Lech Potyński: Czy urodziłeś się w samochodzie? Jak wspominasz pomieszkiwanie z Tatrą?
Wiktor Paul: Choć wszystko na to wskazuje, prawda jest tu dość banalna. Urodziłem się, jak większość ludzi, w szpitalu. Jednak od kiedy z niego wyszedłem i zostałem włożony do Wartburga 353 Tourist, moje życie zostało ostatecznie związane z samochodami i motocyklami. Nie miałem tu żadnego wyboru, ponieważ zabytkowa motoryzacja królowała w naszym domu. Już w wózku miałem kierownicę, którą zawzięcie kręciłem. Ta sama kierownica wylądowała wkrótce w Romecie Agatka. Pierwszym moim pojazdem spalinowym był mały BMX z wózkiem bocznym, który miał nad tylnym kołem drugi widelec, a na nim silnik Gnom. Jeżeli akurat odpalał, to jechałem tym wehikułem do przedszkola. Do dziś walczę z tym Gnomem. Właśnie padła cewka.
L.P.: Karierę „wetarańską” zaczynałeś z wysokiej półki. Czy Tatra i Bianchi nie przerosły cię mechanicznie?
W.P.: Zawsze z ogromnym szacunkiem podchodziłem do zabytkowych pojazdów. To nie był strach, raczej podziw i świadomość tego, jak trudno zdobyć do nich części. Tata, któremu zawdzięczam fascynację weteranami, umarł niestety za wcześnie, gdy miałem 12 lat. Nie zdążył przekazać mi swojej wiedzy. Zostałem więc z tym bałaganem motoryzacyjnym sam. Najpierw zabrałem się za Bianchiego. Uczyłem się go „kopać”, a potem z wypiekami na twarzy jeździłem po terenie Muzeum Techniki w fabryce Norblina. Zostało to nawet uwiecznione w numerze 6/97 Świata Motocykli.
Po jakimś czasie przestało działać sprzęgło. To już była dla mnie wycieczka w nieznane. Pomału odkręcałem jednak kolejne śruby, aż silnik wytoczył się z budy na przednich kołach. W wielotarczowym sprzęgle konstrukcji motocyklowej wyrobiły się zęby na wieloklinie. Ku mojej radości, wszystko udało się poskładać z powrotem i działa do dziś. Oczywiście w międzyczasie przybywało mi pojazdów, które pozwoliły mi okrzepnąć w temacie mechaniki.
L.P.: Twoje kolejne motorowery i motocykle? Wolisz duże czy małe? „Zardzewialce” czy odnowione na błyszcząco?
W.P.: Mam niestety taką przypadłość, że nie umiem sprzedawać, a graty mnie lubią i same mnie znajdują. Większość z nich cały czas mam, a kolekcja się powiększa. Są więc Jawy 50, Komary i Simson SR 1, a na co dzień jeżdżę Vespą PK, Yamahą SR 500 albo motorowerem na pedały, który jest mieszaniną Piaggio Bravo i Jawy Babetty. Często na ograniczanie nadmiaru „skarbów” dobrze wpływa żona. Akurat moja jest córką znanego kolekcjonera Leszka Kuta, który ma wiele motocykli (np. Sokoły 600 i 125) oraz przedwojennych samochodów, więc dla Pauliny jest to całkiem normalne. Co więcej, w wianie wniosła pięknego, limonkowego Rometa Polo, a na ślub dostaliśmy dla żartu ramę od motorynki. Po tygodniu już jeździła.
Najbardziej lubię pojazdy „prawdziwe”: zachowane ze wszystkimi wgniotkami, ryskami, spłowiałym lakierem, pokazujące swoją historię. Ktoś kiedyś, przez te wszystkie lata, jeździł tym pojazdem, kochał go i nienawidził. Nie można tak nagle tego przekreślić i po prostu położyć nowy lakier, szparunki i chromy. Oryginał jest tylko raz.
L.P.: Twój ulubiony pojazd? Mam nadzieję, że nie bus VW pędzony olejem po frytkach…
WP.: Ale ja bardzo lubiłem mojego T3 na frytkach! To był fantastyczny pojazd. Moim faworytem jest oczywiście Tatra 12, ale w ostatnich latach popłynąłem w stronę jednośladów. Nie mam jednego ulubionego. Na dojazdy do pracy w centrum miasta najlepszy jest motorower na pedały, nic się skuteczniej nie przeciśnie. Na niedzielne przejażdżki, tak do 300 km, Yamaha SR 500, a ostatnio do jeżdżenia bez sensu po mieście – Lambretta. Nie oznacza to oczywiście, że zapominam o reszcie stadka.
L.P.: Wolisz spawarkę, szlifierkę kątową czy tokarkę? Jakieś alternatywne projekty motoryzacyjne? Dłubanie i konstruowanie czy jazda? Co sprawia ci większą przyjemność?
W.P.: Najbardziej lubię proste narzędzia: pilnik, młotek czy bukfel, jednak kręci mnie każdy sposób obróbki metalu, więc nie stronię też od spawarki i diaksa, a skrycie marzę o własnej tokarce. Gdy ukończyłem Peugeota zauważyłem z przerażeniem, że najwięcej radości miałem z samej odbudowy i tych wszystkich śledztw typu „od czego wziąć łańcuch pierwotny” (w Maździe 121 jest identyczny) czy z wycinania piłą włosową kanałów w tłoku, bo przecież nie można kupić nadwymiarowego.
L.P.: Coś na temat Automobilklubu i „Stada Baranów” oraz twojej aktywności jako działacz i organizator imprez?
W.P.: Ja jestem dzieckiem Automobilklubu Polski, a konkretnie sekcji zabytków. Chodziłem na zebrania w czasach, gdy nie widziałem jeszcze, co leży na stole. Ganialiśmy się wokół niego z Patrykiem (Mikiciukiem, przyp. red.) i wspinaliśmy na ścianę z cegieł, która była na korytarzu siedziby na Nowym Świecie. Naturalne było więc dla mnie nie tylko uczestniczenie w tym życiu i rajdach, ale też organizowanie.
Uniwersalność, która wreszcie doczekała się właściwej formy. Historia człowieka, który z motocykli nigdy nie wyrósł.…
Zimowe testy MotoGP są już historią – dwa dni jazd w Tajlandii zamknęły przygotowania przed…
Phillip Island bywa kapryśne – wiatr, deszcz, zmienne warunki i nieprzewidywalne wyścigi to tu norma.…
Moda i potrzeby rynku potrafią zdominować motoryzacyjne salony, kreując potrzebę i obraz tego, co akurat…
Na rok 2026 gama ATV Kawasaki powiększa się o nową wersję modelu Brute Force 450…
Program Honda Adventure Roads w 2026 roku zmienia charakter – zamiast jednej ekstremalnej ekspedycji pojawią…