O telewizyjne magazyny mogliby się ubiegać filateliści, akwaryści, szybownicy, grotołazi, mając do tego takie same prawa jak motocykliści. Jestem przekonany (chociaż nie sprawdzałem danych w GUS), że w Polsce mamy znacznie więcej klaserów ze znaczkami i akwariów niż motocykli. Czemu więc My mamy być uprzywilejowani?REKLAMA Zadowalają się więc hobbyści sporadycznymi migawkami telewizyjnymi z wystaw, pokazów, […]

O telewizyjne magazyny mogliby się ubiegać filateliści, akwaryści, szybownicy, grotołazi, mając do tego takie same prawa jak motocykliści. Jestem przekonany (chociaż nie sprawdzałem danych w GUS), że w Polsce mamy znacznie więcej klaserów ze znaczkami i akwariów niż motocykli. Czemu więc My mamy być uprzywilejowani?


REKLAMA

Zadowalają się więc hobbyści sporadycznymi migawkami telewizyjnymi z wystaw, pokazów, konkursów, wychodząc z założenia że „lepszy rydz niż nic”. Na pocieszenie zostają im pisma branżowe. W takiej samej sytuacji znajdują się motocykliści. W przypadku jednośladów telewizja ożywia się jedynie podczas morderczych rajdów duetu Czachor & Dąbrowski czy żużlowych wyczynów braci Gollobów i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała ulec zmianie. Trudno jednak dziwić się temu zjawisku, bo przy zalewającym nas coraz potężniejszym oceanie informacji trzeba dysponować rzeczywiście solidną siłą przebicia, aby na stałe zagościć na szklanym ekranie.

W Polsce branża motocyklowa niestety nie dysponuje taką siłą. Czy to się nam podoba, czy nie, dla światowych koncernów produkujących jednoślady nasz kraj ze sprzedażą kilkuset maszyn jednej marki w skali roku jest jedynie małą chorągiewką wbitą gdzieś po środku mapy Europy, tkwiącą tam raczej dla prestiżu niż z poważnych powodów handlowych. W Niemczech jeden lokalny przedstawiciel sprzedaje więcej maszyn niż cała polska sieć Hondy, Suzuki czy Yamahy. Jeszcze trzy lata temu wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, prognozowany był bardzo dynamiczny wzrost sprzedaży motocykli, a co za tym idzie rozwój całej branży. Okazało się jednak, że zapaść gospodarcza całej naszej gospodarki dotknęła także branży jednośladów i zamiast gigantycznego przyspieszenia mamy do czynienia z mozolnym człapaniem pod górkę. Przedstawiciele producentów skupiają się raczej na walce o przetrwanie, redukcji kosztów i poszukiwaniu rezerw, a nie na promowaniu idei mody motocyklowej. Tym bardziej nie mają siły ani ochoty przebijać się w telewizji. A jak powszechnie wiadomo – nie ma telewizji – nie ma sponsorów. Trudno jest więc zorganizować jakąkolwiek poważniejszą imprezę motocyklową, bo każda firma chcąca zainwestować w przedsięwzięcie zaczyna rozmowy od sakramentalnego pytania: będzie relacja w telewizji? Jeżeli tak – rozpoczynają się negocjacje, jeżeli nie – żegnam ozięble. Sponsorowanie bowiem wbrew powszechnemu mniemaniu to nie jest działalność charytatywna. Za wyłożoną na organizację imprezy kasę firma oczekuje należytej reklamy i każdą zainwestowaną złotówkę przelicza na liczbę osób, do których dotrze reklama. Fakt, że na imprezie pokaże się tysiąc czy dwa tysiące widzów, nie ma większego znaczenia. Tak naprawdę liczy się tylko relacja telewizyjna i tak umieszczone banery, aby operator kamery nie mógł ich ominąć. W dodatku nasze prawodawstwo w sposób bardzo skuteczny ograniczyło możliwości sponsorskie poprzez zakaz reklamy papierosów i alkoholu. Tak się jednak dziwnie składa, że to właśnie firmy związane z branżą tytoniową i piwowarską dysponują w Polsce jeszcze jako taką kasą i do niedawna mogły zasilać (i to dosyć hojnie) budżety wielu imprez. Teraz pieniędzy trzeba poszukiwać gdzie indziej.

Nie ma więc telewizji, nie ma sponsorów. Nie ma sponsorów – impreza nie ma odpowiedniego rozmachu – nie ma wielu widzów. Nie ma widzów – nie ma telewizji. Błędne koło się zamyka. Na dodatek w przypadku Polski dochodzi jeszcze kilka elementów mocno ograniczających pole manewru nawet najbardziej zapalonym organizatorom imprez motocyklowych. Zacznijmy od nieśmiertelnego tematu – Toru Poznań – miejsca, gdzie rodzimi ściganci znają już chyba każde ziarnko piasku. Niestety nic nie wskazuje na to, abyśmy wzorem nawet naszych braci z byłego „obozu” dorobili się jeszcze jednego nowoczesnego obiektu przeznaczonego do rozgrywania wyścigów drogowych. Jeżeli więc do zaspokojenia krajowych potrzeb wyścigowych wystarcza jeden lekko już wysłużony tor – świadczy to nie tylko o generalnej mizerii naszych sportów motorowych, ale także o niezbyt chwalebnej liczbie zawodników zainteresowanych udziałem w takich zabawach. To samo dotyczy innych sportów związanych z jednośladami napędzanymi silnikiem spalinowym. Wszystkie statystyki wskazują na to, że Polska znajduje się w samym ogonie państw europejskich pod względem liczby motocykli przypadających na 1000 mieszkańców. Daleko nam nawet do najbliższych sąsiadów takich jak Czechy czy Węgry. Trudno jest więc się dziwić, że i pod względem sportów motocyklowych sytuacja nie wygląda zbyt różowo. Fakt, że z tak małego grona wywodzą się ludzie, którzy potrafią zaakcentować swoją obecność na międzynarodowych zawodach, zawdzięczamy jedynie ich ogromnej zaciętości, pracowitości i talentowi. Jestem przekonany, że gdyby w naszych zawodników (oraz całe zaplecze) inwestowano podobne sumy jak w Niemczech, we Włoszech czy Francji, zajmowaliby czołowe miejsca nawet w najbardziej prestiżowych imprezach. Jednak gdy podstawowym problemem zawodników pozostaje ciągle kwestia zakupu nowych opon, zębatek czy łańcuchów, mamy niewielkie szanse przebojem wedrzeć się do wielkiego świata sportów motocyklowych. I nie ma znaczenia, czy mówimy o wyścigach drogowych, crossie czy trialu.

Organizowane są więc stojące na średnim poziomie imprezy na średnio przygotowanych obiektach, w dodatku przy proporcjonalnie średnim wsparciu mediów. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że z tak przygotowywanego ciasta dobry chleb nie wyrośnie. Mówiąc prościej, szanse na szczepienie idei sportów motocyklowych wśród najmłodszych są niewielkie. Jak na razie człowiek zajmujący się w Polsce sportem motocyklowym postrzegany jest jako tracący czas i pieniądze szaleniec z wyciętą z mózgu klepką strachu. A przecież znacznie zdrowiej i bezpieczniej (zarówno dla motocyklistów, jak i wszystkich innych uczestników ruchu drogowego) jest realizować sportowe pasje na specjalnie przystosowanych do tego obiektach niż na drogach publicznych. Istnieją przecież różnego rodzaju fundacje i programy rządowe zajmujące się „bezpiecznymi ulicami”. Może w ramach podnoszenia bezpieczeństwa na drogach warto by spróbować zupełnie nowego kierunku? Zamiast załamywać ręce nad pirackimi wyczynami młodych ludzi na ulicach, ograniczać prędkości do absurdalnego stopnia (których nie przestrzegają nawet rowerzyści), angażować kolejne patrole policyjne może warto wysupłać nieco kasy na budowę kilku torów (niekoniecznie asfaltowych), miasteczek ruchu drogowego, wzmocnienie działalności sekcji motocyklowych lokalnych klubów? Taka działalność z pewnością może być formą podnoszenia bezpieczeństwa ruchu drogowego. O ile wiem, znacznie efektywniej jest zapobiegać powstawaniu zjawiska niż leczyć jego skutki. Taka działalność mogłaby być także sposobem na przerwanie zaklętego kręgu: brak imprez = brak widzów = brak mediów = brak imprez itd…

KOMENTARZE


REKLAMA