Z archiwum ŚM: Polska jest piękna, nie tylko z lotu ptaka. Numer 12/1995

Trzecia grupa to autentycz­ni turyści. Tacy też byli i moi goście, którzy przyje­chali do Polski po to i tylko po to, aby obejrzeć najcie­kawsze części naszego kra­ju. Propozycja, co to będzie i w jakim rejonie, miała wyjść ode mnie. 

Wiele lat temu dużo cho­dziłem po górach i udało mi się zwiedzić wiele górskich (i nie tylko) rejonów nasze­go globu, a od kilkunastu lat czynnie uprawiam tury­stykę motocyklową, więc moi motocyklowi przyjacie­le zarekomendowali moje turystyczne doświadczenie innym swoim motocyklo­wym przyjaciołom w Belgii. Tak doszło do ich wizyty w Polsce. 

Wszystkie moje wcześniejsze podróże, za­równo górskie jak i motocyklowe, mocno utwierdzały mnie w przekonaniu, że „Polska jest piękna (nie tyl­ko) z lotu ptaka”, jak ma­wiali Himilsbach i Makla­kiewicz w filmie „Wniebo­wzięci”. Oczywiście nigdy nie będę twierdził, że jeste­śmy ósmym cudem świata, ale z całą stanowczością uważam, że są u nas rejo­ny, jakich nigdzie indziej w Europie nie można już znaleźć, których obecnością możemy się szczycić i dbać, aby ich piękno nie było niszczone w żaden sposób. 

Jeżeli bowiem do tych natu­ralnych rarytasów przyrod­niczych dodamy odpowied­nią infrastrukturę, nazwij­my ją „cywilizacyjną”, to coraz więcej wszelkiej nacji Europejczyków będzie przy­jeżdżać do nas, aby podzi­wiać „raj utracony”. Ciągle jeszcze jesteśmy niedrogim krajem dla „westmanów”, zarówno jeśli chodzi o noc­legi, jak i wyżywienie oraz wszelkiego typu bilety wstę­pu. Do tego trzeba dodać atrakcyjną cenę benzyny oraz jej ogólną dostępność. 

Jeżeli tylko nie ulegniemy wszelkim naciskom rozma­itych – pożal się Boże – „do­radców” i wyżej wymienio­ne ceny nie osiągną euro­pejskiej „urawniłowki”, to liczba odwiedzających Polskę turystów (bez cudzysłowu) będzie z roku na rok przy­rastała. 

W tym roku w ciągu dziesięciu dni przejechałem ok. 2000 km po obszarach południowo-wschodniej Polski, a ponieważ podróże kształcą, więc nie tylko na­si goście czegoś się nauczy­li. Dlaczego właśnie tam pojechaliśmy, a nie na przykład na Mazury czy w Sudety? Otóż uważam, co już wyżej zaznaczyłem, że po pierwsze – liczba tury­stów zwiedzających nasz kraj będzie wzrastać, po drugie – wielu z nich, zachęconych krajobrazem, gościnnością i cenami, przyjedzie do naszego kra­ju przynajmniej powtórnie. 

Dlatego należy ich „wdra­żać” do oglądania Polski w miarę metodycznie. Polska, jak wiadomo z hi­storii, jeśli chodzi o teryto­rium jest państwem o dość dużej ruchliwości geogra­ficznej. Niestety, przynajmniej ostatnie przemiesz­czenia nie odbywały się za ogólną zgodą jej obywateli. W każdym razie, zdecydo­wanie częściej bywała Pol­ską ta właśnie południowo-­wschodnia część naszego obecnego państwa. Wnioski nasuwają się same: jeśli chcemy najbardziej przy­bliżyć kulturę materialną i tradycje historyczne Pola­ków obywatelom obcych nacji, to ten rejon wydaje się być najbardziej modelo­wy. A kiedy już turyści tu do nas powrócą, to wów­czas będziemy dalej im snuć opowieść o dziejach naszego Narodu i Państwa.

Czegóż zatem nauczyłem się podróżując po Polsce z grupą motocyklistów z Zachodu? Otóż minęły czasy, kiedy motocyklistą był człowiek, którego nie stać było na kupno samochodu, którego zachowanie i odruchy były oszczędne i skromne, a po­trzeby zgoła minimalne. Aktualnie motocyklista zwiedza świat jednośladem, ponieważ ma taki kaprys i – co uważam za prawdziwe – dużo lepiej i pełniej przeży­wa przebywane kilometry. 

Ponieważ pełniejsze przeży­cie to również deszcz, kurz czy wysuszający swym upa­łem wiatr, dlatego po cało­dziennej jeździe niezbędne są wszelkie zdobycze cywi­lizacyjne konieczne dla hi­gieny, przede wszystkim zaś ciepła woda w dużych ilościach, czyste i sprawne sanitariaty i wygodne łóżka. To wszystko można znaleźć oczywiście na szlaku tury­stycznym w Polsce, tylko często w niewystarczają­cych ilościach. Ale już po­mału widać, że i w tej dziedzinie „idzie nowe”. 

Po wyjeździe z Warsza­wy w kierunku południo­wym, pierwszym ogląda­nym przez nas zabytkiem był zamek w Czersku, który warto obejrzeć ze względu na ładne położenie. Potem jechaliśmy przez zagłębie owocowe w rejonie Warki, do Kozienic, poprzez kom­pleks tamtejszych lasów. Objazd Radomia i dojazd do Chęcin, to jedyne chwile tej podróży odbyte w deszczu, na dodatek po mało atrak­cyjnych okolicach. Niestety, ze względu na wypełnione już tego dnia przez turystów „osobogodzi­ny”, nie mo­gliśmy obejrzeć Jaskini Raj, strzeżonej przed tymiż tury­stami przez człowieka o twarzy czekisty z czasów piekłoszczyka Feliksa Ed­mundowicza Dzierżyńskie­go. No cóż, tacy też widocz­nie muszą żyć, tylko po co robią w turystyce? 

Zamek Krzyżtopór w Ujeździe, a właściwie jego rekonstru­owane ruiny obejrzeliśmy natomiast z dużą ciekawo­ścią. Jest to rzecz naprawdę godna uwagi. Nocleg spę­dziliśmy w hotelu przy zam­ku w Baranowie Sando­mierskim. Cisza, spokój, piękny park oraz malowni­czy renesansowy zamek zrobiły na nas znakomite wrażenie. Następnego dnia zwiedziliśmy wnętrza zam­kowe, wraz z muzeum siar­ki oraz zabytków kultury materialnej, odnajdywanych przy okazji wy­dobywania siarki odnalezio­nych w tym rejonie. 

Dalej kierowaliśmy się na połu­dnie, aby dojechać do Wie­liczki. Muzeum w kopalni soli nie zawiodło naszych czekiwań. Chociaż jestem rówieśnikiem Polski Ludo­wej, ja­koś nigdy nie było mi dane oglądać tego cudu sztuki górniczej, toteż na równi z Belgami byłem oszołomio­ny rozmachem i wyobraź­nią myśli technicznej w dawnych czasach. Noc­leg, troszkę hałaśliwy z po­wodu sobotniej dyskoteki w pobliskim klubie, mieli­śmy w hotelu w zamku w Wiśniczu. Sam zamek jest położony w przepięknej okolicy i cudownie w nią jest wkomponowany. Nie­stety jakiekolwiek próby zjedzenia czegoś sobotnim wieczorem okazały się nie­możliwe. Wszystko było po­zamykane i to w środku se­zonu turystycznego. 

Zamek w środku okazał się dużo mniej ciekawy niż jego ze­wnętrzna postać. Na pocie­chę obejrzeliśmy muzeum po Janie Matejce, który czę­sto w Nowym Wiśniczu ła­dował akumulatory przed kolejnym hitem malarskim, dokumentując przy okazji na rysunkach starą zabudo­wę miasta. Dokumentacja ta jest jedynym wyobraże­niem miasta, które uległo potem w całości strasznemu pożarowi. Nie ostał się rów­nież przed nim zamek, a właściwie jego wnętrza. 

Z Wiśnicza udaliśmy się, poprzez Żegocinę, Mszanę Dolną i Rabkę, do Zakopa­nego, aby moi goście mogli obejrzeć sobie prawdziwe góry. Planowaliśmy dwie wycieczki, jedną do Mor­skiego Oka, aby furkami za­przężonymi w konie doje­chać z Włosienicy do schro­niska nad Morskim Okiem i drugą, kolejką linową na Kasprowy Wierch. Z pla­nów nic nie wyszło, gdyż potworny tłok w Tatrach przeszedł wszelkie moje oczekiwania i nie chciało się nam stać ok. 4-5 godzin, aby kupić bilety na rzeczo­ną kolejkę, a tłumy i kolejka samochodów przy Włosieni­cy, sięgająca Łysej Polany, też nie rokowały nadziei, czy uda się tą furką przeje­chać. Najpierw więc obej­rzeliśmy Tatry z Gubałówki, a potem poszliśmy do Czar­nego Stawu na Hali Gąsie­nicowej. Ale ta wycieczka też przypominała spacer po Marszałkowskiej w Warsza­wie, tylko że trochę bardziej męczący fizycznie . 

Góry są nadal cudowne, tylko że nie ma możliwości tego w sobie przetrawić, kiedy się czuje i słyszy pra­cujące przed i za nami w pocie czoła organizmy innych, równie jak my dążą­cych do piękna i samotno­ści, turystów. Wnioski są oczywiste: jeśli chcemy je­chać w Tatry, a przecież warto, starajmy się robić to poza szczytem urlopowym. Pokręciliśmy się potem dro­gą Oswalda Bahera i jesz­cze raz pogapiliśmy na pięknie widoczną panora­mę całych Tatr, tym razem z Gubałówki. Z Zakopa­nego wzięliśmy kierunek wschodni i nad Dunajcem zaokrętowaliśmy się na tratwy, aby, jak pisał jeden z wieszczów (uwaga rozpi­suję konkurs: który i w ja­kim utworze?), „i po stru­dze do Królewca popłynął”. Tutaj znowu muszę się przyznać, że była to dla mnie, podobnie jak Wielicz­ka, zupełna nowość, na któ­rej zaliczenie wydanych pieniędzy zupełnie nie żału­ję. 

Tego dnia czekało mas jeszcze sporo kilometrów, ponieważ nocleg mieliśmy „zaklepany” w Wetlinie. Od Dukli, przez Komańczę, aż do Wetliny droga była po prostu bajkowa. Nie mówię oczywiście o stanie na­wierzchni, choć ta również jest całkiem znośna. Słowo „bajkowa” dotyczy oczywi­ście krajobrazów cudownie się malujących w przedwie­czornych zamgleniach i promieniach zachodzącego słońca. Takich pięknych nie spotkacie państwo już pra­wie nigdzie w Europie. Po­nieważ nigdy nie będę pisa­rzem, zwłaszcza opisują­cym krajobrazy (jak np. Że­romski), więc pozostaje mi tylko zawołać: ludzie, jeśli macie motocykl, to koniecznie musicie to sobie obej­rzeć! Po drodze do Cisnej zjedliśmy wyśmienitego pstrąga i późnym wieczorem byliśmy w Wetlinie. 

Tutaj wystąpiło zjawisko, o którym już wspominałem. Ponieważ nie było wystar­czającej ilości ciepłej wody do zmycia z siebie miazma­tów po drodze nabytych, a i czystość sanitariatów pozostawiała co nieco do życzenia, więc towarzystwo zaczęło coś sarkać na temat higieny w Polsce. Często drobne uchybienie powodu­je przy ogólnym zmęczeniu radykalną zmianę nastroju i człowiek zapomina te wszystkie wspaniałości, które przeżył, a zaczyna marudzić nad drobnymi i przemijalnymi niedogod­nościami. No cóż, trzeba to sobie na przyszłość dobrze zakonotować. 

Zresztą w Wetlinie są możliwości spę­dzenia nocy w sposób wy­soce cywilizowany, trzeba tylko odpowiednio wcześnie dokonać rezerwacji. Obok szeregu porządnych kwater prywatnych, korzystnie od­bijających ceną od innych turystycznych rejonów Pol­ski, znajduje się tu Leśny Dwór, czyli pensjonat rodzi­ny Ostrowskich. Budynek w stylu staropolskiego dwo­ru, proporcjonalnie rozbu­dowany i przystosowany do przyjmowania gości. Trze­ba było widzieć jak opadły szczęki i wybałuszyły się oczy moich zagranicznych gości, kiedy następnego dnia jedli obiad w tym dwo­rzyszczu. Określenie „je­steśmy w pałacu”, znako­micie oddawało odbywające się zjawisko. Tym bardziej, że znakomicie odbijało się to od ogólnego prymitywu, a często i chamstwa, które panuje w tamtejszej gastro­nomii. 

Urządziliśmy rów­nież krótką wycieczkę do schroniska na Połoninie Wetlińskiej, aby jeszcze le­piej podziwiać okoliczne krajobrazy. Kolejny słoneczny dzień zastał nas przemierzających drogi wzdłuż „Morza Bieszczadz­kiego”, czyli Jeziora Soliń­skiego. Od Leska wzięliśmy kierunek na Załuż i wkrót­ce grzmieliśmy po serpentynach Masywu Słonego. Doskonała nawierzchnia plus duża moc silników stwarzają możliwości zna­komitego wyżycia się w czasie jazdy tym odcin­kiem. Tak pięknie wiodący­mi drogami dojechaliśmy do Krasiczyna i obejrzeliśmy, niestety tylko z ze­wnątrz (wewnątrz od ponad 20 lat trwa remont), tę perłę architektury renesan­sowej w Polsce. 

W Przemy­ślu, przed zwiedzaniem te­go pięknego miasta, zakwa­terowaliśmy się w hotelu usytuowanym na pozostało­ściach po jednym z licznych tu fortów. Następnie pojechaliśmy zobaczyć najlepiej zachowane fortyfikacje tej­że twierdzy. Niewątpliwą ciekawostką, oprócz samej twierdzy i jej tajemnic, jest to, że jej część znajduje się w bezpośredniej bliskości granicy naszego państwa. Aktualnie, jak wiadomo, w tym rejonie Polska grani­czy z Ukrainą, ale granica ciągle wygląda jak z poprzedniej epoki, kiedy graniczyliśmy z „United States of Charaszo”. Starannie za­orany i zabronowany pas graniczny, a po stronie za­granicznej druty wysokiego napięcia i stojące co jakiś dystans „wyszki” strażnicze dopełniają tego miłego wi­doku. Tutaj znowu oczy Europejczyków zaczęły lewitować. To w kilka lat po pieriestrojce mogą być nadal takie granice? 

Bogaty we wrażenia dzień dopełniła jeszcze niezrozumiała dla moich gości decyzja pani prowadzącej recepcję hotelową. Otóż w związku z wyrażoną przez tę przemiłą panią opinią, że miejscowa dziatwa może w nocy coś przy naszych motocyklach zmajstrować, moim zdaniem opinii nieuzasadnionej, niemalże nakazała wprowadzenie tychże do hotelowego korytarza. Długo nie mogło się pomieścić w głowach moich gości, że ktoś z własnej woli tak bardzo chciał zadbać o ich, ubezpieczone przecież, pojazdy. Następny dzień rozpoczęliśmy od kołysania się w koleinach drogi Przemyśl-Rzeszów. Tak dotarliśmy do Łańcuta, aby obejrzeć znajdujące się w nim muzeum powozów i wnętrz zamkowych. Sprawna francuskojęzyczna informacja praz przepych i elegancja tego, co się wewnątrz znajduje zrobiły ogromne wrażenia na moich gościach. 

Następnym miejscem obejrzanym przez nas był kościół przy klasztorze Franciszkanów w Leżajsku. Niestety w czasie niezapowiedzianej wizyty nie udało się posłuchać organów, gdyż miejscowy organista spełniał posługi pogrzebowe. Z Leżajska, via Puszcza Solska i Roztocze, poprzez „przysłowiowy” Szczebrzeszyn, gdzie brzmi w trzcinie chrząszcz, dojechaliśmy do Zamościa. Obejrzeliśmy sobie rynek wraz z ratuszem, wszystko pięknie podświetlone. Pewnym ożywieniem spaceru po starówce miały być warsztaty młodych architektów z różnych państw. Ponieważ jednak impreza była organizowana przez jakąś agendę ONZ-u, więc oczywiście był to gniot i zjawisko będące antytezą swoich zamierzeń. To, co pokazywali młodzi architekci miało tyle wspólnego z architekturą, co jazda na świni z jazdą kawalerii.

I znowu w przyzwoitym hotelu recepcjonista pozwolił wprowadzić nasze motocykle do chwilowo nieczynnej świetlicy. Z Zamościa, drogą „koleinową”, dojechaliśmy do Lublina i wzięliśmy kierunek na Kozłówkę z jej wspaniałym pałacem oraz pomieszczonym przy tym pałacu muzeum socrealizmu. Keitha Foremana, Anglika od lat mieszkającego w Polsce, mnie i mego syna najbardziej poruszyło to, co zobaczyliśmy w tym muzeum. Naszym typem nr 1 był obraz pt. „W sprawie kolegi”. Niestety dla ludzi z Zachodu te sprawy są niewyczuwalne i niezrozumiałe, a kolejne „chateau”, mimo jego wspaniałości, zaczęło już być trochę nużące. 

W drodze do Kazimierza Dolnego, gdzie miał być nasz kolejny nocleg, przepłukaliśmy nerki w Nałęczowie, w parku zdrojowym i palmiarni. Atmosfera panująca w Kazimierzu oraz widok z wieży na dolinę Wisły przypadły do gustu moim gościom, zwłaszcza że i spanie w domu „Murka”, należącym do PTTK, też nie było satysfakcjonujące. Z powodu zmęczenia psychicznego zrezygnowaliśmy następnego dnia ze zwiedzania zamku w Janowcu i wzięliśmy kierunek na Warszawę. Przejechaliśmy przez rynek i tutaj po raz kolejny życzliwe zdziwienie i niedowierzanie zagościło na twarzach rodaków Gotfryda de Buillon (Obrońcy Grobu Świętego). 

Otóż w miasteczku artystów i wszelakiej cyganerii, a więc wcale niereprezenta­cyjnym dla przeciętnego miasta polskiego, w kierun­ku kościoła szedł nie poga­niany przez żadne na czar­no ubrane indywidua, tłum mieszkańców. Dzwoniły dzwony. Co się stało? Pytali mnie współtowarzysze po­dróży. Nic, po prostu dziś jest niedziela – mogłem udzielić rzeczowej informa­cji. Wydaje mi się, że po­śród różnych miłych zdzi­wień, które zaobserwowa­łem podczas spędzonego wspólnie czasu, to ostatnie najsilniej uwidoczniło się w reakcjach moich motocy­klowych kolegów z Zacho­du. 

Warszawa w sierpnio­wą niedzielę jest oazą spo­koju i ciszy. Puste ulice po­twornie stresują zmotory­zowanych warszawiaków. W takich to, absolutnie nie­typowych okolicznościach, przyszło mi pokazywać mo­im gościom naszą stolicę. Najpierw był widok z PKiN (dawniej im. Józefa Stalina), po­tem pustotę ulic wynagro­dził tłum w Ogrodach: Ła­zienkowskim i Saskim. Przy grobie Nieznanego Obrońcy Lwowa była zmiana warty. Potem jeszcze rozkoszowali się widokami i atmosferą Starego Miasta. Tutaj ja się dziwiłem, jak mogą to robić przy tak ogromnej ciżbie ludzkiej.

W ponie­działkowy ranek, mam na­dzieję syci nowych wrażeń, opuścili Warszawę, aby bocznymi drogami nie­spiesznie wrócić do swego kraju. Zdecydowanie mieli dość „koleinowych” szos. Mimo to, mam nadzieję, że powrócą i zachęcą innych, aby obejrzeli te i inne dzi­wa tego, wcale jednak nie­odległego od ich kultury i cywilizacji, kraju.

KOMENTARZE
Marek Harasimiuk

Recent Posts

CFMOTO 1000MT-X. Chińskie motocykle już niczego nie kopiują

W ostatnich latach Chińczycy wykonali ogromny postęp w kwestii motoryzacji. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania…

10 kwietnia 2026

MotoGP: Aleix Espargaro kontuzjowany! Czy to koniec jego kariery jako testera Hondy?

Czy to już koniec kariery testera dla Aleixa Espargaro? Poważny wypadek podczas kwietniowych testów w…

10 kwietnia 2026

Motocykle dla oszczędnych – tanie w zakupie i tanie w eksploatacji

Żyjemy w czasach, kiedy miasta są przepełnione, a przy wystarczająco nieszczęśliwym zbiegu okoliczności wykres cen…

8 kwietnia 2026

Rynek motocykli w Polsce – marzec z wynikiem, jakiego jeszcze nie było

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego opublikował dane dotyczące rejestracji nowych motocykli i motorowerów w marcu. Wiosenna…

8 kwietnia 2026

Prawo jazdy na motocykl. Którą kategorię wybrać i jak nie przepłacić?

Chcesz zrobić prawo jazdy na motocykl i zastanawiasz się, od czego zacząć? Lepiej dobrze się…

8 kwietnia 2026

Ardie RBU 503 Noris. Maszyna z długą podwarszawską historią

W polskich warunkach niezbyt często zdarza się, żeby można było w pełni, w sposób udokumentowany,…

8 kwietnia 2026