Na skróty:
Z kempingu pod Mont Blanc spontanicznie zadzwonił do mnie „Zaleś”, chcąc podzielić się wrażeniami z podróży po alpejskich winklach, no i oczywiście żeby, delikatnie rzecz ujmując, wkurzyć kolegę gadką o spełniających się właśnie JEGO marzeniach! Tego samego dnia ustaliliśmy z Michałem czas NASZEGO wyjazdu w Alpy. Po kilku drobnych perturbacjach, dzięki stanowczości „Dżańca” udało nam się rozpocząć alpejską przygodę już parę tygodni później.
Podróż zacząłem zaraz po pracy: pierwszy odcinek do domu pokonałem rowerem… Tu już czekał na mnie spakowany poprzedniego dnia motocykl. Ruszyłem na spotkanie z Michałem przy autostradzie, ciągle nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę.
Rano ruszyliśmy do Zell am See. Ten piękny kurort nad górskim jeziorem został zdominowany przez turystów z Bliskiego Wschodu. Biali ludzie byli tu w mniejszości, nad czym nie ubolewaliśmy, gdyż uroda arabskich kobiet górowała nad powabem Austriaczek niczym wierzchołki alpejskich szczytów nad Zeller See. Zjedliśmy pyszne burgery, objechaliśmy jezioro, strzelając kilka fotek w punkcie widokowym i pozując do zdjęć arabskiej parze, wypiliśmy kilka piwek, gadając do nocy w knajpce przy głównym deptaku i poszliśmy spać, nie mogąc doczekać się pierwszych winkli.
Byliśmy urzeczeni widokami oraz idealnie wyprofilowanymi i dość szerokimi winklami. W miarę wspinaczki, coraz pewniej czuliśmy się przy składaniu w zakrętach, zwiększając prędkość. Takie zgranie z maszyną, szybkie przyspieszenia po wyjściu z zakrętu dają ogromną frajdę z jazdy!
Następnym punktem dnia była przełęcz Giovo. Dotarliśmy na nią już późnym popołudniem, po drodze przebijając się przez korki i rozkoszując pyszną, włoską pizzą. Na szczycie byliśmy tuż przed zachodem słońca. Szybkim tempem zjeżdżaliśmy serpentynami, kierując się do wcześniej zarezerwowanego noclegu w Austrii.
W drodze do Pfunds, już po zmierzchu, przejechaliśmy przez Passo di Resia (Reschenpass). Przełęcz położona jest niewysoko (1507 m n.p.m.), ale kiedy ostre zakręty pokonuje się w kompletnych ciemnościach, wokół majaczą cienie strzelistych szczytów, a światełka miasteczek migoczą daleko w dolinach, dreszcz przebiega po plecach. Dobrze, że przed przełęczą udało nam się zatankować.
To wcale nie takie oczywiste: we Włoszech stacje paliw są czynne tak, jak sklepy – do 22, a w małych miejscowościach nie ma stacji samoobsługowych. Wtedy tego nie wiedzieliśmy. Zatrzymaliśmy się przypadkowo na stacji, na której trwała „zakrapiana” impreza. Byłem nawet zbulwersowany zwyczajami tu panującymi: imprezowanie w godzinach pracy? Ja rozumiem, że Włosi nie należą do najbardziej uporządkowanych narodów na świecie, ale żeby tak ostentacyjnie wystawiać stolik, zapraszać przyjaciół i pić w godzinach pracy?
Nie mając pewności, czy możemy tankować i płacić kartą bankową, zaczęliśmy konwersację z jednym z biesiadników. Powiedział, że Francesca wyświadczy nam tę grzeczność i pozwoli zatankować. Po czym wsiadł do swojego Porsche i pojechał po koleżankę. Właścicielka doprecyzowała warunki transakcji, zatankowaliśmy i zapłaciliśmy bezgotówkowo. Nie mieliśmy wtedy świadomości, jak wielką przysługę nam zrobiła.
Kaunertaler Gletscherstrasse to kolejna, słynąca z pięknych widoków, wysokogórska trasa, prowadząca do lodowca Kaunertal na wysokości 2750 m n.p.m. Wjazd kosztuje 14 euro za motocykl, ale trasa oferuje wiele atrakcji. Ciekawostką jest sztuczne jezioro o długości 6 km i pojemności 120-140 milionów metrów sześciennych, zbierające wodę z okolicznych strumieni, która następnie podziemnym wodociągiem trafia do oddalonej o 13 km elektrowni wodnej w Prutz. Na szczycie trasy znajduje się grota w lodowcu i kolejka, którą można wjechać na wysokość 3160 m n.p.m. Michał się rozmarzył, bo zimą był tu na nartach.
Zjedliśmy wczesny obiad, wypiliśmy kawę, podziwiając surowe piękno lodowca i znowu zadaliśmy sobie pytanie: czy to możliwe, że najlepsze jeszcze przed nami?
Passo dello Stelvio to królowa alpejskich przełęczy. Być w Alpach i nie wjechać na Stelvio, to tak jak być w Rzymie i nie zobaczyć Koloseum lub Fontanny di Trevi. Jest jedną z najwyższych (2758 m n.p.m.) i najbardziej wymagających przełęczy alpejskich. Droga, prowadząca przez przełęcz, powstała już w latach 1820-1825, a w 1928 roku została przebudowana i w całości pokryta asfaltem, który nie jest tu jednak w najlepszym stanie. Wyzwaniem są nie tylko wyjątkowo ciasne zakręty o dużym stopniu nachylenia, ale też zjeżdżające z góry kampery i rowerzyści, którzy mkną w dół z zawrotnymi prędkościami. Można zostać uwiecznionym przez fotografa, który zainteresowanym sprzedaje zdjęcia za pośrednictwem swojej strony internetowej.
Stelvio tak nas urzekła, że postanowiliśmy przedłużyć o jeden dzień naszą alpejską przygodę i zdobyć jeszcze jedną znaną przełęcz. Zjeżdżaliśmy ze Stelvio przez Umbrail Pass, podziwiając malownicze miasteczka szwajcarskie i knajpki, zachęcające do wstąpienia. Dopiero późnym wieczorem, z poważną i niecierpiącą zwłoki potrzebą zjechaliśmy do schroniska.
W recepcji zastaliśmy starszą panią, która miała nam do przekazania, na nieszczęście, ogromną ilość informacji. Kiedy nasze zwieracze osiągnęły punkt krytyczny, nieopatrznie zapytałem o sklep w okolicy. Pani po dłuższym namyśle stwierdziła, że żaden nie jest czynny. Wziąłem klucz i do góry! Ale… Zaraz, zaraz..! Pani zaprosiła mnie do mapy, leżącej na blacie i spytała, dokąd jutro jedziemy… Żeby poszukać nam otwartego sklepu po drodze… Musiałem to przerwać stwierdzeniem, że zapytam Google’a..!
Wjazd na Timmelsjoch rozpoczęliśmy kolejnego dnia w miejscowości Solden w Austrii, w której od grudnia 2014 do lutego 2015 roku kręcono zimowe sceny filmu z Jamsem Bondem pt. „Spectre”. Jest tam nawet ogromny, interaktywny, edukacyjny kompleks, który wprowadza zwiedzających do świata agenta 007 oraz nowoczesna restauracja Ice Q ze szkła i stali na szczycie Gaislachkogel. Oferują tam np. drinki Jamesa Bonda. Niestety na te oraz wiele innych atrakcji mijanych po drodze nie mieliśmy czasu, ponieważ celem naszej wyprawy była przede wszystkim jazda po winklach. Jest zatem kolejny pretekst do tego, aby tu wrócić.
Alpy swoim pięknem odcisnęły na nas piętno. Myślę, że czuje to każdy, kto choć raz tu był. Ja zaraz po powrocie z alpejskiej przygody do Poznania, podróżując rowerem do pracy ścieżką wzdłuż ulicy Niestachowskiej w stronę Wojska Polskiego i pokonując 10% nachylenie drogi, wspinałem się serpentynami na „Passo dello Sołaczo”. A potem zaliczyłem, już niżej położoną, przełęcz Solidarności, żeby dojechać do Passo Podolano – najłagodniejszej topograficznie, ale najbardziej stromej mentalnie, bo ostatniej przed szczytem SGB – miejscem mojej pracy, z którego rozpościera się widok na majaczące w oddali wierzchołki piętnastopiętrowców na Piątkowie. Nawet „passo” przejść dla pieszych przywołują wspomnienia alpejskiej przygody…
Uczestnicy wyprawy:
Dawid na Moto Guzzi Sport 1200 Rosso Corsa 2011
Michał na BMW GS 1250 HP
Dystans: 3200 km
Czas: pięć i pół dnia
Harley-Davidson Pan America 1250 został dobrze przyjęty w świecie motocykli klasy adventure. Amerykański producent udowodnił,…
Uniwersalność, która wreszcie doczekała się właściwej formy. Historia człowieka, który z motocykli nigdy nie wyrósł.…
Zimowe testy MotoGP są już historią – dwa dni jazd w Tajlandii zamknęły przygotowania przed…
Phillip Island bywa kapryśne – wiatr, deszcz, zmienne warunki i nieprzewidywalne wyścigi to tu norma.…
Moda i potrzeby rynku potrafią zdominować motoryzacyjne salony, kreując potrzebę i obraz tego, co akurat…
Na rok 2026 gama ATV Kawasaki powiększa się o nową wersję modelu Brute Force 450…