Z archiwum ŚM: Tomek Kędzior – najszybszy. Numer 10/1995

Obserwując poczynania Tomka oraz jego trenera i opiekuna, Włodzimierza Kwasa, trudno oprzeć się chęci porównania tych dwóch ludzi do dawnych samurajów. Tomek, jako podopieczny swojego mistrza Włodka, niczym dawny japoński wojownik podąża za swym mistrzem trudną dro­gą do osiągnięcia stuprocentowego perfekcjonizmu we władaniu „ponaddźwię­kową bronią”, jaką jest współczesny motocykl klasy Superbike. A że obaj „ryce­rze asfaltowej wstęgi” są ludźmi otwartymi, pogodny­mi i obdarzonymi wspaniałym humorem, trudno się dziwić, że przyciągają do siebie dziennikarzy – wier­nych kibiców. 

Obu wyżej wymienio­nych znam już od jakiegoś czasu i sam również znala­złem się pod wpływem ich osobowości. Postanowiłem zatem namówić Tomka na chwilę zwierzeń o jego sukcesach, porażkach, proble­mach i przeżyciach związa­nych z uprawianiem tej jakże atrakcyjnej dyscypliny sportów motorowych. 

Lech Wangin: Ponieważ sam nigdy nie jeździłem tak szaleńczo szybkimi motocyklami, a nawet gdybym się o to po­kusił, to i tak nie mógłbym wykorzystać tego sprzętu tak jak robią to zawodnicy, poprosiłem więc Tomka, by na początek opowiedział, jak to jest, kiedy pędzi się na stupięćdziesięciokonnej maszynie przycierając kola­nami o asfalt. 

Tomek Kędzior: Przyjemność jest kolosal­na, tego nie da się z niczym porównać. Już sama świadomość panowania nad 150-konnym potworem do­daje ci skrzydeł. Kiedy pędzisz złożony za szybą owiewki, a prędkość dochodzi do 300 km/h, świat ucieka do tyłu w szalonym tempie. No i ten dźwięk, to wycie smagniętej manetką gazu mechanicznej bestii. 

Pod koniec prostej wy­chylasz się zza owiewki, by zwiększonym w ten sposób oporem aerodynamicznym wspomóc hamulce i czujesz jak szyba kasku niemalże miażdży ci nos. Kiedy uru­chomisz wszystkie tłoczki hamulcowe, opóźnienie chce wyrwać ci mózg z czaszki, a maszyna ma ochotę stanąć dęba, potem już tylko szybka redukcja biegów i znów ta wspania­ła muzyka rozjuszonego sil­nika. 

Zaczynasz składać się w zakręt, czując opór na ko­lanie, kiedy muska asfalt. Przyspieszając na wyjściu z zakrętu czujesz, jak ma­szynę wgniata w na­wierzchnię. Teraz już tylko opanowanie tendencji do zbytniego unoszenia przo­du, kiedy przyspieszasz na prostej wykręcając silnik do ostatnich obrotów i cała zabawa zaczyna się od po­czątku – wtedy wiesz, że naprawdę żyjesz. 

L.W.: Powiedz, czy taka szyb­ka jazda, pokonywanie za­krętów w karkołomnych pochyleniach, często niemalże przy pełnym kontakcie z konkurentem, a w szcze­gólności wywrotki na torze, nie pozostawiają śladów w psychice?

T.K.: Kiedy jedziesz, nie mo­żesz się bać, bo będziesz je­chał wolno i przyjedziesz na metę na szarym końcu albo co gorsza, dostaniesz dubla, a to już plama na honorze zawodnika. Wywrotki, no cóż, jest to ryzyko wkalku­lowane w ten sport, które trzeba świadomie podjąć, jeśli się w to bawisz.  

Jadąc musisz być mak­symalnie skoncentrowany. Jeśli się zdekoncentrujesz, to albo przyjedziesz ostatni, albo wypadniesz z trasy. Trzeba cały czas analizo­wać swoje postępowanie i bacznie obserwować konkurentów. Jadąc za lep­szym starasz się odkryć je­go słabsze miejsca na torze i tam go wyprzedzać. Psychicznie każdy zawodnik reaguje inaczej na obciąże­nia związane ze ściganiem się, lepiej jednak oszczędźmy sobie dalszych dywaga­cji na ten temat. 

L.W.: Superbike to w Polsce zupełnie nowa jakość dla kibiców. Mogą wreszcie zobaczyć prawdziwe, nowo­czesne motocykle wyścigo­we. Superbike wywodzi się z motocykli seryjnych, pu­bliczność motocyklowa mo­że więc bardziej utożsamiać się z zawodnikami. To pod­nosi atrakcyjność tego spor­tu, lecz Superbike to też zu­pełna nowość dla zawodni­ków przyzwyczajonych w najlepszym razie do dwu­suwowych dwieściepięć­dziesiątek, najczęściej skła­danych we własnym zakre­sie i odstających poziomem od tego, na czym ścigają się na całym świecie. Powiedz, jakie były twoje pierwsze wrażenia na tym motocy­klu? 

T.K.: Kiedy pierwszy raz wsiadłem na superbike’a, a było to Kawasaki ZXR 750 w wersji seryjnej (121 KM), odebrałem go jako ciężki i szybki motocykl. Moja po­przednia wyścigówka, Ro­tax 250, ważyła 120 kg, a silnik rozwijał moc około 60 KM. Jeżdżąc na Kawa­saki, wszystko musiałem robić szybciej. Na przykład podchodząc do zakrętu mu­siałem wcześniej rozpocząć składanie maszyny w łuk. Motocykl ten rozwija więk­sze prędkości od Rotaxa, więc na wszelkie manewry mam mniej czasu, poza tym jest on cięższy (185 kg), a ja jestem lekki, więc składanie go w zakręt trwa dłużej i wymaga większego wysił­ku. Inna jest też charakte­rystyka czterosuwu niż dwusuwu. Ma on znacznie lepsze hamowanie silni­kiem, co jest zaletą, ale trzeba się do tego przyzwy­czaić po przesiadce z dwu­suwu. Jeżeli człowiek pozna i dobrze wyczuje sprzęt, jazda cięższym czterosu­wem jest przyjemniejsza niż na dwusuwie. 

L.W.: Czytelnicy „Świata Mo­tocykli” są na pewno cieka­wi, czym różni się jazda wyścigowa od normalnej, i jak ewentualnie dysponując normalnym motocyklem można przygotować się do uprawiania tego sportu? Jednym słowem – czy mógł­byś zdradzić trochę tajni­ków jazdy wyścigowej? 

T.K.: Cóż, na torze panują zu­pełnie inne „reguły gry”. Są stworzone idealne warunki do szybkiej jazdy. Tor jest szeroki, posiada znacznie lepszą przyczepność niż zwykła szosa, poza tym wszyscy jadą w tę samą stro­nę, zdarza się mniej przypadko­wych sytuacji niż w ruchu ulicz­nym. Nie ma dziur, nierówności, koszmarnych studzienek, pia­sku, oleju itd. Nie wyjedzie nam z boku autobus, nie wbiegnie pod koła dziecko, nie wkroczy na jezdnię sta­ruszka itp. Na torze nie mu­szę się koncentrować na tym, co dzieje się w ruchu ulicznym. Mogę się skupić tylko na jeździe, na tym, że­by pokonać łuk po optymal­nej linii, żeby jak najpóźniej hamować, krótko mówiąc, żeby jechać jak najszybciej. 

Szybka jazda na ulicy może skończyć się na jakimś sa­mochodzie lub na latarni. Nie namawiam nikogo do szybkiej jazdy po ulicach, bo to niebezpieczna zaba­wa. Wszystkich owładnię­tych „demonem szybkości” zapraszam na Tor Poznań, na kurs doskonalenia jazdy motocyklem. Tam można wyszaleć się w bezpiecznych warunkach. Jazda po torze umożliwia szybkie za­poznanie się ze swoimi możliwościami i z dużymi prędkościami, oraz podno­szenie kwalifikacji pod okiem zawodników wyści­gowych. 

L.W.: Czy mógłbyś opowie­dzieć historię swoich star­tów w klasie Superbike na krajowych torach? 

T.K.: Zespół wyścigowy Kawasaki Superbike Team Po­land powstał w 1992 roku. Do jego powstania mogło dojść dlatego, że firma z Akashi chciała wejść na polski rynek, nie bez zna­czenia była też pomoc dy­rekcji FSO. W zespole było dwóch kierowców: Włodzi­mierz Kwas i ja. Motocykl, który wtedy dostałem, to seryjny ZXR 750 R z silni­kiem o mocy 125 KM i pod­woziem przygotowanym do wyścigów. W serii krajowych eliminacji ‘92, pierw­sze miejsce zajął Kwas, drugie ja, lecz nie przyzna­no nam tytułów mistrzow­skich, bo w tej klasie było jeszcze wtedy zbyt mało za­wodników. 

W 1993 roku prze­siadłem się już na prawdzi­wego superbike o mocy 140 KM, którego przejąłem od Włodzimierza Kwasa, gdy ten postanowił zakończyć swoją karierę zawodniczą. Na tym motocyklu wygrałem wszystkie eliminacje i zdobyłem tytuł Mistrza Polski. W 1994 roku po raz drugi byłem najszybszy w swojej klasie, lecz PZM nie przyznał mi tytułu mi­strzowskiego, ponieważ by­ło za mało sklasyfikowa­nych polskich zawodników. 

W tym roku Mistrzostwa Polski miały mieć status międzynarodowy, lecz z trzech eliminacji odbyła się tylko jedna, w Stalowej Woli. Eliminacje w Pozna­niu nie odbyły się, a plano­wane w Kielcach stoją pod znakiem zapytania. Pod­czas wyścigu ulicznego w Stalowej Woli z powodu zbyt małej liczby zawodni­ków nie przyznano punktów do mistrzostw. Już wtedy stało się dla mnie jasne, że i w tym roku los Mistrzostw Polski jest niepewny. To wielka szkoda, bo przecież każdy zawodnik chciałby występować przed własną publicznością. 

L.W.: W „cywilizowanym” świe­cie wyścigi są chyba najpo­pularniejszą dyscypliną motocyklowych zmagań. U nas jest zgoła inaczej. Jakie są twoim zdaniem tego przy­czyny? 

T.K.: Ten sport jest drogi, klu­by mają za mało pieniędzy aby zakupić nowy sprzęt, brak również sponsorów, bo firmy nie widzą w tym spor­cie (a raczej w jego polskim wydaniu) reklamy. Niektó­rzy zawodnicy nie chcą in­westować we własny sprzęt, a PZM nie jest zain­teresowany wspieraniem finansowym klubów. Od kil­ku lat wyścigi powoli obni­żają swój poziom, bo elimi­nacje zostają przesuwane z terminu na termin, brak organizatorów z prawdzi­wego zdarzenia, którzy by mogli zorganizować impre­zy wysokiej rangi mogące przyciągnąć zawodników z zagranicy. 

W tej sytuacji tych kilku ambitniejszych jeźdźców, którzy chcą się ścigać, widząc, że w kraju nic się nie dzieje, aby ta dyscyplina odżyła, startują w Otwartych Mistrzostwach Czech i tam zdobywają punkty. Spośród krajów Eu­ropy środkowowschodniej tylko Czesi, mimo że mają takie same problemy jak my, potrafili zorganizować ciekawe zawody i ściągnąć zawodników z zagranicy. 

Jednym z powodów, dla których nie przybywa no­wych zawodników, mimo że potencjalnych chętnych nie brak, jest problem ze zdoby­ciem licencji wyścigowej. W sporcie samochodowym system pozyskiwania nowych zawodników działa prawidłowo, tzn. na począt­ku sezonu odbywa się zgru­powanie na Torze Poznań. Pod koniec zgrupowania młodzi adepci „wykręcając” odpowiedni czas okrążenia i wykazując się znajomością wyścigo­wych regulami­nów, zdobywa­ją licencję wy­ścigową. Nato­miast w wyści­gach motocyklowych adept musi zdobyć li­cencję na moto­cyklu tereno­wym w impre­zie z cyklu Pu­charu Polski. 

L.W.: Powiedzmy teraz może pa­rę słów o two­ich startach za­granicznych. 

T.K.: W tym roku zrobiliśmy po­dejście do 4 z 12 eliminacji Mistrzostw Europy: w Mon­zy we Włoszech, w Salzbur­gu w Austrii, w Moście w Czechach i w Assen w Ho­landii. Na treningach zawsze udawało mi się „wykręcić” czas kwalifikujący mnie do startu w wyścigu, co już jest pewnym osiągnięciem, bo nie wszystkim zawodni­kom się to udaje i część z nich po treningach odpra­wiana jest z kwitkiem. Ci w dalszej części zawodów uczestniczą już tylko w cha­rakterze kibica. 

W Monzy wywalczyłem 26 pole star­towe na 29 sklasyfikowa­nych do wyścigu. Ze startu wyszedłem dobrze, lecz nie­stety długo nie powalczy­łem, bo już na pierwszym okrążeniu pękł nowiutki łańcuch wyścigowy. W Sal­zburgu ruszyłem do boju z 29 pola startowego (na 34 sklasyfikowanych). Zaraz po starcie byłem 18, udało mi się przesunąć o 11 miejsc do przodu, lecz tu zanadto poniosła mnie mo­ja sportowa złość i za bardzo opóźniłem hamowanie przed szykaną, przez co wyścig zakończyłem na własnych plecach. No cóż, zdarza się, gdzie drwa rą­bią, tam wióry lecą. 

Najbar­dziej udany był występ w Moście. Wystartowałem z 24 pola, a metę osiągną­łem na 19 pozycji, tak więc wreszcie moglem trochę dłużej poszaleć na torze. Miłym wspomnieniem z Mo­stu będzie też dla mnie udział polskich kibiców-motocyklistów. Zgotowali mi taką owację, że aż inni zawodnicy na padoku za­częli się rozglądać, co się dzieje, kto to jest ten Kę­dzior? W Assen niestety nie powalczyłem. Cały czas lał straszny deszcz i coś na­waliło w elektronice moto­cykla, tak że mój „Kawa­sak” nie przejawiał zbytniej chęci do jazdy. A mówią, że „przecinaki” nie mają du­szy…

L.W.: Plany na przyszłość? 

T.K.: W przyszłym roku chciałbym wziąć udział we wszystkich eliminacjach Mi­strzostw Europy, lecz będzie to możliwe jeśli znajdę odpowiednich sponsorów. 

L.W.: Jak widzisz swoje szanse? 

T.K.: W tym roku zdobywam doświadczenia, poznaję to­ry i konkurentów. Obsada ME jest bardzo silna, startują bardzo dobrzy zawod­nicy, lecz może w przy­szłym roku uda się wywal­czyć dobre miejsce. 

L.W.: Życzę ci powodzenia w realizacji tych planów. Na koniec powiedz jeszcze parę słów o swoim sprzęcie. 

T.K.: Jeżdżę na motocyklu Ka­wasaki, który jest przygoto­wany specjalnie na ME. Ra­ma pochodzi z modelu 92 i jest zaopatrzona w naj­nowszej generacji zawiesze­nia holenderskiej firmy WP (White Power). Koła i sześciotłoczkowe zaciski ha­mulcowe pochodzą z reno­mowanej niemieckiej firmy PVM. Wyścigowe opony otrzymałem dzięki uprzej­mości firmy Pirelli Polska. Przy okazji chciałem też po­dziękować firmie Super Bi­ke z Warszawy za pomoc w przygotowaniu motocykla na ten sezon, a firmie Moto­pol za środki smarne i oleje Motul. 

Silnik mojego motocykla został wyposażony w ze­staw specjalnych części Ka­wasaki Racing Kit 95, dzięki któremu osiąga moc ponad 160 KM. Tak przygotowa­ny motocykl rozpędza się od 0 do 100 km/h w 2 sek., a od 100 do 200 km/h w 3,7 sek. Prędkość maksymalna to ponad 300 km/h. O jego możliwościach najlepiej świadczy fakt, że na czwar­tym biegu, przy 8000 obr./min, na wyjściu z za­krętu przednie koło potrafi oderwać się od podłoża. Od­bywa się to przy prędkości ponad 200 km/h. 

Nie zna­czy to, że niczego już nie można w tym sprzęcie poprawić. Kawasaki waży 166 kg, czyli jest jeszcze i tak o 6 kg za ciężki w stosunku do mi­nimalnej wagi określonej regulaminem klasy Super­bike. Na następny sezon bę­dziemy chcieli „odchudzić” go o te 6 kg. 

L.W.: Dziękuję za rozmowę. 

Zdjęcia: Jerzy Szymański

 

KOMENTARZE
Lech Wangin

Recent Posts

CFMOTO 1000MT-X. Chińskie motocykle już niczego nie kopiują

W ostatnich latach Chińczycy wykonali ogromny postęp w kwestii motoryzacji. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania…

10 kwietnia 2026

MotoGP: Aleix Espargaro kontuzjowany! Czy to koniec jego kariery jako testera Hondy?

Czy to już koniec kariery testera dla Aleixa Espargaro? Poważny wypadek podczas kwietniowych testów w…

10 kwietnia 2026

Motocykle dla oszczędnych – tanie w zakupie i tanie w eksploatacji

Żyjemy w czasach, kiedy miasta są przepełnione, a przy wystarczająco nieszczęśliwym zbiegu okoliczności wykres cen…

8 kwietnia 2026

Rynek motocykli w Polsce – marzec z wynikiem, jakiego jeszcze nie było

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego opublikował dane dotyczące rejestracji nowych motocykli i motorowerów w marcu. Wiosenna…

8 kwietnia 2026

Prawo jazdy na motocykl. Którą kategorię wybrać i jak nie przepłacić?

Chcesz zrobić prawo jazdy na motocykl i zastanawiasz się, od czego zacząć? Lepiej dobrze się…

8 kwietnia 2026

Ardie RBU 503 Noris. Maszyna z długą podwarszawską historią

W polskich warunkach niezbyt często zdarza się, żeby można było w pełni, w sposób udokumentowany,…

8 kwietnia 2026