Podczas wyprawy Wagadugu Ernest Jóźwik, który podróżuje już samotnie, zatrzymał się na trzy dni w Kraju Dogonów w Mali. Dziś druga część jego opowieści.

Czwarta rano, budzą mnie muzułmańskie nawoływania do modlitwy. To dobrze, bo jest wspaniałe rześkie powietrze, a ja mam jeszcze dwie godziny, by pogapić się w jeszcze wspanialsze niż wieczorem niebo.


REKLAMA

Mój przewodnik zabiera mnie na sam szczyt urwiska Bandiagara, na ośmiogodzinny treking przez leżące nad Krajem Dogonów urwisko.

Kraj Dogonów to kraina w Mali, położona u stóp potężnego uskoku zwanego Bandiagara. Kilkanaście wiosek z których większość prawie styka się granicami. Co je dzieli? Na pewno studnie. Każda wioska ma jedną, te większe, bogatsze – dwie. Wspólny telewizor, w większych wioskach jest ich kilka. Podłączone do generatora raz na jakiś czas pozwalają obejrzeć film czy wspólnie przeżyć jakieś widowisko sportowe.

Motocykle, motorowery i osły

Wioski są połączone piaszczystą wąską dróżką wiodącą wśród pól. Uprawia się tu m.in. milet. Widywałem także przeróżne zboża, cebulę, paprykę i inne warzywa. Jest targ odbywający się raz w tygodniu, w niedzielę, mniej więcej w połowie długości urwiska.

Ludzie mieszkająw chatkach, bo trudno je nazwać domami czy budynkami, z gliny i słomy, miejscami tylko wzmocnione drewnianymi kijami. Oczywiście wszystko przemyślane tak, że stoi dziesiątki lat albo i dłużej. Spałem na dachu takiego budynku. Czułem, że nie ma to sztywności betonowego stropu, całość wyraźnie uginała się pod moim ciężarem. Na dachach suszy się także plony, pranie, rozkłada baterie słoneczne, by naładować na długą, bo trwającą 12 godzin noc akumulatory do zasilania żarówek czy radia.

Mój pobyt trwał trzy dni i nie zauważyłem tam żadnego samochodu. Transport odbywa się tylko motocyklami i motorowerami lub zaprzęgami – głównie z wykorzystaniem osłów. Kuchnie gazowe, odkąd zniknęli turyści, stoją nieużywane, bo ludzie nie mają pieniędzy by napełnić butle. Nie wymienia się ich na nowe, jak u nas, tylko co jakiś czas przyjeżdża samochód z gazem, z wagą i sprzedaje tyle kilogramów, ile kupujący potrzebuje.

Teraz wszystko przygotowuje się w ognisku, nad ogniskiem lub na specjalnych paleniskach. Te ostatnie opala się węglem drzewnym, który kupuje się w sklepie, a którego Mali jest znaczącym producentem.

Miejsce trzech religii

Ogólnie – cisza, spokój, rano dzieci idą do szkoły, dorośli wyganiają bydło na pastwiska, a sami idą na pole. Jest spawarka i człowiek, który ją obsługuje, są psy, koty. Mnóstwo ludzi wyplata kosze, inni zajmują się rzeźbiarstwem czy inną sztuką ludową. Większość na sprzedaż, tylko komu…

W sąsiedztwie mieszkają wyznawcy trzech religii. W przewadze są muzułmanie, których nawoływania do modlitwy o czwartej rano budziły mnie donośnym echem i pozwalały obserwować poranne, pełne gwiazd niebo. Są animiści, których wioskę odwiedziłem, i jeszcze jedno wyznanie, którego nazwy nie udało mi się zapamiętać.

Gotujemy spaghetti

Zaznałem tam wiele przyjaźni. Dogonowie to wspaniali, otwarci ludzie. Bardzo chętnie opowiadają o swojej historii, o sobie, pokazują, jak żyją. W zamian za to wszystko, za to jak się tam czułem, za to jak mnie traktowali zaproponowałem, że zrobimy sobie wspólnie spaghetti. Na mój koszt. Wysupłałem więc niewielką sumę pieniędzy, wręczyłem ją jednemu z poznanych mieszkańców wioski Ende i Baba popędził dwie wioski dalej po makaron, trzy wioski dalej po mięso, przyprawy, cukier i herbatę.

Wrócił po około 45 minutach, a my w tym czasie przygotowaliśmy palenisko. W zasadzie to ja leżałem gdyż Boubacar nie pozwolił mi dotknąć niczego więcej niż aparatu – w końcu ja tam byłem gościem. Nastawił wodę, mył naczynia, a mnie co chwila polewał tylko zimną wodą ze studni bo wiedział, że to lubię.

Genialni ludzie! Gdy tylko zauważyli, że mój twardy, niezwykle niewygodny leżak zaczął wystawać na słońce, wyganiali mnie z niego i przestawiali w cień, a jeśli nie było to możliwe, przenosiliśmy się z całym majdanem w inne miejsce, po to tylko, bym mógł obserwować jak gotują. Wiedzieli, że jestem tego bardzo ciekawy.

A jak smakowało – nie wiem, jak mięso, bo nie przepadam, zjadłem tylko makaron z sosem. Pikantne, mocno ziołowe, specyficzne. Nie było to spaghetti bolonese ale miski zostały wyczyszczone przez moich nowych przyjaciół i ich znajomych w ciągu kilku minut.

Afrykańska herbata

Tuż przed odjazdem zauważyłem lokalnego artystę, który zaczynał coś malować na płótnie. Spytałem go (przypominam, że cały czas porozumiewamy się na migi, bawiąc się w kalambury, rysując na piasku lub łamaną angielszczyzną) czy ma jakąś koncepcję. Starał się wytłumaczyć mi, co to będzie. Pomysł spodobał mi się i już po chwili negocjowałem z nim cenę, bowiem z każdego wyjazdu staram sobie przywieźć coś, co będzie mi się kojarzyło z jakąś osobą, miejscem, przygodą. Tym razem dane mi było wziąć udział w przygotowaniu barwników i tworzeniu dzieła.

Gdy skończył już proste wzorki, zostawiłem mego artystę i poszedłem dalej delektować się afrykańską herbatą. Dogonowie parzą ją w małym czajniczku, po czym do dużej ilości cukru w filiżance wlewają napar i przelewają z powrotem do czajniczka. Taka procedura, już bez dosypywania cukru trwa kilka minut, podczas których napój herbaciany traci temperaturę, a zyskuje dużo piany.

Podobno prawdziwy mężczyzna musi wypić trzy czajniczki naparu z tej samej herbaty. Pierwszy jest wybitnie mocny, drugi jest mocny, a dopiero ten ostatni w swojej intensywności podobny do naszej tradycyjnej herbaty.

Udało mi się, oczywiście wspólnie z moimi gospodarzami wypić te trzy czajniczki, co trwało na tyle długo, że moja pamiątka zdążyła wyschnąć.

Wyjechałem biedniejszy o kilka euro, za to bogatszy o nowe znajomości, nowe doznania, o wiedzę i o wiarę w ludzi!

KOMENTARZE


REKLAMA