fbpx
A password will be e-mailed to you.

Współczesny motocykl – zaprogramowany przez komputer, wykonany przez robota, dysponujący większą mocą niż niejedna, podstarzała ciężarówka. Coraz więcej takich maszyn można zobaczyć każdego dnia i nikogo już nie dziwi prędkość maksymalna w granicach 250 km/godz. W narzuconym przez japoński przemysł szalonym wyścigu za szybkością i mocą, coraz bardziej z tyłu zaczęła zostawać najważniejsza składowa część motocykla – człowiek.

Bez niego najszybszy nawet pojazd jest bezużytecznym, martwym przedmiotem. Pierwsi zauważyli to Amerykanie. Wyścig z Japończykami przestał ich interesować, mają swojego Harleya, a on ma duszę i jak bardzo jest ona ważna, mogą powiedzieć tysiące harleyowców na całym świecie. Nie dali się zwariować Niemcy – do dziś produkują niezawodne boksery i wszyscy wiedzą, że na BMW nie jeździ byle kto, chociaż nie są to motocykle najszybsze i najtańsze. Anglicy wskrzesili Triumpha, motocykl o wspaniałej przeszłości. Nie poddali się Włosi (gdy słychać jadące Moto Guzzi, od razu wiadomo, że to nie „japończyk”).Wszystkie te firmy łączy wspólna cecha – mają historię tworzoną od kilkudziesięciu lat, od pionierskich czasów, w których nikt jeszcze nie wiedział, że „rzędowa czwórka w poprzek” jest najlepsza. Z każdym pojazdem związana jest jego historia, niekiedy znana od a do z (jeśli właścicielem był ktoś sławny), a czasami ginąca w zapomnieniu. Lecz zawsze tym ciekawsza, im jest on starszy. Wzajemne przeplatanie się losów motocykla i człowieka sprawia, że pojazd staje się czymś więcej niż bezduszną maszyną.

Z pamiętnika

Mam 74 lata, urodziłem się – przepraszam, zostałem zrobiony w Londynie w 1919 roku. Mój ojciec, a właściwie konstruktor nazywał się Cecil Downer-Groves, więc ja nazywam się tak samo, chociaż nieco krócej – C.D.G. Na imię mam Tandem.

Cecil był niezwykłym człowiekiem. Urodził się na Jamajce w 1880 roku i od najwcześniejszych lat w jego głowie powstawały przedziwne pomysły. Owocem jednego z nich jestem właśnie ja, ale zanim mnie stworzył, próbował wielu rzeczy. Wymyślił maszynę do badania wytrzymałości skrzydeł i kadłubów samolotów, a było to podczas I wojny światowej. W spokojniejszych czasach zajmował się przyjemniejszymi urządzeniami. Zrobił nawet automat do sprzedawania czekolady!

Nie znam nikogo, kto wymyśliłby tak wiele urządzeń jak on. Większość z nich opatentował, ale talentu do robienia pieniędzy nie miał. Aby utrzymać się przy życiu, zmuszony był nawet grać w filmach propagandowych podczas wojny. Wojna się skończyła, a wraz z nią praca w wytwórni filmowej. Postanowił więc produkować baterie elektryczne. Gotowe baterie dostarczał osobiście do sklepów.

Symbole minionej epoki – pneumatyczny sygnał i acetylenowa lampa. Prawa ręka kierowcy obsługuje aż sześć dźwigni. Najwyższa (w kształcie krótkiej łopatki) – sprzęgło, po kolei w dół – odprężnik, przyspieszenie zapłonu, skład mieszanki, gaz oraz hamulec.

Aby nie nosić ich na plecach, skonstruował rower z wózkiem bocznym! Taki środek transportu też nie był zbyt wygodny, szybko więc dobudował do niego silnik własnej konstrukcji. Całość była bardzo udana i działała niezawodnie. Zachęcony sukcesem postanowił zbudować motocykl, czyli mnie! Potrzebny mu bylem, aby mógł wraz z żoną i małą córeczką jeździć w weekendy na wieś. Ja też wolę podróże niż siedzieć w niedzielę w Londynie.

Żwawo zabrał się do pracy i, jak to było w jego zwyczaju, wszystko postanowił zrobić bez niczyjej pomocy. Wyobrażacie to sobie! Sam odlewał blok silnika, sam krępował obręcze kół, sam lutował ramę. Ba! – nawet gaźnik sam wyrzeźbił!

Motor z drewna

Z tym rzeźbieniem to było dokładnie tak, że zanim powstały wszystkie moje elementy, Cecil wykonywał ich modele z drewna. Gdy taki drewniany pierwowzór był gotowy i dopasowany do pozostałych części, robił go z metalu. W ten sposób powstałem. Punktem honoru Cecila było – nic nie kupować.

I doprawdy udało mu się to. Prawie załamał się przy iskrowniku, ale w końcu dostał od kogoś używany, ale bardzo dobry, firmy E.I.C. i jest to jedyna rzecz oprócz opon i linek, której nie wyprodukował samodzielnie. Na linki wymyślił szalony sposób. Nieopodal było lotnisko, na którym stały samoloty. Cecil wraz z pięcioletnią córeczką Mary wybrał się niby na spacer, a w kieszeni trzymał ukryte kleszcze. Przerzucił Mary oraz kleszcze przez ogrodzenie lotniska, a sam pilnował, czy nikt nie idzie. Po kilkunastu minutach dziewczynka wróciła trzymając w rączce pęk strun, które przed chwilą jeszcze były odciągami skrzydeł samolotów…

Aby uruchomić silnik, należy pedałować jadąc jak na rowerze. W pokonaniu oporów sprężania pomaga widoczny nad głowicą odprężnik.

W końcu nadszedł dzień, kiedy pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę. Z przodu siedział Cecil, za nim jego żona (nie była zbyt lekka), a na bagażniku w specjalnym siodełku mała Mary, którą ojciec przypinał paskiem, aby ze mnie nie spadła. Podczas tankowania ojciec zsiadał, zsiadała matka, a małą przypiętą paskiem zostawiano na siodełku.

Ależ ona wrzeszczała, gdy Cecil szarpał mną z całej siły, aby benzyna i olej w zbiorniku dobrze się wymieszały. Tak, tak – to były wspaniałe czasy. Niezapomniane 20 lat, przez które wiernie służyłem memu panu i naprawdę niezbyt często musiał mnie naprawiać.

Pożegnanie

Nadeszła II wojna, skończyły się wycieczki na wieś, skończyła się moja służba. A po wojnie to już nie było to samo. Cecil kupił sobie Matchlessa, młodszego, szybszego i silniejszego ode mnie. Jak ja nie lubię Matchlessów! Nagle znalazłem się w drewnianej komórce i tylko przez szpary w deskach docierały do mnie wieści ze świata.

Mijały lata. Fakt, zajrzał czasami i Cecil, patrzył na mnie i jakby coś wspominał, o czymś dumał. Staruszek pożegnał się ze światem w 1970 roku (jeśli mnie pamięć nie myli). Żegnaj, szalona głowo – pionierze motocyklizmu. Dzięki takim jak ty, dzisiejsze motocykle są tak wspaniałe.

Pewnego dnia zjawili się jacyś nieznani mi ludzie. Przez chwilę oglądali mnie dokładnie i rozmawiali o czymś, z czego zrozumiałem tylko jedno – muzeum. Nie życzę żadnemu motocyklowi, aby się tam kiedyś znalazł. Niby sucho, niby ciepło, ale zamiast pachnących pól i wiatru, tylko tłumy ludzi, z których mało kto wie, gdzie motocykl ma przód, a gdzie tył.

Pod aluminiową pokrywą znajduje się nieskomplikowane sprzęgło, łapiące szczękami za pas napędowy. Widoczne segmenty pasa połączone są ze sobą stalowymi złączkami. Stosując specjalny klucz, w ciągu kilku minut można wymienić uszkodzone ogniwo na nowe.

Zapakowano mnie na ciężarówkę i zawieziono do dużego magazynu, w którym było już pełno wehikułów takich jak ja. Przykryty kurzem wspominałem minione czasy marząc, aby choć raz jeszcze popędzić przed siebie szosą! Aż nadszedł dzień, w którym znów wstąpiła we mnie nadzieja. Nici z muzeum – jesteśmy na sprzedaż! Pojazdów w magazynie zaczęło ubywać, w końcu zostałem już tylko ja.

Niedobrze! Nikt nie chce takiego dziwoląga. Nic dziwnego – dwie kierownice, dwie pary pedałów, dwusuwowy silnik o pojemności 285 cm. Jakież było moje zdumienie, gdy przyszedł w końcu ktoś, kto pokazał mnie palcem i powiedział: chcę mieć ten motocykl. Mój nowy właściciel nazywał się Terry Martin i gdy tylko go zobaczyłem, wiedziałem, że przejadę jeszcze setki mil. Nie pomyliłem się! Od tego czasu brałem udział w wielu rajdach, nawet w Holandii i Francji.

Urodzony raz jeszcze

Terry postanowił poznać moją historię, ale niestety poprzedni właściciel zmarł i zerwała się w ten sposób jedyna nić, po której można było trafić do córki Cecila, osoby, która mogła o mnie coś powiedzieć. Terry zamieścił więc list w czasopiśmie motocyklowym z prośbą o pomoc w zdobyciu informacji na mój temat. Jedyna wskazówka, którą się kierował, to splecione literki C.D.G., umieszczone przez Cecila na każdym wykonanym przez niego detalu.

Odpowiedział któregoś dnia zbieracz motocyklowych dowodów ubezpieczeń, tzw. licencji (każdy angielski motocykl ma taką licencję w specjalnym, okrągłym uchwycie przy zawieszeniu lub na kierownicy). Podarował Terry’emu moją licencję z 1924 roku, na której była nazwa dzielnicy Londynu, gdzie mieszkał Cecil. Kilka dni, straconych przez Terry’ego na wertowaniu ksiąg administracyjnych, zaowocowało odnalezieniem poszukiwanego adresu.

Tandem C.D.G. wyposażony jest w dwusuwowy silnik o pojemności 285 cm, napędzający tylne koło pasem. Skrzyni biegów konstruktor nie przewidział. Jego pomysłowość była zadziwiająca – wspornik biegnący od tylnego siodła do osi koła wykonany jest, w górnej części, z pedałów rowerowych.

To był wielki dzień, kiedy pojechaliśmy w me rodzinne strony. Ta sama ulica, ten sam dom, to samo podwórko, na którym zawsze stawiał mnie Cecil. Drzwi otworzyła starsza pani. To Mary! Widząc mnie, rozpłakała się ze wzruszenia. Myślała, że już przestałem istnieć. Szybko zaprowadziła Terry’ego do pracowni ojca. Wszystko było na swoim miejscu, jakby konstruktor tylko wyszedł na chwilę – drewniane modele na pólkach, rysunki na ścianach.

Opowiedziała o linkach obcinanych z samolotów, o katuszach, jakie przeżywała przypięta paskiem do siodełka… Niestety, niedługo po naszej wizycie Mary zmarła. Co roku, na Boże Narodzenie, dostajemy kartkę z życzeniami od córki Mary.

Tandem C.D.G.

KOMENTARZE