fbpx

Poćwiczyć na torze, ?machnąć? od niechcenia  1200 kilometrów, przeciąć najwyższe, europejskie  przełęcze, przejechać Europę od morza do morza – tę przygodę mogliśmy przeżyć dzięki motocyklowi  uniwersalnemu, jakim jest Yamaha XJR.

Do ubiegłorocznej, letniej przygody wracam wspomnieniami tym chętniej, że jej częścią był udział w europejskim zlocie Yamahy XJR – Eurofest. Lecz wróćmy do przygody minionego lata, kiedy XJR 1300 pokonałem alpejskie przełęcze, objechałem wybrzeże Morza Liguryjskiego, Monte Carlo, „obleciałem” południe Francji, by na końcu zawitać na zlot XJR do Holandii.


REKLAMA

Do domu wróciłem szczęśliwie z workiem pełnym niezapomnianych wrażeń. A wspomnienie tej przygody to tylko malutki fragment 10-dniowej wyprawy, która dzięki temu klasycznemu motocyklowi stała się niezapomniana.

Przygoda na torze

Wyprawa zaczęła się 12 czerwca ubiegłego roku, kiedy obładowani po uszy (bo przed nami były dwa tygodnie w siodle) stawiliśmy się w Poznaniu na Platinum Yamaha Street Experience. Plan był następujący: dwa dni zorganizowanych przez Yamahę ćwiczeń na Torze Poznań pod okiem fachowców, później objazd Szwajcarii i szeroko rozumianych okolic, tak by dotrzeć na poniedziałek 20 czerwca do Holandii, na czwarty już europejski zlot właścicieli XJR – Eurofest.

W Poznaniu, do mnie i Zeli, drugiego bohatera tego tekstu, dołączyli Paweł, Maciek oraz Staniu. Na torze panowała wyśmienita atmosfera motocyklowego pikniku. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Między jazdami można było podziwiać motocykle profesjonalnie przygotowane do jazdy torowej. Instruktorzy byli niezwykle uprzejmi, skorzy do udzielania rad takim nowicjuszom torowym jak ja.

Nasze motocykle sprawiły się rewelacyjnie. Nie ma co ukrywać, nie są to torowe przecinaki, jednak całkiem nieźle dawały sobie radę. Opony mieliśmy typowo turystyczne. Jak się później okazało, na torze nieźle oberwały. Po dwóch dniach przedniej zabawy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni, usiedliśmy do planowania dalszej podróży.

Ostrożnie, bo zarekwirują!

Za cel postawiliśmy sobie przejazd dziesięcioma najwyższymi, szwajcarskimi przełęczami drogowymi. Nie zwlekając, w środę o ósmej rano byliśmy już w siodłach. Jechaliśmy w stronę granicy z Niemcami, by po tamtejszych, darmowych autostradach jeszcze tego samego dnia dotrzeć do naszego celu – kempingu nad olśniewającym jeziorem Walensee.

Plan zrealizowaliśmy. Tysiąc dwieście kilometrów udało się „machnąć” na raz i jeszcze za dnia zdążyliśmy rozbić namioty! Szwajcaria to z punktu widzenia motocyklisty kraj pełen kontrastów. Z jednej strony mamy tam wspaniałe drogi i fenomenalne trasy widokowe, z drugiej zaś całkowitą loterię pogodową i bardzo restrykcyjne przepisy ruchu drogowego. Potrafią one doprowadzić człowieka do załamania nerwowego.

Po pierwszym dniu przepisowej jazdy, w drugim już nie daliśmy rady wlec się (odpowiednio do obszaru – zabudowanego i niezabudowanego) 40 i 80 km/h i zaczęliśmy jeździć „po swojemu”. Jak się okazało, mieliśmy bardzo dużo szczęścia. Znajomy Holender na szwajcarskiej krajówce za przekroczenie prędkości o 44 km/h dostał mandat w wysokości 1000 franków, a na dodatek policja zatrzymała jego motocykl. Mógł go odebrać dopiero poza granicami Szwajcarii. Masakra!

W tym kraju spędziliśmy pełne dwa dni i objechaliśmy go dookoła. Wystarczy.

Czas na Włochy

Choć początkowo planowaliśmy zostać w kraju czekolady jeszcze jeden dzień, ubiegłoroczne, deszczowe w całej Europie lato zmusiło nas do zmiany planów. Tak się jednak rozpadało, że po zjechaniu z przełęczy św. Gotarda postanowiliśmy porządnie wysuszyć ciuchy. I tak znaleźliśmy się na kempingu w przepięknie położonej (z jednej strony góry, z drugiej morze) Genui. Tu szybkie zwiedzanie plaży i decyzja: jedziemy do Monte Carlo!

Na motocyklach załadowanych niczym wielbłądy zrobiliśmy tego dnia tylko około 160 km, co – w porównaniu z wyczynami z ostatnich dni – nie było szczególnym osiągnięciem. Jednak trasa wiodąca wybrzeżem Morza Liguryjskiego była tak malownicza, że nikt nikogo nie poganiał. Z jednej strony góry, z drugiej morze, a w środku droga jak bulwar.

W samym Monako przepych wylewał się na każdym kroku. Wystarczy powiedzieć, że na postoju taksówek stały najnowsze Mercedesy AMG.

Tour de France

Po zwiedzeniu Monte Carlo udało nam się znaleźć bardzo ładnie usytuowany kemping w okolicach Gilette, na północ od Nicei. Piękny, górzysty teren, wspaniała pogoda i te drogi!

Południe Francji to prawdziwy raj dla motocyklistów. Bardzo przyczepny asfalt, perfekcyjnie wyprofilowane zakręty, imponujące widoki oraz niezwykła uprzejmość kierowców samochodów. Na serpentynach kilkakrotnie zdarzyło się nam, że prowadzący samochody zatrzymywali się, żebyśmy mogli bezpiecznie ich wyprzedzić.

W końcu, po tygodniu kręcenia się głównie górskimi szlakami, czując, że czas nas goni, ruszyliśmy w drogę do drugiego celu wyprawy. Przed nami było 1300 kilometrów, w tym jakieś 300 km w mocno górzystym terenie – taki mały Tour de France, tylko na północ. Znów mocno przemoczeni (przynajmniej jeśli chodzi o mnie, bo Zeli podobno tylko mały palec w rękawiczce przesiąkł) dotarliśmy do Zeewolde w Holandii.

Zjazd perełek

Na miejscu niezwykle ucieszył nas widok sporej jak zwykle grupy przedstawicieli naszego Yamaha XJR Club.

W Holandii można było podziwiać prawdziwe perełki Yamahy XJR z całej Europy. Najliczniejsi fani przybyli z Anglii, Niemiec, Chorwacji, Italii, Holandii i oczywiście z Polski. Łącznie było ponad sto motocykli.

Kraj wiatraków dla motocykli nadaje się jak Ebi Smolarek do Barcelony. Długie proste, duży ruch, co chwilę leje, a boczne drogi są wąskie i z pierwszeństwem przejazdu rowerów. Dlatego dzięki uprzejmości jednego z naszych kolegów, który z powodu awarii motocykla na Eurofest przyjechał samochodem, sporą część tego kraju oglądaliśmy zza szyby jego „puszki”.

Kierunek dom

W piątek rano dużą bandą wyjechaliśmy z Holandii. W okolicach niemieckiego Magdeburga podzieliliśmy się na dwie grupy – jedna zmierzała w kierunku Berlina, druga – Zgorzelca, skąd bliżej na południe Polski. Na raz zrobiliśmy skok liczący blisko 1100 km!

Nasze motocykle zachowywały się wzorowo na całym dystansie. Nie kaprysiły i jedyne, czego potrzebowały, to stacji paliw co około 250 km. Nie mogło być inaczej. Przecież to prawdziwe Universal Japanese Motorcycles. W tym roku przynajmniej na Eurofest, odbywający się na Kaszubach, będziemy mieć dużo bliżej.

Tekst Mariusz Kwiecień | Zdjęcia Sławomir Zelewski, Mariusz Kwiecień

Publikacja w numerze 6/2012 Świata Motocykli

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
Dealerzy marki Horex w Niemczech, Austrii i Szwajcarii otrzymają w…
Podczas wielkiego finału Mistrzostw Ameryki AMA Endurocross 2012 w Las…