Z archiwum „Świata motocykli”: Saharą na lodowiec. Numer 2/1995

Pan Tadeusz Pawlak ma za sobą już kilka zimowych wypraw do Norwegii. Naj­bardziej niesamowity jest jednak motocykl, którym pan Tadeusz objechał ka­wał świata: pięćdziesięcio­letni Zundapp KS 750 Saha­ra. Już w chwili projekto­wania konstruktorzy, zda­jąc sobie sprawę, że nie bę­dzie miał łatwego życia, skonstruowali motocykl tak, by nie bał się on żadnych, najtrudniejszych nawet wa­runków. Przy czterech bie­gach szosowych, tyluż tere­nowych, dwóch wstecznych i jeszcze blokadzie mecha­nizmu różnicowego w napę­dzanym kole wózka, niestraszne mu żadne prze­szkody.

Silnik z 750 ccm produkuje skromne 26 KM, ale są to naprawdę konie mechaniczne najwyższej klasy, bez problemów dają­ce sobie radę z motocyklem, który wraz z bagażem i pa­sażerami może ważyć 840 kg! Nawet pod takim obcią­żeniem osiągnięcie maksy­malnej prędkości 95 km/h nie sprawia mu więk­szych problemów. Jeśli jeszcze dodam, że w parę miesięcy później, po wypra­wie arktycznej, Sahara pa­na Tadeusza pokonywała górskie bezdroża w palą­cym słońcu Pirenejów…

Mówi nasz bohater: W lu­tym 1994 r. ja i mój przyja­ciel Hans Peter Hommes, z którym od 15 lat organizujemy wyprawy po Euro­pie, postanowiliśmy odbyć ,,małą” przejażdżkę po Nor­wegii, co byłoby pewną od­mianą po podróży przez Is­landię i ostatnich ekspedy­cjach w Pireneje. Od kilku lat brakowało nam praw­dziwego mrozu. Norwegia, luty, idealna pora, by od­świeżyć dawne przeżycia. Pojechało nas czterech, oprócz mnie – Hans Peter i dwaj nasi koledzy: Udo i Uwe. Każdemu z nas towa­rzyszył wierny druh: moto­cykl. Były więc z nami czte­ry Zundappy KS 750, rocz­nik 1942.

Podróż rozpoczęła się w terminalu promowym w Kilonii; pośród sprzętu ekip telewizyjnych i sporto­wych podążających do Lille­hammer na zimową olim­piadę, tkwiły trochę jakby już nie z tego świata, cztery Sahary. Pierwszy dzień na norweskiej ziemi nieoczeki­wanie okazał się dniem technicznym. W jednym z motocykli bowiem, chyba z winy zbyt pośpiesznego montażu, poluzowało się mocowanie koła zamachowego. Kto inny pewnie zała­małby ręce, ale nie tacy wy­jadacze! Trwało to niecałe cztery godziny, nim moto­cykl był gotów do dalszej drogi.

Pierwszy 190- kilometrowy etap prowadził z Oslo do Gol. Czekał tam zarezerwowany drewniany domek, w typowo norweskim stylu i z norweska zwany hytte. Po wejściu do środka, przybysza czeka miłe rozczarowanie. We­wnątrz hytte wygląda dużo dostatniej, niż to, co ledwo wyziera spod śnieżnych zasp. Komfortowo wykoń­czona, z dobrze wyposażo­ną kuchnią, łazienką, sau­ną, zawsze włączonym ogrzewaniem, jest enklawą domowego ciepła wśród lo­dowej pustyni. Paradoksal­nie, koszty wynajęcia tego typu domku są niewiele większe niż w Polsce. Dla już wybierających się na północ dodam, że sieć cam­pingów w Norwegii jest zaskakująco gęsta, a więk­szość z nich jest czynna również zimą. Człowiek uczy się całe życie.

Szczególnie ciekawe było dostosowanie się do nowych, niecodziennych warunków. Jak uruchomić silnik przy minus 30°C, jak jechać po oblodzonej dro­dze, jak walczyć z wszech­obecnym zimnem? Najtrud­niejsze chwile były ran­kiem. Po późnym przebu­dzeniu (dzień na północy jest o tej porze roku wyjąt­kowo krótki) i obfitym śnia­daniu przychodził czas na uruchamianie silników. Mo­ment wyjścia na dwór z cie­płych, domowych pieleszy był zdecydowanie najprzy­krzejszy i czasami przecią­gał się w nieskończoność. Sama procedura ubierania się trwała niemal wiecz­ność. Zresztą ubiór i ubiera­nie zasługuje na odrębną wzmiankę.

Popas w polarne południe

Bez perfekcyj­nego przygotowania moto­cykla nie było co marzyć o jego odpaleniu. Surowa zima nie pobłaża niefraso­bliwości. W tych temperatu­rach tworzywa nabierają nieznanych w normalnych warunkach właściwości. Niektóre plastikowe ele­menty, np igielit, stają się kruche i łamliwe. Założona na koło, a przez przeocze­nie nie zdjęta, solidna blo­kada przeciwkradzieżowa, przy próbie ruszenia rozsy­pała się, jakby była wykona­na ze szkła, a nie z harto­wanej stali!

Olej ma konsy­stencję gęstego smaru. Jak duże ma to znaczenie, wy­szło na jaw, gdy jeden z sil­ników zwyczajnie nie dał się przekopać rozrusznikiem! Najcięższy, ważący 120 kg Uwe ledwo zdołał poruszyć wałem korbowym. A już po­wszechną wesołość wzbu­dził kickstarter powracają­cy do swej wyjściowej pozycji w tempie ślimaka. Oka­zało się, że zamiast zalecanego przez wytwórnię oleju silnikowego, w skrzyni bie­gów znajduje się zestalony mrozem olej przekładnio­wy. Jedynym wyjściem była jego wymiana, co w tych warunkach nie było takie proste. W ruch poszedł „tro­fiejny” ruski palnik benzy­nowy. Po kwadransie grza­nia olej leniwie wypłynął ze skrzynki.

Na płaskowyżu Hardangervidda

Do legendy przeszły już „wyczyny” niektórych uczestników polarnych wy­praw motocyklowych. Swe­go czasu modne stały się blaszane „brytfanki” pod­wieszane pod miską olejo­wą. Całą noc, gdy właściciel spał zagrzebany w puchowy śpiwór, wesoło furkotał w nich płomień palnika benzynowego. Rano silnik był ciepły i skory do dalszej jazdy. Niestety, kiedyś po­dmuch wiatru zdmuchnął płomień palnika i niefortun­ny podróżnik postanowił ra­tować się w inny, chytry sposób: zagotował miano­wicie olej na kuchence turystycznej i szybko, by nie uronić nic z życiodajnego ciepła, pomknął czym prędzej ku swojemu BMW. Mu­siał mieć głupi wyraz twa­rzy, gdy karter pękł niczym źle zahartowana szklanka.

Bywalcy nie popełniają takich błędów i po krótkim przeglądzie ubiorów rusza­ją w drogę. Przez pierwsze kilometry jeździe towarzy­szy nieodparte wrażenie za­ciągniętego hamulca posto­jowego. Trwa to do momen­tu „rozbicia” oleju w dyfe­rencjale i zwolnicy. Jazda zasypanymi śniegiem, wą­skimi górskimi drogami chwilami jest kłopotliwa. Zi­mą w Norwegii obowiązko­wo używa się opon z kolca­mi (również w motocy­klach). Jednak cztery Zundappy miały zwykłe opony, które mimo tego, że z terenową rzeźbą bieżnika, nie zawsze dawały stosow­ną przyczepność do podło­ża. O dziwo, znacznie le­piej od współczesnych tere­nowych, dawały sobie radę opony produkowane we­dług wzorca sprzed 50 lat…

Norwegowie na kolcowa­nych oponach mogli rela­tywnie szybko pokonywać zakręty. My musieliśmy mocno zwalniać, a czasami ratować się wjeżdżając w bandy na poboczach, usy­pane ze zwałów śniegu na wysokość dorosłego czło­wieka.

Oto znajdujemy się na wyżynie Hardangervidda, na poziomie 1000 m n.p.m. Wkoło nie skażona niczym śniegowa biel. Prawdziwa biała pustynia. Miejscami jedziemy drogą prowadzą­cą w wyrąbanym w śniegu tunelu, którego ściany się­gają 3-4 m wysokości. Ma­my szczęście, że opady skończyły się kilka dni wcześniej i nie musimy je­chać w konwoju poprzedzo­nym wirnikowym pługiem śnieżnym. Czasami oczekiwanie na sformowanie kon­woju, co ma miejsce przy stacjach kontrolnych, bar­dzo się przedłuża. Minus 25°C przy suchym powie­trzu znosimy lepiej niż na­sze temperatury w pobliżu zera i z dużą wilgotnością.

Mimo tego, po 60 km dopa­da nas zimno. Tutaj nie po­może najlepszy ekwipunek. Każdy musi prowadzić wal­kę z dojmującym chłodem. Z wcześniejszych doświad­czeń wiemy, że błędem jest zatrzymanie się w ogrzewa­nej przydrożnej restauracji. Powoduje to bowiem psy­chiczne rozluźnienie i, co gorsza, przepocenie ubra­nia. Wyjście na dwór i dal­sza jazda bez zmiany bieli­zny nieuchronnie prowadzą do przeziębienia. Jadąc mo­tocyklem można wytrzymać bardzo niskie temperatury. Słowo „ wytrzymać” jest jak najbardziej na miejscu, gdyż nie chodzi tu o zapew­nienie organizmowi kom­fortu termicznego, który przy długich jazdach jest i tak nie do osiągnięcia, a zabezpieczenie przed od­mrożeniami.

Ubiór na tego typu wy­prawę składa się z wielu warstw. Pierwszą jest cie­pła wełniana bielizna, na­stępnie idą dresy i ciepłe swetry. Na to wszystko kombinezon typu Thermo­boy, używany przy pracach na dalekiej północy. Do te­go: specjalne buty Moon­boots, jednopalcowe po­dwójne rękawice i wełnia­na kominiarka z wymien­nymi naustnikami. Wybit­nie ciężkie życie mają oku­larnicy. Para dobywająca się z ust osiada na szkłach skutecznie redukując wi­doczność.

Uwe, używający okularów w metalowych oprawkach, doznał odmro­żeń twarzy. Poza tym nie­ustającym problemem jest, co najpierw założyć: wielo­warstwowe rękawice, czy okulary? Gdy pierwsze za­łożyłem okulary, to zanim zdążyłem założyć rękawi­ce, już okulary miałem za­parowane. Jeżeli założyłem rękawice, a potem próbo­wałem to samo z okulara­mi, to ręka jest jak bochen i nie ma nawet jak chwycić okularów.

Wypróbowanym sposobem było użycie rurki do oddychania, wzorem płe­twonurków. Wyprowadzo­na z tyłu kasku umożliwiała oddychanie bez zaparowa­nia okularów. Jednak naj­lepszym rozwiązaniem okazało się wklejanie szkieł optycznych w podwójne narciarskie gogle. Można było wtedy zrezygnować z szyby hełmu.

Jedziemy wzdłuż fiordu Eldfjord

Nowoczesne, pozbawio­ne kickstarterów motocy­kle, w temperaturach nor­weskiej zimy wydawały z siebie przy próbie rozru­chu żałosny, przeciągły jęk. Silniki Zundappów pracowały naprawdę wspania­le, budząc niekłamaną za­zdrość niezawodnym roz­ruchem. Tradycyjne trzy kopnięcia, zapłon z ssa­niem i silnik chodzi.

Kłopo­ty pojawiły się później, gdy zjeżdżaliśmy z wyżyny w kierunku Eidfjord. Prze­jeżdżaliśmy przez długie na kilka km tunele, w których temperatura oscylowała w granicach zera. Wilgoć, pomimo układu podgrzewającego filtr powietrza, powodowała zalodzenie gaźnika, co nieuchronnie prowadziło do unierucho­mienia silnika. Co gorsza, przy -30°C na dworze i ze­rze w tunelu, zaraz po wjeździe szyby kasków i okulary błyskawicznie po­krywały się rosą, pozbawia­jąc widoczności na kilka se­kund.

Po dwóch dniach jaz­dy wzdłuż Hardangerfjord (wdziera się on w ląd na głębokość 180 km) i po kil­ku przeprawach małymi promami udaliśmy się w kierunku Telemarku. Często próbowaliśmy je­chać bocznymi drogami. Najczęściej po kilkuset metrach napotykaliśmy tabli­cę informującą, że droga jest nieprzejezdna.. Jed­nakże kilkakrotnie udało nam się znaleźć wspaniałe drogi lokalne – szerokie na jeden pojazd, wytyczone wysokimi śnieżnymi ban­dami. Drogę taką można porównać do toru bobslejo­wego. Aż prosiło się, by w takich miejscach odkręcić gaz. Jedyny szkopuł był w tym, że z przeciwnej stro­ny górki czy zakrętu ktoś też mógł „odkręcić gaz”. Na szczęście nie spotkaliśmy nikogo. I tak, po 10 dniach jazdy wśród śniegu, przy wspaniałej, słonecznej po­godzie, pokonawszy 1100 km znaleźliśmy się w Oslo.  

Norwegia jest piękna każdej porze roku. Kto chce „tylko” podziwiać kra­jobrazy powinien pojechać tam w czerwcu lub lipcu. Kto zaś chce zaznać męskiej przygody i poznać granice własnej wytrzymałości, po­winien zrobić to w styczniu lub lutym. I to koniecznie weteranem!

KOMENTARZE
Krzysztof Wydrzycki

Recent Posts

CFMOTO 1000MT-X. Chińskie motocykle już niczego nie kopiują

W ostatnich latach Chińczycy wykonali ogromny postęp w kwestii motoryzacji. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania…

10 kwietnia 2026

MotoGP: Aleix Espargaro kontuzjowany! Czy to koniec jego kariery jako testera Hondy?

Czy to już koniec kariery testera dla Aleixa Espargaro? Poważny wypadek podczas kwietniowych testów w…

10 kwietnia 2026

Motocykle dla oszczędnych – tanie w zakupie i tanie w eksploatacji

Żyjemy w czasach, kiedy miasta są przepełnione, a przy wystarczająco nieszczęśliwym zbiegu okoliczności wykres cen…

8 kwietnia 2026

Rynek motocykli w Polsce – marzec z wynikiem, jakiego jeszcze nie było

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego opublikował dane dotyczące rejestracji nowych motocykli i motorowerów w marcu. Wiosenna…

8 kwietnia 2026

Prawo jazdy na motocykl. Którą kategorię wybrać i jak nie przepłacić?

Chcesz zrobić prawo jazdy na motocykl i zastanawiasz się, od czego zacząć? Lepiej dobrze się…

8 kwietnia 2026

Ardie RBU 503 Noris. Maszyna z długą podwarszawską historią

W polskich warunkach niezbyt często zdarza się, żeby można było w pełni, w sposób udokumentowany,…

8 kwietnia 2026