Istnieją różne odmiany motocyklistów. Od ekstremalnych sportowców, długodystansowych wyprawowców, poprzez kamizelkowych klubowiczów, kończąc na indywidualnych turystach-amatorach. Wydaje się, że ta ostatnia grupa jest najliczniejsza. To głównie z myślą o nich ADVPoland konstruuje swoje wycieczki niemal po całym świecie. Pojechaliśmy na jedną z nich – do Portugalii.

Nie ma się czego obawiać! Na wyprawie ma być lajtowo, przyjemnie i komfortowo. Kiedy postanowiłem przedłużyć sobie turystyczny sezon i w połowie września skoczyć w cieplejsze rejony Europy, nie wahałem się długo i wybrałem Portugalię z tym właśnie organizatorem. Chłopaków z ADVPoland zdążyłem poznać już kilka lat temu, podczas wspólnego wypadu do Maroka i wiedziałem, że lipy nie będzie.


REKLAMA

Bez obaw!

Portugalskie klimaty kojarzą mi się jednak ze znacznym wysiłkiem, bowiem wszystkie wcześniejsze wyjazdy w tamtym kierunku to były 1-, 2-dniowe testy motocykli, podczas których trzeba było nawinąć 200-300 km (przeważnie jednego dnia) po górskich serpentynach. Niby fajnie, a jednak z relaksem nie ma to wiele wspólnego. Prędzej już ze sporymi dawkami adrenaliny i wylewanego potu. Dwa takie dni mogę jeszcze znieść, ale ponad tydzień? To już nie pachnie luksusowymi wakacjami!

Tour de Portugalia

Gdy podzieliłem się moimi obawami z Piotrem Wyderką, właścicielem przedsiębiorstwa podróżniczego, trochę mnie wyśmiał: „Przecież sam wiesz, jakie są nasze wyjazdy – trasy dostosowane do możliwości przeciętnego motocyklisty. Żadnych off-roadów, wyścigów i maratońskich dystansów. Nie ma się czego bać – dasz radę!” Skoro tak – to tak, zaufałem Piotrkowi i jadę!

Nie da się zgubić

Południe Europy to motocyklowy raj. Nie tylko ze względu na infrastrukturę drogową, fantastyczne  krajobrazy, niezłą kuchnię, ale także warunki pogodowe. U nas ostatnio klimatycznie się też jakby poprawiło, ale kto to wie na jak długo? Jeżeli dysponujesz z trudem uścibolonym urlopem we wrześniu i nie chcesz ryzykować spotkania z zimną i szarą rzeczywistością północno-wschodniej Europy, polecam południe. Chorwacja, Grecja czy Hiszpania – to kierunki mocno eksploatowane przez naszych turystów, Portugalia, nie wiedzieć czemu, nieco mniej. A przecież to tak samo fajny kraj, a przez to, że mniej odwiedzany, może nawet fajniejszy. Jak wykazała późniejsza praktyka, ruch kołowy na drogach był niewielki, a asfalty i winkle – niezgorsze.

Bazą wypadową ADVPoland w kierunkach Maroko, Hiszpania i Portugalia jest zawsze Malaga i  przyjemny hotel Jasmine z prawidłowo działającą klimatyzacją. To akurat bardzo istotna sprawa, bowiem w połowie września potrafią tu panować upały, do których nie jestem przyzwyczajony. Przez całą podróż temperatura nie spadła niemal ani razu poniżej 30°C, zdarzało się niekiedy odczuć i 40°C!

Tylko nowe sprzęty!

Tu spotkałem się z ekipą, która „nadlatywała” z różnych kierunków Europy, aby wspólnie eksplorować Portugalię. Wszyscy, jeszcze przed wyjazdem z domu, dostali mailem szczegółowe instrukcje, co należy zabrać ze sobą, czego nie zapomnieć i jak się ubrać. Oczywiście dołączona była także rozpiska każdego dnia wyprawy z podanymi koordynatami GPS ważniejszych punktów.

Tour de Portugalia

Pierwszy dzień przeznaczony była na aklimatyzację, pobranie motocykli i zaznajomienie się z nimi. Flota ADVPoland składa się tylko z nowych (maksymalnie dwuletnich) motocykli BMW GS, z czego zdecydowana większość to wersja 1200. Piotr tłumaczył mi, że po prostu nie opłaca się im ryzykować jakichś awarii czy usterek, spowodowanych dużym przebiegiem maszyn. Ma być miło, bezstresowo, a uczestnicy wycieczki muszą czuć się bezpiecznie. Każdy motocykl wyposażony był w urządzenie GPS z wgranymi kolejnymi etapami, więc wystarczyło odpowiednio zerkać na ekran, żeby się nie zgubić. Oczywiście po drodze kilka razy jakoś zmyliłem drogę, ale finalnie zawsze docierałem do wyznaczonego na dany dzień celu, w dodatku zawsze przed kolacją!

Jak po sznurku

Po chwilach na „rozruch”, spędzonych głównie na plaży i w okolicznych restauracjach, czekał nas pierwszy etap – z Malagi do Zafry. Odcinek 360 km nie był zbyt trudny, bowiem w tym rejonie drogi są dosyć szybkie, ruch umiarkowany, a zakręty łagodne.

Prawdziwy „cornering” zaczynał się dopiero drugiego dnia, po przejeździe przez słynny most Alcantara do parku narodowego Sierra de Estrella. Może trudno w to uwierzyć, ale na dystansie ok. 330 km minęliśmy zaledwie kilkanaście aut, trasa poprowadzona była bowiem mocno lokalnymi drogami.

Tu mała dygresja: mając spore doświadczenie i oblatane chyba wszystkie okoliczne drogi, chłopaki z ADV doskonale wiedzą, co będzie się nam najbardziej podobało. Piękne krajobrazy, wyśmienita pogoda i motocykle – czy można sobie wyobrazić fajniejszy sposób na spędzenie wolnego czasu?

Kolejny etap to niespieszna włóczęga doliną rzeki Duoro, słynną drogą N222, rojącą się od dziesiątek (a może i setek?) kapitalnych zakrętów, zakończona obowiązkową wizytą w Porto i degustacją trunków o tej samej nazwie.

Cud w Fatimie

Dalej trasa wiodła przez Fatimę, półwysep Peniche, zamek Obidos, Cabo Da Roca, aż do stolicy Portugalii. Jednak po drodze spotkała mnie niezbyt miła przygoda. Czy to z powodu nadmiernych upałów, czy zwykłej sklerozy, po wyjeździe z Belmonte zalałem GS-a ropą zamiast benzyną. W starożytnym motocyklu skończyłoby się to jedynie spuszczeniem „ropuchy” ze zbiornika, komór pływakowych  i przeczyszczeniem szczotką drucianą świec. Współczesne BMW to jednak maszyny nowej, elektroniczno-plastikowej generacji i zwyczajnie nie tolerują takich ekstrawagancji.

Tour de Portugalia

Szybkie płukanie całego układu (zbiornik, pompa, wtryski, przewody), przeprowadzone przez naszego nieocenionego kierownika trasy, transportowca i mechanika Pawła spowodowały, że GS jakoś tam pozbierał się do dalszej jazdy, jednak cały czas prychał kichał i szedł na 1,5 cylindra. Gdy kontemplacyjnie zwiedzałem sanktuarium w Fatimie, stał się prawdziwy cud! Krasnoludki w motocyklu wymieniły wtryski i świece na nowe. Od tej pory motocykl znowu szedł jak zły!

Podczas wyjazdu z ADVPoland zawsze można liczyć na szybką i fachową pomoc. Każdy z motocykli ma zainstalowany czujnik GPS, a kierujący “serwisówką” Paweł widzi, gdzie jest każda maszyna, czy nie gubi drogi, lub coś złego się nie przytrafiło. Moja “roponośna awaria” wykryta została natychmiast, na odległość i pomoc dotarła w 10 minut. Wiedząc, że na taką pomoc w trakcie podróży mogę liczyć, nawet specjalnie nie przejmowałem się sytuacją, tylko było mi zwyczajnie wstyd.

Dramatyczny upał

Na Lizbonę ekstrawagancko przeznaczyliśmy cały dzień i aż dwa wieczory. Takie miasto trudno oblecieć w 2-3 godzinki, a jest co zwiedzać. Fantastyczny przewodnik, a jednocześnie ciekawy człowiek przegonił naszą ekipę (tym razem pieszo) w kilkugodzinnym spacerze po najważniejszych zabytkach tego wielokulturowego miasta. Oj, działo się tu przez wieki! Ale chyba największe wrażenie zrobił ponad dwudziestokilometrowy most Vasco da Gama nad ujściem rzeki Tag. Następnego dnia trasa oczywiście wiodła przez ten most i cały czas dziwiłem się w duchu, że “wewnątrz” Portugalii może być aż tak szeroka woda.

Odpoczynek bardzo nam się przydał, bo przez następne dwa dni było do pokonania ponad 800 km przez Porto Covo, Faro, z powrotem do Malagi. Sama trasa okazała się bardzo łatwa, jednak upały panujące po drodze były niemal nie do zniesienia. Skoro tak gorąco jest pod koniec września, to jak okrutnie musi być w tym rejonie na przełomie lipca i sierpnia? Tu sprawdziła się dobra zasada: podczas jazdy w takim upale lepiej mieć szczelnie pozapinane wszystkie ubrania, zamkniętą szybę w kasku i wentylację ograniczoną do minimum. Wewnątrz ciuchów wytwarza się specyficzny „mikroklimat” i człowiek jakoś daje radę. Przy otwartym kasku i rozpiętej kurtce ma się wrażenie, że usiłujesz chłodzić się suszarką do włosów, ustawioną na najwyższą temperaturę. Nikt z ekipy nie dostał na szczęście udaru słonecznego, ani nie zasłabł z odwodnienia czy przegrzania. Ja również w nie najgorszej kondycji zakończyłem tour de Portugal i śmiało mogę potwierdzić słowa Piotra – nie było czego się obawiać!

Vinho branco muito grande, por favor

W sumie z całą ekipą pokonaliśmy ponad 2500 km, niemal cały czas w mocno męczącym upale (termometr „Beemki” wskazywał niekiedy 39,5°C), w ekspresowym tempie zapoznając się z kulturą, zwyczajami i kuchnią portugalską. Chłopaki z ADVPland doskonale wiedziały, którędy poprowadzić trasę, gdzie warto się zatrzymywać, co zwiedzać i co jeść, przy czym przez cały czas wyjazdu nie miałem chwili wrażenia, że jestem gdzieś na siłę ciągany, a przewodnik na siłę usiłuje ustawiać nas w dwuszeregu.

Tour de Portugalia

Podróżując lokalnymi drogami i odwiedzając niewielkie miejscowości w Portugalii trudno jest się porozumieć w jakimkolwiek innym języku niż miejscowy. Jednak już drugiego dnia zorientowałem się, że doskonale opanowałem portugalski i za każdym razem, gdy mówiłem “vinho branco muito grande, por favor” zawsze dostawałem zamówione wino. Przy okazji – wino i oliwa to chyba główne produkty rolnicze tego kraju. Gaje oliwne i winnice ciągną się po horyzont, a na prowincji lokalne wina można kupić na niemal każdej przydrożnej stacji benzynowej w cenach ultraniskich.

A skoro już jesteśmy przy kulinariach, to portugalska kuchnia zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu, niż sąsiedniej Hiszpanii. Może się nie znam, ale zadowolony byłem z faktu,  że nie atakuje mnie z każdej strony paella z owocami morza.

Czemu to lubię?

Wakacyjne wyjazdy motocyklowe można organizować sobie na różne sposoby. Od samotnych wypraw w poprzek stepów Mongolii, poprzez klubowe „balety” w Chorwacji po grupowo-namiotowe eksplorowanie Bieszczad. Próbowałem wszystkich tych opcji i wszystkie były bardzo fajne. Powodzenie wyjazdu zależy bowiem gównie od tego, z jakim nastawieniem jedziesz, jaką masz ekipę i czy nie spotkają was w trasie niemiłe niespodzianki. Jednak, gdy nie masz większego doświadczenia w wyprawach, kolesi, z którymi chciałbyś pojechać, czy zwyczajnie czasu na planowanie i przygotowanie wyprawy, wakacje z ADVPoland są dobrym rozwiązaniem. Chłopaki mają przećwiczone trasy, dobrze przygotowane motocykle i doświadczenie, co zdecydowanie zmniejsza ryzyko porażki. A przecież chodzi o to, żeby na wyjeździe dobrze się bawić, zwiedzać ciekawe miejsca i czuć się bezpiecznie.

Portugalia, to był już mój drugi wyjazd z ekipą i ponownie się nie zawiodłem. Był tylko jeden ryzykowny element całego przedsięwzięcia – towarzystwo. Biorąc udział w grupowym wyjeździe, nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, a jedna czarna owca może skutecznie zepsuć atmosferę. Jednak jak pokazuje praktyka, wszyscy motocykliści nadają chyba na tych samych falach, bo nie zdarzyło mi się jeszcze, abym podczas takiej wyprawy narzekał na towarzystwo. To były rzeczywiście udane, bezstresowe i bezpieczne wakacje.

KOMENTARZE

REKLAMA