Okazuje się, że w praktyce nowe przepisy o odbieraniu prawa jazdy za prędkość nie bardzo obejmują zdjęcia z fotoradarów. Problemem jest długość postępowania.

Główny Inspektorat Transportu Drogowego posiada blisko 300 fotoradarów w strefie zabudowanej. Oficjalnie zdjęcia z tych urządzeń ujawniające, że kierowca jechał o przynajmniej 50 km/h zbyt szybko są podstawą do odebrania prawa jazdy na trzy miesiące. W praktyce jednak okazuje się, że nie jest to takie proste.


REKLAMA

Najpierw odpowiedni organ, np. GITD, musi ustalić bowiem kto kierował pojazdem. Jak wiadomo procedura w tej kwestii jest dość długa i może potrwać znacznie dłużej niż trzy miesiące, czyli okres na jaki dokument powinien zostać odebrany. Nie można bowiem automatycznie obciążyć odpowiedzialnością właściciela pojazdu.

Tu warto jeszcze wyjaśnić, iż zgodnie z kodeksem wykroczeń karalność wykroczeń ustaje po roku jeżeli w tym czasie nie zostało wszczęte postępowanie. Jeśli odpowiednie służby wyrobiły się z tym terminem, to i tak karalność ustaje z upływem dwóch lat od popełnienia czynu.

Wystarczy zatem, że właściciel nie poda danych osoby, która kierowała w tym czasie i całość zakończy się na grzywnie (bez punktów karnych).

Dopiero po ustaleniu sprawcy wykroczenia, bądź kiedy sam kierowca przyzna się do prowadzenia pojazdu, organ może kierować sprawę do starosty, który wyda odpowiednią decyzję administracyjną zaopatrzoną w rygor natychmiastowej wykonalności o zatrzymaniu prawa jazdy. Wtedy sam kierowca musi zgłosić się do starosty celem oddania dokumentu. Co jeśli jednak nie będzie mu po drodze do urzędu? Teoretycznie starosta może wszcząć postępowanie egzekucyjne.

Warto podkreślić, że osoba z cofniętymi na podstawie decyzji starosty uprawnieniami do kierowania zostanie złapana w okresie trzech miesięcy okres bez prawa jazdy wydłuży się do sześciu miesięcy.

KOMENTARZE

REKLAMA