fbpx

Lata zatęchłego komunizmu i racjonowania podstawowych produktów należą do przeszłości. Każdy, kto dysponuje odpowiednimi środkami, może dziś kupić cysternę benzyny, zbudować pałac z paczek cukru albo ułożyć autostradę z papieru toaletowego. W celu nabycia Yamahy WR 250F trzeba jednak zapisać się na listę społeczną, a później grzecznie poczekać, bo fabryka nie nadąża z zamówieniami. Co […]

Lata zatęchłego komunizmu i racjonowania podstawowych produktów należą do przeszłości. Każdy, kto dysponuje odpowiednimi środkami, może dziś kupić cysternę benzyny, zbudować pałac z paczek cukru albo ułożyć autostradę z papieru toaletowego. W celu nabycia Yamahy WR 250F trzeba jednak zapisać się na listę społeczną, a później grzecznie poczekać, bo fabryka nie nadąża z zamówieniami. Co sprawia, że jest warta aż takiego zachodu przypominającego raczej wschodnie praktyki (przy całym szacunku dla dalekowschodniego rodowodu Yamahy)? W rozwiązaniu tej zagadki pomogli Wojtek Szczepański Jr. i Karol Kędzierski. Są zawodnikami zespołu Yamaha-Castrol Racing, startują w mistrzostwach Polski w motocrossie i w enduro.


REKLAMA

Ziu-ziu-ziu

Udostępniony przez Wojtka motocykl testowy to już trzecia niebieska czterosuwowa „250” goszcząca w jego garażu. Zboczenie? Być może, ale dopiero teraz zwieńczone orgazmem. A to za sprawą elektrycznego rozrusznika obecnego w „Wuerce” od tego roku. Brak tzw. ziu-ziu-ziu doskwierał zarówno amatorom, jak i zawodowcom. Japończycy wreszcie dostosowali się do poziomu wyznaczonego przez Austriaków z KTM-a. Żadnego kopania, tylko wciśnij i jedź. Przez cały dzień trwania testu magiczny guzik działał bez zarzutu. Już na pierwszy rzut oka widać, że ergonomia zasługuje na wysokie noty. Po zajęciu miejsca za sterami uwagę zwraca wąska talia motocykla zwieńczona płaską kanapą i brak wielbłądziego garbu w okolicach zbiornika paliwa. Trudno tu mówić o zestawie przyrządów, bo firma spod znaku trzech kamertonów tradycyjnie wyposaża swoje topowe modele enduro jedynie w licznik przebiegu. Wszystkie dźwignie są pod ręką, a ich obsługa odbywa się intuicyjnie. Przydatnym patentem jest łatwo dostępne pokrętło regulacji sprzęgła.

Bez hardcoru, proszę!

W nowym modelu zmieniono charakterystykę zawieszenia. Tył zachowuje się aksamitnie, precyzyjnie wybierając małe i średnie dziury. Drobne komplikacje zaczynają się dopiero przy szturmowaniu piaszczystych jam. Wtedy okazuje się, że sprężyna tylnego teleskopu mogłaby być trochę twardsza. To akurat cecha widelca. Przy jego strojeniu inżynierowie Kayaby zapatrzyli się w crossową siostrę YZ 250F. Mimo to posłuszeństwo na prostej jest wzorowe, a do wyprowadzenia WR 250F z równowagi potrzeba szczególnego okrucieństwa. Podczas skoków na torze motocrossowym tylny amortyzator potrafi dobić. Przy hardcorowych aspiracjach użytkownika potwierdza to konieczność wysłania seryjnej sprężyny na przymusowy urlop w kąt warsztatu. Nagroda należy się z kolei hamulcom za ich skuteczność i łatwość dozowania. Prym wiedzie tu tylna tarcza, bo do specyficznego działania przedniego hamulca trzeba się przyzwyczaić.

Niepozorna torpeda

Wojtek zdecydował, że od razu trzeba wyrzucić przypominającą suszarkę seryjną końcówkę wydechu. Prawda, nawet ogiery Variselli ze skrępowanymi kopytami są jedynie kosztownymi mułami. Miejsce grzecznego, legalnego tłumika zajął odpowiednik z YZ 250F. Pracuje dużo głośniej, ale zapewnia swobodny przepływ spalin. Dzięki temu dodaje parę kucyków i uwalnia potencjał drzemiący w ćwierćlitrowym singlu. Ten ochoczo reaguje na każde muśnięcie gazu. Obce są mu typowe dla większych czterosuwów czknięcia. Hamowanie silnikiem… hmm… zaraz, zaraz, chyba było. Ciężko zwrócić na to uwagę, bo Yamaha zachowuje się wyjątkowo potulnie. Na tyle łagodnie, na ile stać torpedę. Moc ma tu kartę stałego klienta. Oczywiście cały czas trzeba pamiętać, że dosiadamy najmniejszego z wyczynowych czterosuwów enduro. Przesiadka np. z Yamahy WR 450F może na początku rozczarować.

 

Z kolei użytkownicy dwusuwowych „125” będą mile zaskoczeni. Dolny i średni zakres obrotów porażają siłą i płynnością. Maniacy czerwonego pola będą narzekać na lekki deficyt w górnych partiach. Metoda na efektywne (nie efektowne) przemieszczanie się WR 250F to „bieg wyżej, bieg wyżej”. Sprzyja temu wybornie zestopniowana skrzynia biegów, z wartością przełożeń dobraną do charakteru tras rajdowych.

Lekko, łatwo i przyjemnie

Dawniej profesjonalne czterosuwy do enduro uznawano za ciężkie i humorzaste. Nowa Yamaha WR 250F ostatecznie zrywa z tym stereotypem. Masa motocykla ledwo przekracza 100 kg, co stanowi optymalny wynik na dzień dzisiejszy. Po prostu podczas nawet ostrej jazdy w ciężkim terenie nie czuje się masy maszyny. W mieście tym bardziej, gdzie zwinna błękitna Azjatka uwija się dzielnie między samochodami, śmiejąc się w twarz dziurom, schodom i krawężnikom. Dostępny u importera zestaw homologacyjny (kierunkowskazy, lusterka itp.) pozwala przy spotkaniu ze stróżami prawa wymieniać jedynie darmowe uprzejmości. Następną modyfikacją poprawiającą łatwość obsługi w tym modelu może być chyba tylko uruchamianie za pomocą komendy głosowej. Zastosowane patenty, takie jak automatyczny dekompresator, solidny podnóżek czy łatwo wymienialny filtr powietrza, sprawiają, że z 250F przez cały rok trwa 1. czerwca.

Czy leci z nami pilot?

„Bóg mi wybaczy, to jego fach” – te słowa wypowiedział poeta Heinrich Heine. Zadanie Yamahy WR 250F polega natomiast na ciągłym tolerowaniu błędów czy braków w wyszkoleniu jeźdźca. Jeżeli tylko jej się nie przeszkadza, to mała „Wuerka” jedzie sama. Łagodna charakterystyka silnika, wyśmienite podwozie, no i ten cudowny guzik czynią z WR 250F jeden z najprzyjemniejszych motocykli terenowych na rynku. A jeśli jesteś naprawdę zuchwały, to wywalczysz nim sporo złota!

KOMENTARZE


REKLAMA