Z archiwum ŚM: Jacek Czachor. Specjalista od „łojenia”. Numer 9/1995

Początki motocyklowej kariery Jacka były typowe dla całego pokolenia moto­cyklistów rozpoczynających kariery w latach 70. czy na początku 80. Zaczęło się od paczki kumpli szalejących po osiedlowych uliczkach na komarach, motoryn­kach, jawkach i tym po­dobnych jazgotliwych wehi­kułach. 

Popularne było wtedy, co pamiętam z wła­snego doświadczenia, uczestnictwo w tzw. „kręcioł­kach”. Były to imprezy or­ganizowane pod Pałacem Młodzieży lub pod Stadio­nem Dziesięciolecia, a pole­gające na przejechaniu na czas odpowiednio wytyczo­nej pachołkami próby skła­dającej się ze slalomu, ósemki i kilku ostrych zwrotów. Imprezy takie przyciągały wielu młodo­cianych „jeźdźców”, a jed­nym z nich był właśnie do­siadający motorynki Jacek. Na jednym z takich „krę­ciołków” zwrócił na Jacka uwagę Roman Umiastow­ski, ówczesny prezes Klubu Lekkich Motocykli w Pałacu Młodzieży, i namówił go do wstąpienia w szeregi zawodników. I tak zaczęła się wielka przygoda ze spor­tem motocyklowym. 

Zimą 1981 roku Jacek otrzymał w klubie starą, zdezelowaną ramę od CZ 511 oraz polecenie, że ma w to włożyć silnik od Sim­sona i w ten sposób zbudo­wać motocykl crossowy klasy 50 ccm. Rama była w kilku miejscach popęka­na, trzeba więc było ją po­spawać. Miesiące zimowe młody zawodnik spędził w warsztatach klubowych, gdzie ze zbieraniny róż­nych przygodnych części składał swój pierwszy sportowy motocykl. W tym też czasie Jacek uległ wy­padkowi. W Komarze, na którym jechał, pękł przed­ni widelec, przez co moto­rowerzysta uderzył głową w asfalt. W następstwie te­go wypadku Jacek spędził półtora miesiąca w szpita­lu. Rok 1982 to już pierwsze sportowe sukcesy. Startu­jąc w Pucharze Polski zdobył licencję motorowerową na motorynce i motocyklo­wą na Jawie Mustang. Miał wtedy 14 lat. Mimo że od tych pierwszych startów minęło już 13 lat, Jacek doskonale pamięta swój start na motorynce. Tuż przed odebraniem po­jazdu z parku maszyn oka­zało się, że w tylnej oponie tkwi gwóźdź. Nie było cza­su na naprawę, więc Jacek wyruszył na trasę z prze­bitym kołem, dopompowu­jąc je od czasu do czasu. Mimo to udało mu się wy­grać próbę crossową, lecz bez powietrza w kole mu­siał przegrać odcinek jaz­dy obserwowanej, zajmu­jąc ostatecznie czwarte miejsce w finale Pucharu Polski. Trzecie miejsce, o zgrozo, zdobyła dziew­czyna. Z tego powodu żar­towano z Jacka jeszcze przez kilka lat.

W tym też 1982 roku świe­żo upieczony zawodnik roz­poczyna pierwsze starty w motocrossowych Mi­strzostwach Polski na „zło­żonej” przez siebie pięćdziesiątce. Konkurencja by­ła wtedy silna. Startowali dzisiejsi czołowi zawodnicy. Jacek kończył zawody przeważnie w okolicach dziesiątej pozycji (na czter­dziestu startujących). W tym też czasie zdobył ty­tuł mistrza okręgu war­szawskiego. W pierwszej eliminacji mistrzostw okrę­gu przyjechał drugi, za Ar­turem Wajdą (tak, tak, to nie błąd – Wajda też zaczy­nał od motocrossu), pozo­stałe eliminacje wygrał. Otrzymał wtedy od klubu pierwszy „prawdziwy” mo­tocykl, CZ 125. 

Lech Wangin: Ponieważ przedstawia­nie całej bogatej historii startów Jacka wyczerpało­by objętość numeru „Świa­ta Motocykli”, zapytałem o największe jego zdaniem sukcesy.

Jacek Czachor: Za swój największy powód do dumy uważam uczestnictwo i ukończenie siedmiu kolejnych sześciod­niówek. Są to imprezy w randze mistrzostw świata w rajdach enduro i ukoń­czenie ich to już duży wy­czyn, który nie udaje się większości z kilkuset za­wodników, jacy rokrocznie stają na starcie tej najstar­szej (po wyścigach na wy­spie Man) motocyklowej imprezy. Mój sześciodniów­kowy debiut nastąpił w 1987 roku w Jeleniej Gó­rze. Potem kolejno: w 1988 we Francji, w ‘89 w Niem­czech, w ‘90 w Szwecji, w ‘91 w Czechosłowacji, w ‘92 w Australii i w ‘94 w USA. 

Wypadek samocho­dowy wykluczył mnie z re­prezentacji kraju na sze­ściodniówkę w Assen w Ho­landii w 1993 roku. Za na­mową Marka Dąbrowskie­go, kolegi z zespołu, poje­chałem jednak do Holandii i jako motocyklowy „kra­snoludek” pomagałem na­szym zawodnikom, jeśli któremuś na trasie wyda­rzył się defekt. A trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że oprócz rywalizacji na trasie i w próbach specjalnych, walka z oporną mate­rią mechanizmów motocy­kla jest solą nadającą pi­kanterii zawodom enduro. Zważywszy, że obca pomoc jest na trasie rajdu zakaza­na, co wcale nie przeszka­dza, że korzystają z niej wszyscy, można uzmysło­wić sobie, jak odpowie­dzialne zadanie mają do spełnienia „krasnoludko­wie”. 

Tak więc i ja miałem swój udział w wielkim suk­cesie naszej ekipy – zdoby­ciu tytułu drużynowego mi­strza świata enduro w 1993 roku, za co po po­wrocie z Assen, w dowód uznania, dostałem specjalny puchar od władz PZM. W tym szczęśliwym dla pol­skich zawodników roku za­jąłem również 10. miejsce w indywidualnych mistrzo­stwach świata enduro w klasie 80 ccm, biorąc udział jedynie w dwóch spośród dziesięciu elimina­cji. Po prostu nie stać mnie było na start w większej liczbie eliminacji. 

Nato­miast na krajowym po­dwórku dwukrotnie zgar­nąłem tytuł Mistrza Polski Enduro i około sześć razy wicemistrza. Pierwsze wi­cemistrzostwo zdobyłem w pierwszym roku startów. W narodowej kadrze endu­ro jestem od 1986 roku do dziś. Swój udział w motocros­sach zawsze traktowałem jako trening do enduro. Największy sukces w moto­crossie to czwarte miejsce w mistrzostwach Polski w klasie 125. 

Jacek Cachor jest jednym z naszych czołowych specjalistów od łojenia motocyklem przez piachy i błota, trawiaste łąki i kamieniste górskie ścieżki – czyli mówiąc krótko, jest jednym z czołowych zawodników enduro

L.W.: Obserwując Jacka, jak z błyskiem w oku opowiada o swoich startach, postanowiłem, trochę z przekory, a trochę w nadziei, że zdradzi nieco tajników raj­dowej jazdy, zadać mu głu­pie pytanie: ​​Słuchaj, ale właściwie co to za przyjemność taplać się w błocie na wierzgają­cym we wszystkie strony motocyklu? 

J.C.: Kiedy chodzę po uli­cach, normalnie nigdy nie wszedłbym w kałużę, ale na motocyklu to zupełnie co innego. Jazda w ciężkim te­renie to niesamowita fraj­da. Tu dopiero można się wyżyć, w dodatku we względnie bezpiecznych warunkach, bo prędkości w kopnym piachu czy grzą­skim błocie są mniejsze niż na suchym, twardym podło­żu, nie mówiąc już o asfal­cie.

Motocykl terenowy ma to do siebie, że w grząskim błocie albo w piachu, jeśli mu nie przeszkadzać, pro­wadzi się właściwie sam. Zawodnik nie może być spięty, nie może kurczowo trzymać kierownicy, Trzeba być ogólnie luźnym i elastycznym, nie można też przestraszyć się, kiedy ma­szyna „zarzuci”. Silnik musi wyraźnie „ciągnąć”, lecz jednocześnie należy unikać przesadnie wysokich obro­tów, maszyna lepiej prowa­dzi się na otwartym gazie niż na zamkniętej przepust­nicy, natomiast hamować należy zdecydowanie, ale z wyczuciem.

Wbrew temu, co się powszechnie uważa, w terenie również przednie koło ma generalny udział w hamowaniu. No i oczywi­ście hamowanie biegami. Trzeba mieć duże wyczucie hamulców, by nie dopusz­czać do blokowania kół. Po­za tym kluczem do sukcesu jest wyczucie gazu. Tylne koło nie powinno za bardzo buksować, bo wtedy się tra­ci. Poza tym należy docią­żać maszynę wciskając się nogami w podnóżki, bardzo często w terenie jedzie się stojąc. 

L.W.: Jak w przeciągu twojej motocyklowej kariery zmie­nił się sprzęt i jak wpływało to na technikę jazdy? 

J.C.: Jeśli chodzi o technikę jazdy w motocrossach, zmieniło się więcej niż w rajdach. Moce rozwijane przez silniki motocykli te­renowych znacznie wzro­sły, współczesne hamulce tarczowe hamują znacznie lepiej niż dawne bębnowe, ale największa rewolucja nastąpiła w zawieszeniach. Wszystkie te tech­niczne zmiany, jakie doko­nały się w motocyklach, umożliwiają szybszą jazdę na pofalowanym gruncie i przede wszystkim znacz­nie dłuższe skoki.

W ślad za zmianą motocykli zmie­niły się tory motocrosso­we, na których zawodnicy odbywają dziś kilkudzie­sięciometrowe loty w po­wietrzu. Te długie skoki wymagają przyswojenia trudnej sztuki sterowania motocyklem w powietrzu. W rajdach enduro jeździ się dziś szybciej niż daw­niej, lecz dzięki cechom współczesnych rajdówek, które różnią się od moto­cykli crossowych tylko obecnością świateł, jazda w rajdach stała się łatwiej­sza. Poza tym współczesne motocykle są znacznie bardziej niezawodne i wy­trzymałe niż dawniej. 

L.W.: Co mógłbyś poradzić tym, którzy chcieliby roz­począć karierę zawodniczą i pójść w ślady Peterhanse­la i Kinigadnera? 

J.C.: Niech się nie wahają, bo to naprawdę wspaniała zabawa. Niech się nie znie­chęcają, jeśli nie mają za dużo kasy. Nie trzeba ko­niecznie zaczynać jazdy od razu na jakimś supermoto­cyklu. Na początek wystar­czy zwykły Simson. Jeśli ktoś ma więcej pieniędzy, może kupić jakiegoś małego japończyka. Ćwiczyć jaz­dę w terenie, ale nie rzucać się od razu na tor moto­crossowy czy jakieś rozjeż­dżone błotniste bajora, tyl­ko poćwiczyć na płaskim żwirku lub ubitej ziemi. 

Ćwiczyć terenową technikę pokonywania zakrętów (do­ciążać przód; siedzieć jak najbliżej kierownicy przy wchodzeniu w łuk), uczyć się stać na motocyklu. Na­uczyć się podstaw i stopnio­wo zapuszczać się w coraz trudniejszy teren. Mając lekki motocykl (choćby Sim­sona) można zapisać się do klubu, np. do Pałacu Mło­dzieży w Warszawie (gdzie . zresztą jestem jednym z in­struktorów), a potem już tylko piąć się coraz wyżej.

L.W.: Kiedy i gdzie będzie można zobaczyć cię w ak­cji? 

J.C.: Najważniejszy dla mnie jest oczywiście start w sześciodniówce w Jele­niej Górze. Chcę wypaść tam jak najlepiej, tym bardziej, że może to już być moja ostatnia sześciod­niówka. Chciałbym zdobyć złoty medal indywidualnie, tzn. zmieścić się w czasie co najwyżej o 10% gorszym od najlepszego zawodnika i oczywiście zająć jak naj­lepsze miejsce drużynowo . 

W Mistrzostwach Polski chciałbym znaleźć się w pierwszej trójce (na razie jestem trzeci, ale pozostały jeszcze dwie eliminacje). Po sezonie będę chciał sprzedać swój motocykl. Jeśli nie znajdę kupca, to 11 listopa­da wystartuję w motocros­sie w Sochaczewie, a przy okazji naszej rozmowy chcę podziękować za udzieloną mi pomoc Automobilklubo­wi Polski, w którego barwach obecnie startuję. 

Dziękując Jackowi za rozmowę umówiłem się z nim na następne spotka­nie na trasach Jeleniej Gó­ry, skąd Jacek na gorąco opowie czytelnikom „Świata Motocykli” o swoich wrażeniach. 

 

KOMENTARZE
Lech Wangin

Recent Posts

CFMOTO 1000MT-X. Chińskie motocykle już niczego nie kopiują

W ostatnich latach Chińczycy wykonali ogromny postęp w kwestii motoryzacji. Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania…

10 kwietnia 2026

MotoGP: Aleix Espargaro kontuzjowany! Czy to koniec jego kariery jako testera Hondy?

Czy to już koniec kariery testera dla Aleixa Espargaro? Poważny wypadek podczas kwietniowych testów w…

10 kwietnia 2026

Motocykle dla oszczędnych – tanie w zakupie i tanie w eksploatacji

Żyjemy w czasach, kiedy miasta są przepełnione, a przy wystarczająco nieszczęśliwym zbiegu okoliczności wykres cen…

8 kwietnia 2026

Rynek motocykli w Polsce – marzec z wynikiem, jakiego jeszcze nie było

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego opublikował dane dotyczące rejestracji nowych motocykli i motorowerów w marcu. Wiosenna…

8 kwietnia 2026

Prawo jazdy na motocykl. Którą kategorię wybrać i jak nie przepłacić?

Chcesz zrobić prawo jazdy na motocykl i zastanawiasz się, od czego zacząć? Lepiej dobrze się…

8 kwietnia 2026

Ardie RBU 503 Noris. Maszyna z długą podwarszawską historią

W polskich warunkach niezbyt często zdarza się, żeby można było w pełni, w sposób udokumentowany,…

8 kwietnia 2026