobiście, bo na jedynej nadającej się do tego okolicznej drodze – warszawskiej Trasie Toruńskiej. W środku nocy było wystarczająco pusto, długo i prosto, żeby strzałka prędkościomierza przekroczyła 300 km/h. Tyle tylko, że wskazania te obarczone były ogromnym błędem pomiarowym.

Co bardziej zawzięci koledzy potrafili nawet na chwilę „zamknąć szafę”, która kończyła się liczbą 340. To również nie gwarantowało rzeczywistego przekroczenia trzech stówek, jednak w tamtych latach precyzyjne przyrządy pomiarowe były praktycznie niedostępne dla zwykłego śmiertelnika. Dzisiaj w zasadzie każdy, kto dysponuje telefonem lub jakimkolwiek urządzeniem GPS, może samodzielnie dokonać całkiem precyzyjnych pomiarów. Tyle tylko, że późniejsza Hayabusa to już nie ten sam motocykl. Coś mi tam w głowie kołatało, więc temat potwierdziłem u źródeł, czyli u człowieka, który zajmował się wtedy badaniami homologacyjnymi motocykli w SMP. Życie pierwszej generacji tego modelu było zwieńczone wieloma spektakularnymi wypadkami śmiertelnymi. Koncern Suzuki postanowił więc ograniczyć jego prędkość maksymalną właśnie do granicy 300 km/h. Dodatkowo, po jakimś czasie, zrezygnowano nawet z licznika do 340 km/h.

Światowi producenci motocykli zawarli w 2000 roku umowę (zerwaną dopiero przez MV Agusta modelem F4 R 312), w myśl której ich maszyny nie będą przekraczały sami wiecie czego… Dlatego też „Hajki” z pierwszego roku produkcji są tak bardzo cenione i nieco inne niż wszystkie następne.

Opisałem to wszystko w poście pod materiałem, dodając nawet kilka szczegółów z wypadków na naszych, wtedy absolutnie nieprzystosowanych do szybkiej jazdy, drogach, jednocześnie twierdząc, że Hayka jednak przekracza 300 km/h.

Wiedzę czerpałem zarówno ze świadectw homologacyjnych, jak również z bardzo skrupulatnych testów niemieckiego „Motorrad”, przeprowadzonych na specjalnie do tego przygotowanym torze. W odpowiedzi przeczytałem, że niezbędne minimum do pokonania bariery 300 km/h to 200 KM mocy (których seryjna Hayabusa oczywiście nie miała) i nie da się inaczej, bo goście próbowali wielokrotnie i nie wyszło.

Burt Munro na swoim motocyklu

Trochę zdziwiła mnie ta argumentacja, bo jeszcze w szkole podstawowej uczono mnie, że wystarczy próżnia, nieskończenie długi czas i minimalna siła, aby ciało rozpędzić do prędkości światła. Ani masa, ani wielkość przyłożonej siły nie mają znaczenia. Ale może nie uważałem na lekcjach fizyki i coś pomyliłem?

Na szczęście o tej granicznej wartości 200 KM nie wiedział chyba Burt Munro (i paru innych domorosłych konstruktorów). Latami przerabiał swojego Indiana Scout z roku 1920, a w latach 60. pojechał na wyschniętym słonym jeziorze Bonneville ponad 320 km/h. Ale tylko nieoficjalnie,  bo przejazd nie został zaliczony. Zaliczony został jednak wynik 305,89 km/h. Można było?

KOMENTARZE
Lech Potyński

Od samego początku w „Świecie Motocykli”. To on, w zaciszu bielańskich garaży, wspólnie z Erwinem Gorczycą, Robertem Więckiewiczem i Krzysztofem Wydrzyckim składał pierwszy numer naszego magazynu. Miłośnik oldtimerów. Niezłomnie wierzy, że uda mu się uzbierać wszystkie stare rzeczy świata.

Recent Posts

Avon Tyres. Ponad 140 lat tradycji, od klasyki po sport

Avon Tyres to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży oponiarskiej. W swojej ponad 140-letniej…

24 lutego 2026

Harley-Davidson Pan America 1250 ST. Daily Harry

Harley-Davidson Pan America 1250 został dobrze przyjęty w świecie motocykli klasy adventure. Amerykański producent udowodnił,…

24 lutego 2026

TOP Tygodnia: Spowiedź niegeriatryczna, Ściganie na nakedach… – O czym czytaliście najchętniej w ostatnich dniach?

Uniwersalność, która wreszcie doczekała się właściwej formy. Historia człowieka, który z motocykli nigdy nie wyrósł.…

23 lutego 2026

MotoGP: Co wiemy po testach w Tajlandii?

Zimowe testy MotoGP są już historią – dwa dni jazd w Tajlandii zamknęły przygotowania przed…

22 lutego 2026

WSBK: Nicolo Bulega z hat-trickiem w Australii. Czy tak będzie wyglądał cały sezon?

Phillip Island bywa kapryśne – wiatr, deszcz, zmienne warunki i nieprzewidywalne wyścigi to tu norma.…

22 lutego 2026

Używane Suzuki VZ1500L0. Nawet nie próbujcie mnie zatrzymać

Moda i potrzeby rynku potrafią zdominować motoryzacyjne salony, kreując potrzebę i obraz tego, co akurat…

21 lutego 2026