Z archiwum ŚM: Tour de Pologne. Szwedzi w Polsce i o Polsce. Numer 5/1995

Moja znajomość Polski datuje się od 1988 roku. Wtedy to kupiłem motocykl Honda CX 500 Custom. Nie była to maszyna nadają­ca się na dłuższe podróże. Mimo to zdecydowałem się wraz z dwoma kolegami, którzy mieli podobne moto­cykle, pojechać w podróż dookoła Polski. Nasza po­dróż rozpoczęła się 600-ki­lometrowym odcinkiem z naszego rodzinnego mia­sta Hagfors do Ystad, skąd mogliśmy następnie przepłynąć promem do Świnouj­ścia. Trasa wiodła dalej przez Gdańsk, Warszawę, Kraków, Zieloną Górę i z powrotem do Świnouj­ścia. Przed ubiegłorocznym wyjazdem wybór ponownie padł na Polskę. 

Kierowałem się przy tym chęcią dotarcia dalej na po­łudnie, aby móc zobaczyć słynne Tatry i Zakopane, jak i możliwością naoczne­go zaobserwowania rozwo­ju kraju po jego uwolnieniu się spod wpływów Związku Sowieckiego. Dalszym ce­lem było kontynuowanie podróży przez Słowację, Budapeszt i z powrotem do domu przez: Wiedeń, Pra­gę, Berlin i Kolonię, skąd promem miałem popłynąć do Goeteborga w Szwecji. Tym razem zamieniłem swój motocykl na Yamahę 750 Seca, a mój kolega je­chał na wspaniałej Hondzie Gold Wing GL 1500 SE. 

Wraz z kolegą wyjechali­śmy 5 czerwca z Hagfors. W deszczowej pogodzie przejechaliśmy 350-kilome­trowy odcinek do Oxelo­sund. Prom, który okazał się wygodny i tani, jest znako­mitym środkiem komunika­cji dla podróżnych z północnej i środkowej Szwecji. Dlatego też byliśmy bardzo zdziwieni, gdy dowiedzieli­śmy się, że w tym roku prze­jechały nim do Polski tylko dwa motocykle. Czyżby na­dal na temat Polski panowa­ły przesądy? Np. duże kło­poty z wizą, ubezpieczenia­mi, złe drogi, niedobre je­dzenie i paliwo oraz niebezpieczeństwa związane z kradzieżami itd. W takim razie, szkoda! 

Osobiście mo­gliśmy jednak stwierdzić, że potrzebny jest tylko ważny paszport oraz tzw. zielona karta, zaświadczenie wyda­wane w ciągu kilku dni przez firmę ubezpieczenio­wą, w której ubezpieczony jest pojazd. Ubezpieczenie kosztuje około 100 koron. W Polsce pod dostatkiem jest dobrej jakości jedzenia i paliwa, a ceny są takie, o jakich w Szwecji możemy tylko marzyć. W czasie mo­ich podróży do Polski nigdy nie stałem się ofiarą kra­dzieży lub innej formy prze­stępstwa. Ale turysta powi­nien być – co jest oczywiste – ostrożny, tak jak w wielu innych miejscach na świe­cie. 

A jeśli chodzi o drogi? Tak, może nie są tej samej klasy, co drogi w Szwecji, ale przynajmniej główne trasy są przyzwoitej jako­ści. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że drogi są bardzo zatłoczone, a różno­rakość pojazdów ogromna. Mogłem stwierdzić, że od czasów moich poprzednich wizyt ilość zachodnich sa­mochodów znacznie się zwiększyła, ale nadal domi­nuje polski mały Fiat i inne trudne do zidentyfikowania przez nas pojazdy ze wschodu. 

Większość z tych pojazdów prawdopodobnie nigdy nie przeszłaby szwedzkich badań tech­nicznych i w związku z tym nie byłaby dopuszczona do jazdy na szwedzkich dro­gach. Wygląda na to, że sa­mochody ciężarowe i auto­busy są również bardzo zniszczone i zużyte. Można to zaobserwować, gdy wjeżdżają one pod górę w, tempie ślimaka i wyrzu­cają z siebie chmury spalin. Równie często można je zo­baczyć stojące przy drodze i naprawiane. 

W takich warunkach do­brze jest mieć duży i ciężki motocykl o dużej mocy. Wyprzedzanie, które trzeba często wykonywać, może odbywać się szybko i pew­nie, a przy redukcji biegu i pełnym gazie ma się uczu­cie, że obok wyprzedzanego pojazdu po prostu się prze­latuje. Mimo to nie można spodziewać się osiągnięcia wysokich średnich szybko­ści. Miejscowości nie mają obwodnic i drogi przecho­dzą przez każdą małą wio­skę, a jest ich tu sporo. 

Przed wjazdem do mia­sta i wsi nie ma znaków ograniczających prędkość, znak z nazwą danej miej­scowości zastępuje go. Cza­sami mieliśmy wrażenie, że w niektórych miejscach trudno było zauważyć, gdzie kończy się ogranicze­nie prędkości, a często byli­śmy niepewni, czy na da­nym odcinku jest jakieś ograniczenie, czy też nie. Szczególnie dotyczyło to od­cinków, na których prowa­dzone były prace remonto­we, gdzie umieszczano zna­ki z ograniczeniem do 70 lub 50 km/h. Podejrzewam, że w wielu przypadkach nie zawracano sobie nawet gło­wy tym, aby umieścić znak informujący o końcu obo­wiązywania ograniczenia prędkości. Między Gdań­skiem a Krakowem widzie­liśmy kilka patroli policyj­nych, z których przynaj­mniej dwa-trzy przepro­wadzały pomiary prędkości pojazdów. Jednak ryzyko zatrzymania przez taki pa­trol jest minimalne. Samo­chody nadjeżdżające z przeciwka już zawczasu ostrze­gawczo mrugają światłami. 

W czasie postojów łatwo było nawiązywać nowe kontakty

Jednak Polska i wakacje to nie tylko sytuacja na dro­gach. W tym kraju jest wiele ciekawych miejsc do zo­baczenia. Takie miasta jak: Gdańsk, Malbork, Warsza­wa i Kraków, są gwarancją bardzo ciekawych wycie­czek turystycznych. W tym artykule chcę jednak opo­wiedzieć tylko o wraże­niach, jakie ma szwedzki turysta podróżujący po Pol­sce na motocyklu. 

Po obfitym i solidnym śniadaniu nadszedł czas na zjechanie z promu i usta­wienie się w kolejce do od­prawy celno-paszportowej. Motocyklista może bez denerwowania innych podróż­nych objechać całą kolejkę. Widocznie wszyscy rozumie­ją, że nie jest łatwo siedzieć na motorze i czekać godzina­mi na odprawę. Poza tym mo­tocyklista ma na tyle mało ba­gażu, że kontrola nie będzie trwała długo i nie przedłuży innym podróżnym oczekiwania. 

Dla Polski, tak jak i dla innych krajów, dodatkowe wpływy z turystyki byłyby korzystne. Dlatego też moż­na poczuć się nieco zawie­dzionym, gdy kontrola cel­no-paszportowa odbywa się mniej więcej tak, jak w cza­sie moich wcześniejszych wizyt w Polsce. 

Celnik ze spuszczonym wzrokiem bierze paszport i znika. Po ok. 10 minutach wraca i oddaje paszport nie spoglądając na mnie nawet raz, nie wspominając oczy­wiście nawet o wypowie­dzeniu formułki w stylu „witamy w Polsce”. Przy­kro, że pierwsze wrażenie musi być takie sztywne, kie­dy wiele innych „puściło” od czasów wpływów ZSRR. Trudno poczuć się mile wi­dzianym! Niestety! 

No do­brze, po odprawie wyjeż­dżamy w kierunku Gdańska. Tutaj stwierdziliśmy, że ulice były w kiepskim stanie, ale prace drogowe prowadzone były w tak wielu miejscach, że niebawem stan ulic prawdopodobnie poprawi się. Przed wyjaz­dem do Warszawy zrobili­śmy rundkę po mieście i ko­rzystając z okazji odwiedzi­liśmy znajomych. Zaplano­wana 10-minutowa wizyta przeciągnęła się do kilku godzin. Polska gościnność nie pozwala na tak krótkie odwiedziny. 

Wokół naszych motocykli stojących na po­dwórku zebrała się spora grupa ludzi. Wynika z tego, że duże motocykle nie są tu­taj zbyt popularne, a na pewno nie takie, jak olbrzy­mia, 6-cylindrowa Honda mojego kolegi. Jest to praw­dziwy „karawan” z pełnym możliwym wyposażeniem, nawet wstecznym biegiem. Na moją 750 też oczywiście ktoś spojrzał, ale w tych okolicznościach wyglądała ona jednak dość skromnie. Aczkolwiek z drugiej strony, jak miałem okazję póź­niej usłyszeć, przypomina ona bardziej motocykl. Przynajmniej można zoba­czyć w niej silnik, który w moim motorze nie był za­słonięty plastikowymi osło­nami. 

Chwilę potem naje­dzeni i zadowoleni poże­gnaliśmy naszych gospoda­rzy i wyruszyliśmy w dalszą podróż do Warszawy. Pogo­da była znakomita, a droga jakby stworzona do jazdy na motocyklu. Żadne szero­kie, proste autostrady o gwałtownym natężeniu ruchu, tylko podobne do zwykłych, szwedzkich, as­faltowych dróg. Trasa mię­dzy Gdańskiem a Warszawą liczy ok. 350 kilometrów, więc postój na tankowanie był nieunikniony. Mając w pamięci czasochłonne tankowanie w czasie po­przednich wizyt, tym razem napełnianie zbiorników przyjęliśmy jako miłą nie­spodziankę. Zupełnie jak w Szwecji – podjechać i tan­kować, na dodatek za poło­wę ceny w porównaniu z cenami szwedzkimi.

Po półtoragodzinnej jeź­dzie dało o sobie znać pra­gnienie. Zatrzymaliśmy się w spokojnej i miłej kawia­rence i kupiliśmy kawę i na­poje. Od razu otoczyło nas kilka ciekawskich, ale sym­patycznych osób, chcących dowiedzieć się, jaką pręd­kość maksymalną mają na­sze motocykle. Najwyraź­niej przeceniali możliwości naszych motorów, pytając ilu silnikom małego Fiata odpowiadają, nasze silniki. Próbowaliśmy im wyjaśnić, że Yamaha ma 82, a Honda 100 koni mechanicznych, ponieważ nie znaliśmy sil­nika małego Fiata. W czasie naszej dalszej podróży mie­liśmy okazję odpowiadać na takie pytania jeszcze wiele razy. Przed dalszą jazdą zaprosiliśmy naszych nowo poznanych przyjaciół na piwo. 

Kiedy zbliżaliśmy się do Warszawy, mając nienajlepsze doświadczenia z wcześniejszych pobytów, zaczęliśmy rozglądać się, za strzeżonym parkingiem, na którym moglibyśmy zostawić nasze motocykle. W czasie poprzednich wizyt nikt w centralnych czę­ściach miasta nie chciał nas przyjąć na parking, Nie było tak tylko w Warszawie, ale również w innych miastach. Kilka kilometrów przed miastem zjechaliśmy na przydrożny parking i zapy­taliśmy, czy będziemy mogli zostawić nasze motocykle, Spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym przyjęciem i poświęciliśmy dużo wysił­ku na to, żeby wytłumaczyć, że wpierw musimy poje­chać do miasta, znaleźć po­kój w hotelu, rozpakować bagaże i zostawić skórzane kombinezony, zanim będziemy mogli zostawić na przechowanie nasze moto­cykle. Po rozmaitych trud­nościach językowych odje­chaliśmy. 

Na obrzeżach Zakopanego

Okazało się to trafną de­cyzją, ponieważ gdy doje­chaliśmy do naszego hotelu, okazało się, że tuż przy nim jest parking strzeżony. Był to ten sam hotel, w którym w czasie poprzednich wizyt rozwiązanie problemu par­kowania było prawie nie­możliwe. Bardzo korzystną odmianę zauważyliśmy przy kolejnych pobytach w hote­lach leżących na trasie na­szej podróży (w Zakopanem był to na dodatek parking bezpłatny). Nocowanie w ho­telu może wydawać się nie­co kosztowne, ale koszty noclegu jednej osoby nie przekraczają ok. 150 koron i to ze śniadaniem. Naszym zdaniem, odliczając jego koszt od opłaty np. za cam­ping, różnica nie będzie ta­ka duża. Rano nie ma potrzeby zwijania mokrego namiotu i przygotowywania śniadania, a na dodatek człowiek czuje się bardziej wypoczęty i czysty. 

Chcę przypomnieć, że je­chaliśmy na początku czerwca, a pokoje hotelowe załatwialiśmy bez proble­mów. Nigdy żadnych kłopo­tów – można nawet się tar­gować. Nigdy zawczasu nie rezerwowaliśmy pokojów, zaletą wakacji na motocy­klu jest całkowita niezależ­ność. A jeżeli pogoda nie dopisuje, zawsze można zatrzymać się gdzieś na kil­ka dni. 

Po pobycie w War­szawie wyruszyliśmy w dal­szą drogę, kierując się do Zakopanego przez Kraków, gdzie zatrzymaliśmy się na parę godzin. W zasadzie był to pobyt zbyt krótki, ale z jednej strony mieliśmy przed sobą długą drogę, a z drugiej już tam byłem wcześniej. W czasie na­stępnej podróży poświęcę chyba więcej czasu na zwie­dzanie tego miasta. Przejazd przez Warsza­wę i Kraków jest trudną próbą, Bardzo duży ruch i masa spalin z samocho­dów, w których nie ma ka­talizatorów. Zanim wyje­dzie się z miasta, ma się wrażenie, że wypaliło się kilka paczek papierosów bez filtra. 

Przed Zakopanem za­częło się powolne wznosze­nie terenu ku wierzchołkom Tatr. Rozpościerał się przed nami fantastycznie piękny krajobraz. Rozkoszowali­śmy się piękną przyrodą i powietrzem, które było co­raz czystsze i świeższe, w miarę jak zbliżaliśmy się do gór. Po drodze zauważy­łem kilka autobusów wy­cieczkowych, które nie po­radziwszy sobie ze stromy­mi podjazdami, stały na po­boczach z przegrzanymi sil­nikami i parującymi chłodnicami. Właśnie tutaj, na krętych, górskich drogach z ośnieżonymi wierzchołka­mi gór w tle, jazda na moto­cyklu jest wspaniałym uczuciem. Dzięki odpowied­niemu stosunkowi wagi do mocy nie zauważa się stro­mych podjazdów, a to w połączeniu z coraz mniej­szym ruchem na drodze powodowało, że przeżywa­liśmy jazdę na motocyklu właśnie w jej najlepszym wydaniu. 

W czasie jazdy trzeba jednak uważać na błotnistą maź, która miejscami wyle­wała się na drogę. Peter miał okazję przekonać się o tym, gdy jego ogromna Honda na jednym z zakrętów wpadła w poślizg wła­śnie na takiej mokrej pla­mie. Dzięki szczęściu a przede wszystkim umie­jętnościom, udało mu się wyjść z opresji bez wywrot­ki. Potraktowaliśmy to zda­rzenie jako memento i od tej pory postanowiliśmy je­chać trochę spokojniej i bardziej uważać na to, co dzieje się na drodze. 

Innymi, niecodziennymi dla nas, Szwedów, zagro­żeniami na drodze były wa­łęsające się psy, które szczekając rzucały się na nas, gdy przejeżdżaliśmy na naszych motocyklach. Zauważyliśmy, że inne po­jazdy nie były przez nie niepokojone, tak więc prawdopodobnie byliśmy dla nich czymś obcym, za czym należy pognać. Na szczęście żaden z psów nie był na tyle odważny, żeby podbiec całkiem blisko i ugryźć w nogę. 

Zakopane, cel obecnej podróży, pojawiło się nagle wśród ośnieżonych wierz­chołków gór. Po krótkich poszukiwaniach znaleźli­śmy centrum miasta i za­trzymaliśmy się w pierw­szym lepszym hotelu. Hotel okazał się dobry i relatyw­nie tani, i był w nim naj­mniejszy bar, jaki kiedykol­wiek widziałem. Wyglądało na to, że po­za grupą duńskich tury­stów, mieszkaliśmy w tym dużym hotelu sami. Podró­żowanie poza sezonem ma swoje zalety! Tak, jak już wcześniej wspomniałem, także tutaj był strzeżony parking w bezpośrednim sąsiedztwie. 

Na wycieczce krajoznawczej w okolicach Zakopanego

Pobyt w Za­kopanem był jednym z punktów kulminacyjnych podróży. Wspaniała przy­roda i obsługa turystycz­na. Odnieśliśmy jednak wrażenie, że popularność miasta nie spowodowała znacznych podwyżek cen, co ma zwykle miejsce w innych popularnych miejscowościach. Byliśmy mile zaskoczeni liczbą młodzieży w tym mieście. Zjawisko to wytłumaczyła nam recepcjonistka hote­lowa. Była to młodzież z dużych miast, która co roku ma możliwość opuścić miejską atmosferę i oczyścić płuca czystym, świeżym, zakopiańskim powietrzem. Naszym zdaniem jest to bardzo roz­sądny pomysł. 

Niestety, nasz pobyt tutaj był dłuż­szy niż przewidywaliśmy. Pewien, naszym zda­niem nieokrzesany, ogra­niczony i bez wyobraźni celnik zmącił ponownie na­sze pozytywne wrażenie na temat nowej Polski. Po kil­kudniowym pobycie w Za­kopanem wyruszyliśmy w dalszą podróż do Buda­pesztu. Niestety, wybrali­śmy drogę prowadzącą ­przez niewielkie przejście graniczne, ok. 20 km od miasta. Celnik przed wy­puszczeniem mnie za gra­nicę chciał zobaczyć „zie­loną kartę’”. Niestety, zo­stawiłem ją w czasie wizyty u naszych przyjaciół w Gdańsku. Nie przejąłem się tym zbytnio, ponieważ okazałem ją celnikowi przy wjeździe do kraju. W naj­śmielszych przypuszcze­niach nie mógłbym się do­myślać, że będę musiał przedstawić dowód ubez­pieczenia przy wyjeździe z Polski. 

Wszystkie nasze propozycje, jak m.in. prze­słanie faxem dowodu ubez­pieczenia przez naszych przyjaciół, zostały odrzuco­ne. Młody kierownik zmia­ny chciał koniecznie zobaczyć oryginał. Ale – ciągle próbowałem postawić na swoim – czy policja lub urząd celny w Gdańsku nie mógłby przyjrzeć się doku­mentom i zaświadczyć o ich oryginalności? Czy wtedy moglibyśmy przekroczyć granicę? Jego jedyną pro­pozycją był powrót do Gdańska, 750 km, i zabra­nie dokumentu lub też uisz­czenie jakiejś opłaty, której znaczenia nie mogliśmy do końca zrozumieć. Stwier­dziliśmy jednak, że wspo­mniana suma byłaby zbyt dużym obciążeniem dla na­szej kieszeni. Cóż mogliśmy zrobić? Jedyną możliwością było zadzwonienie do naszych przyjaciół i poproszenie ich o wysłanie dowodu naj­bliższym pociągiem odcho­dzącym do Zakopanego.

Trwało to dwa dni, ale w końcu mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Niestety, pogoda uległa w między­czasie pogorszeniu i zaczęło padać, co było szcze­gólnie przykre, gdyż nasza trasa prowadziła przez piękne górzyste tereny po­łudniowej’ Polski i północ­nej Słowacji. Tym razem wybraliśmy jednak inne i znacznie większe przejście granicz­ne. Jakież było nasze zdu­mienie, gdy nikt nie pytał o jakąś tam „zieloną kartę” i wystarczyło pokazać tylko paszporty. 

Byliśmy trochę źli, że nie wybraliśmy tego przejścia za pierwszym ra­zem. Może bylibyśmy tutaj obsłużeni w, naszym zda­niem, bardziej profesjonal­ny sposób, nawet gdyby wtedy sprawdzono nasze ubezpieczenia. Będę pamiętać na przy­szłość, żeby mocno trzymać przy sobie wszystkie obo­wiązujące dokumenty, a bę­dę miał na pewno ku te­mu okazję, ponieważ Pol­ska jest teraz bardzo cieka­wym celem podróży. Na­prawdę szkoda, że nie od­kryło tego dotychczas wię­cej turystów. 

Po przekroczeniu grani­cy i podczas pierwszego po­stoju w Słowacji, zaczęliśmy podsumowywać nasze wra­żenia z Polski, które są przeważnie pozytywne. Go­ścinni i pomocni ludzie. Uprawianie turystyki jest teraz tutaj i łatwe, i tanie, a na dodatek kraj ten ma wiele do zaoferowania tury­stom. Byliśmy całkowicie zgodni co do tego, że kraj ten powinien zostać odkryty i poznany przez większą liczbę Szwedów. Jesteśmy, jakby nie było, sąsiadami i jeśli o nas chodzi, to chęt­nie tu wrócimy i postaramy się mieć dla siebie więcej czasu. 

Tekst i zdjęcia: Sture Mellgren

KOMENTARZE
Redakcja Świat Motocykli

Recent Posts

Harley-Davidson Pan America 1250 ST. Daily Harry

Harley-Davidson Pan America 1250 został dobrze przyjęty w świecie motocykli klasy adventure. Amerykański producent udowodnił,…

24 lutego 2026

TOP Tygodnia: Spowiedź niegeriatryczna, Ściganie na nakedach… – O czym czytaliście najchętniej w ostatnich dniach?

Uniwersalność, która wreszcie doczekała się właściwej formy. Historia człowieka, który z motocykli nigdy nie wyrósł.…

23 lutego 2026

MotoGP: Co wiemy po testach w Tajlandii?

Zimowe testy MotoGP są już historią – dwa dni jazd w Tajlandii zamknęły przygotowania przed…

22 lutego 2026

WSBK: Nicolo Bulega z hat-trickiem w Australii. Czy tak będzie wyglądał cały sezon?

Phillip Island bywa kapryśne – wiatr, deszcz, zmienne warunki i nieprzewidywalne wyścigi to tu norma.…

22 lutego 2026

Używane Suzuki VZ1500L0. Nawet nie próbujcie mnie zatrzymać

Moda i potrzeby rynku potrafią zdominować motoryzacyjne salony, kreując potrzebę i obraz tego, co akurat…

21 lutego 2026

Nowy Kawasaki Brute Force 450 EPS na rok 2026

Na rok 2026 gama ATV Kawasaki powiększa się o nową wersję modelu Brute Force 450…

21 lutego 2026