fbpx
A password will be e-mailed to you.

Bez doświadczenia w jeździe motocyklem, za to z determinacją i głodem przygód. Tak samotnie wyruszyłam w świat, w pogoni za włoskimi zachodami słońca. Szalony plan ucieczki przed problemami stał się początkiem zupełnie nowego rozdziału mojego życia.

Do zrobienia czegoś naprawdę dużego często potrzebny jest porządny impuls. U kobiet, choć oczywiście nie tylko u nich, bywa nim potrzeba emocjonalnego detoksu po różnych zawirowaniach w życiu osobistym. Część z nas szaleje na zakupach lub zmienia kolor włosów. Ja postawiłam na motocykl, choć wiedziałam, że jako początkującą motocyklistkę czeka mnie nie lada wyzwanie. Od znajomych kupiłam Kawasaki ER-5, a kiedy pierwszy raz go dosiadłam, zapytałam tylko, gdzie się zmienia biegi, aby móc ruszyć. Motocyklowe prawo jazdy zrobiłam kilka lat wcześniej,  w 2012 roku, wtedy jeszcze na 125-tce, więc w zasadzie wszystkiego musiałam nauczyć się od początku. Łagodne ER-5 okazało się dobrym wyborem, przez kilka miesięcy podnosiłam na nim swoje umiejętności, aż wreszcie zamieniłam je na większe i mocniejsze BMW F 900 R.

Advertisement

Kiedy przyszedł kolejny silny impuls w postaci lockdownu i utraty dwóch prac, wiedziałam już, czego chcę. Potrzebowałam odpoczynku i chciałam znów poczuć się wolna. Spakowałam torbę, trochę się przygotowałam, kupując najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak śpiwór i namiot, i pojechałam przed siebie. Od razu zaznaczę, że spakowałam zdecydowanie za dużo bagażu, w związku z czym przez pierwszą godzinę od ruszenia z Warszawy chciałam zawrócić. Czułam się bardzo niepewnie na dużym, mocno obciążonym motocyklu, którym przed wyjazdem zdążyłam zrobić testowo może z 500 kilometrów. Na szczęście na autostradach, gdy jechałam tranzytem na południe, zdołałam się przyzwyczaić. Problem powrócił dopiero na krętych drogach lokalnych, wtedy mocno odczuwałam ciężar bagażu, co przekładało się na niepewność w prowadzeniu maszyny.

Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Ten wyjazd tylko mnie w tym utwierdził

Terne di Saturnia. Relaks w gorących źródłach po długiej podróży to jedna z największych przyjemności

Jako pierwszy cel obrałam sobie północ Włoch i miasto Werona, znane z szekspirowskiego dramatu „Romeo i Julia”. Był to jedyny sztywno zaplanowany przeze mnie punkt tej wycieczki, w związku z zaproszeniem otrzymanym od koleżanki z okazji ukończenia studiów. Nie tylko słynny balkon Julii okazał się wart obejrzenia, miasto ze swoją urzekającą starówką, wciśniętą w zakole rzeki Adygi, wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a na adres kościółka, w którym miała być pochowana Julia, nieszczęśliwie zakochani z całego świata nieustannie przysyłają listy. Po zakończonym zwiedzaniu i wizycie u koleżanki, stanęłam przed wyborem dalszego kierunku wyjazdu. Zdałam się na motto „The best plan is no plan” i odtąd z taką mantrą podążałam przed siebie, podejmując kolejne decyzje z dnia na dzień.

Toskania – cyprysowa kraina uciech

Malownicze, kręte drogi obsadzone szpalerami cyprysów i urokliwe miasteczka położone na wzgórzach są wizytówką jednego z piękniejszych regionów Włoch, a może i całego świata – Toskanii. Nigdy wcześniej nie widziałam tak zachwycających widoków na wzgórzach o zachodzie słońca, a tutejsze winkle są rajem dla każdego motocyklisty. Okolica, w której się zatrzymałam, mocno zapadła mi w pamięć. Wiele tu cienistych gajów i starych winnic, a mijane miasteczka, takie jak Gaiole, Radda czy Castellina in Chianti, pełne są charakterystycznych niskich kamienic. Toskania znana jest nie tylko z pocztówkowych widoków, to również mekka koneserów najwyższej jakości wina.

Wysadzane cyprysami aleje w regionie Chianti są typowe dla tej części Toskanii

Następnie pojechałam do Sieny. Jest to jedno z bardziej znanych toskańskich miast, o typowo turystycznym zabarwieniu. Jego centralnym punktem jest słynny Piazza del Campo, niezwykły plac w kształcie muszli, którego ceglana nawierzchnia opada w dół, w stronę Palazzo Publico, gotyckiego ratusza ze strzelistą wieżą. Plac otaczają nieco mroczne średniowieczne kamienice z ciemnorudej cegły, jednak architektura tego niezwykłego miasta to nie wszystko. Panuje tu interesująca atmosfera – do późnej nocy przesiaduje tu tłum ludzi beztrosko relaksujących się na placu, jedzących lody, czytających książki czy rozmawiających z przyjaciółmi. Spędziłam tam trochę czasu spacerując i robiąc sobie zdjęcia, od czego zaczęła się historia, która mocno wpłynęła na dalszą część wyjazdu.

Na swój instagramowy profil wrzuciłam kilka relacji z lokalizacją, pokazując też, że jestem w trasie sama. Niespodziewanie dostałam propozycję wypicia lampki wina od mężczyzny, którego skojarzyłam, ponieważ spotkaliśmy się jeszcze w Polsce, podczas wybierania ciuchów w sklepie motocyklowym. Jak się okazało, on również wybrał się w samotną podróż motocyklem i „przypadkowo” znalazł się w tym samym mieście, co ja. Takim oto sposobem Witek, zainspirowany moją odwagą, przyjechał za mną i przekonał mnie do kontynuowania podróży razem. Zgodziłam się, stawiając twarde warunki odnośnie nietykalności i jasnych intencji, których udało mu się dotrzymać.

Palazzo Publico, jeden z najbardziej znanych budynków Sieny

Stare włoskie miasta miewają nieco mroczny klimat. Tu jedna z uliczek w pobliżu Piazza del Campo w Sienie

Pierwszym punktem wspólnego etapu podróży były termy. Toskania słynie z  naturalnych gorących źródeł mineralnych, które mają właściwości lecznicze i są darmowe. W miejscowości Bagni San Filippo znajdują się nieco mniej znane termy, było tam znacznie mniej turystów niż w źródłach, do których wybraliśmy się kolejnego dnia. Terme di Saturnia są dwa razy większe, bardziej znane, natomiast ciężej było znaleźć tam miejsca siedzące. Po dwóch dniach relaksu ruszyliśmy do Civitavecchia, portowego miasteczka na wybrzeżu Morza Tyrreńskiego, z którego popłynęliśmy na Sardynię.

Podróżując z Witkiem przekonałam się, jak to jest jeździć z kimś we dwójkę i czuć się bardziej bezpiecznie. Zabrał ode mnie moją 30-kilogramową torbę, więc poprawa prowadzenia mojego motocykla była kolosalna. Jeździłam za nim i naśladowałam jego ruchy, a on uczył mnie, jak lepiej składać się w zakrętach. Dzięki temu poczułam się na motocyklu zdecydowanie pewniej. Pewnego dnia zdarzył się mały incydent, mianowicie podczas jazdy wypadł mi telefon, a Witek zatrzymał auta i niczym rycerz w lśniącej zbroi rzucił się na ratunek. Szybka się stłukła, ale telefon z „owocowym” logo przeżył. Gdyby nie ta akcja, byłabym w totalnie kiepskiej sytuacji, bez telefonu, z dala od domu. Teraz już wiem, że na dłuższą wyprawę warto zabrać ze sobą dwa urządzenia.

Dzika natura w okolicach Alghero po zachodniej stronie Sardynii

Sardynia i Sycylia – dwa różne światy

Wylądowaliśmy na Sardynii, która nie bez powodu nazywana jest rajską wyspą na Morzu Śródziemnym. Skalne wybrzeże, urokliwe plaże i szmaragdowa woda zapierają tu dech w piersi – niestety podobnie jak ceny wszystkiego. Dopłynęliśmy do portu Olbia, po czym od razu ruszyliśmy na północ, by powylegiwać się na plażach w okolicach Palau, otoczonych przez ogromne głazy i bujną śródziemnomorską roślinność, pełne drobnego, jasnego piasku. Sardynię objeżdżaliśmy niezwykle krętymi drogami, innych tu praktycznie nie ma. Kolejnym etapem był zachód wyspy, okolice miast Alghero i Oristano, z przystankiem w nadmorskim San Giovanni di Sinis, a następne trzy dni spędziliśmy w rejonie Dorgali, w Cala Gonone. Będąc w tej okolicy koniecznie wybierzcie się na wycieczkę jachtem, który zabierze was na ustronne, najpiękniejsze plaże – Cala Luna, Cala Fuilli czy Cala Biriala. To jest naprawdę warte wydanych pieniędzy! Jadąc dalej wschodnim wybrzeżem, zmierzaliśmy na południe, do stolicy Sardynii – Cagliari. Tutaj warto odwiedzić bastion Saint Remy, zabytkowy budynek w centrum z rozległym tarasem, z którego rozciąga się piękna panorama miasta.

„Różnica między niemożliwym a możliwym leży w ludzkiej determinacji” – Tommy Lasorda

Zjechaliśmy Sardynię w tydzień i w Cagliari złapaliśmy wieczorny prom na Sycylię. Rejs trwał 12 godzin, a my, dla oszczędności, nie wykupiliśmy kabin (to drugie tyle, co cena samego biletu), więc spaliśmy na pokładzie, w śpiworach. Zrobiło tak zresztą mnóstwo płynących z nami osób. Dopływając do portu w Palermo miałam wrażenie, jakbym przekraczała granicę dwóch różnych światów. Sardynia – luksusowa i czysta, natomiast Sycylia, mimo urokliwej architektury wyraźnie zaniedbana i, jak okazała się nieco później, znacznie bardziej niebezpieczna. Ale o tym za chwilę.

W Palermo od razu rzuciły nam się w oczy jego wielokulturowość i liczne kontrasty: od przepychu barokowych kościołów, rzymskich pałaców, arabskich kopuł i bizantyjskich mozaik, przez gwar tysiącletnich bazarów i ryk skuterów, po sznury suszącego się prania rozpiętego pomiędzy murami starej zabudowy. Ten tygiel jest owocem bogatej historii tego starożytnego miasta, będącego w rękach kolejno Fenicjan, Kartagińczyków, Rzymian, Wandalów, Gotów, Bizantyjczyków, Arabów, Normanów i europejskich rodów Hohenstaufów i Andegawenów. Co za zestaw!

Urokliwe okolice Dorgali na wschodnim wybrzeżu Sardynii

Advertisement

Przy okazji, zdążyliśmy się już lepiej poznać z Witkiem i niestety ujawniły się spore różnice w naszym podejściu do podróżowania. Ciężko było nam się porozumieć. Ja lubię spędzać czas aktywnie, a mój towarzysz, no cóż, chciał jak najdłużej wylegiwać się na plaży, co po jakimś czasie zaczęło mi mocno przeszkadzać, bo chciałam zobaczyć jak najwięcej. Póki co jednak utknęliśmy razem na odcinku od „promu do promu”. Kłóciliśmy się jak stare małżeństwo, ale założyliśmy, że przeżyjemy ze sobą jeszcze te parę dni.

Mafię sycylijską nie tak trudno znaleźć

Decydując się na pierwszy lepszy hotel w Palermo, zmęczeni swoim towarzystwem, z roztargnienia zostawiliśmy część rzeczy na motocyklach, które zaparkowaliśmy na „strzeżonym” hotelowym parkingu. To była totalna głupota, sami prosiliśmy się o kradzież. Oboje straciliśmy ciuchy motocyklowe, a ja dodatkowo namiot i śpiwór. Poza tym, pęknięty po wspomnianym upadku ekran telefonu zaczął się robić całkowicie czarny. Poczułam, że tracę grunt pod nogami i muszę zacząć działać. Na policji i w ambasadzie nam nie pomogli. Hotel nie poczuł się w związku z zaistniałą sytuacją do chociażby jednego darmowego noclegu, a ja nie miałam zamiaru wracać do Polski bez ciuchów, z podkulonym ogonem.

Wariant noclegowy „dziki”, czyli po prostu namiot pod kępą drzew

Najpierw pojechaliśmy wymienić szybkę w telefonie. Potrzebowałam w pełni sprawnego urządzenia, bo nasze drogi z Witkiem miały się niedługo rozejść. Na szczęście pan z serwisu – Francesco – mówił bardzo dobrze po angielsku. Okazało się, że dzielnica Borgo Vecchio, w której skradziono nam rzeczy, należy do najbardziej niebezpiecznych w całym Palermo. Tutaj każda lokalna mafia ma swoją własną dzielnicę, której się ściśle trzyma. Nie wiem jak to zrobiłam, ale namówiłam Francesco, żeby pomógł nam odnaleźć nasze rzeczy. Mój silny wewnętrzny głos mówił, że uda nam się je odzyskać. Byłam uparta i wymusiłam, żebyśmy chociaż spróbowali zdobyć jakieś informacje, gdzie mogą być nasze rzeczy lub kto je ma.

Tu jest jakby luksusowo. Spanie na plaży bywało komfortowe…

… jednak znacznie częściej musiał mi wystarczyć śpiwór rzucony na piasek

Witek został z motocyklami niedaleko miejsca noclegu, a Sycylijczyk z serwisu zgodził się być moim tłumaczem. Chodziliśmy po biednej, obskurnej okolicy, obserwując ludzi dookoła. Jako mówiąca po angielsku, wysoka Polka, spacerująca w towarzystwie niskiego Włocha, mocno zwracałam na siebie uwagę. W którymś momencie podszedł jakiś typek, porozmawiał z Francesco po sycylijsku i zaprowadził nas w sieć ciemnych uliczek, do jakiejś a’la knajpy, gdzie przedstawił mnie bossowi mafii tej dzielnicy. Wyglądało to tak, że ja, moim łamanym włosko-angielskim, próbowałam wytłumaczyć, że „Co ja teraz mam zrobić, jak ja wrócę do Polski bez moich spodni, gdzie będę spała? To moja pierwsza samodzielna podróż, potrzebuję tych rzeczy!”.

Ewidentnie wzięłam ich na litość. Francesco dokładniej przełożył moje słowa bossowi, który wyraźnie nie dowierzał w to, co słyszy. Łamanym angielskim powiedział, że nigdy nie poznał tak odważnej, a zarazem głupiej dziewczyny, która by przyszła i szukała swoich rzeczy w ich dzielnicy. Pokazał palcem na jakiegoś typka, który w tym samym momencie rzucił wielką torbą z naszymi rzeczami, a ja zaczęłam płakać z radości. Co ciekawe, gangster nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy, bo bardzo szanował mnie za odwagę i jego honor nie pozwoliłby na to. Sądzę, że gdybym tego momentu nie nagrała, to nikt nie uwierzyłby mi w to, co się stało.

Jakaś wewnętrzna siła kazała mi szukać moich skradzionych rzeczy, nie bacząc na całkiem realne niebezpieczeństwo

Cała ta sytuacja dała mi takiego kopa i zastrzyk wiary w swoje możliwości, że nigdy jej nie zapomnę. Po prostu uwierzyłam, że znajdę te rzeczy i nie pojadę dalej, dopóki ich nie odzyskam. Następnego dnia, w znanym z „Ojca Chrzestnego” mieście Corleone, rozdzieliliśmy się z Witkiem. Poznałam tam również pewną Polkę, której mąż pracował dla lokalnej mafii. Wymieniłyśmy się kontaktami i zapewniła mnie, że mogę się czuć bezpiecznie na całej Sycylii. Tylko że ja czułam się bezpiecznie i bez jej zapewnień. Jeszcze nigdy nie czułam tak wielkiej pewności siebie i pozytywnego nastawienia, jak po incydencie ze skradzionymi bagażami.

Przemyślenia i włoska „gościnność naprawcza”

Na szczęście dalsza część podróży upłynęła mi już spokojniej. Jeśli miałabym wybrać, w jakie rejony Włoch chciałabym wrócić, to byłby to bardzo ciężki wybór. Chyba jednak wybrałabym Sycylię, która (nie licząc typowo turystycznych miejscowości) wygląda biedniej niż Sardynia, przy czym ceny są znacznie niższe. Sardynia urzeka piękniejszymi plażami, natomiast zabytkowe miasteczka na Sycylii zrobiły na mnie większe wrażenie. Cefalu, Syrakuzy czy Taormina nie mają sobie równych pod względem klimatu. Niestety znajomość angielskiego jest znikoma na całym południu Włoch, więc bez słownika czy translatora ani rusz.

Nurkowanie na Sycylii, przy plaży niedaleko Syrakuz

Na wiele plaż na Sardynii można dostać się wyłącznie od strony morza

Na Sycylii i południu Włoch spałam głównie nad morzem, na mało uczęszczanych plażach, tuż przy motocyklu, a raz nawet znalazłam prywatną plażę z łóżkiem. Szukałam na mapie małych plaż, włączałam podgląd „Google View” i oceniałam, czy to miejsce wydaje się bezpieczne. Najczęściej przesiadywali tam jedynie wędkarze, którzy zbierali się po zachodzie słońca. Latem pogoda w tych rejonach jest tak sprzyjająca, że namiot rozłożyłam może ze dwa razy przez całą podróż – raz w lesie, na dziko, i raz na kempingu. Najlepiej i najszybciej było jednak po prostu położyć śpiwór i zasypiać słuchając szumu fal. Tylko raz obudziły mnie jakieś dzieciaki, które najwyraźniej szły na imprezę. Wkurzyłam się niemiłosiernie i kiedy zaczęłam przeklinać po włosku, angielsku i polsku, uciekły ode mnie przestraszone. Więcej takich niespodzianek nie miałam, a dodatkowo dla oszczędności wymyśliłam patent, żeby po każdej takiej nocy na plaży pojechać na kemping i za dwa euro wziąć ciepły prysznic. Dzięki temu byłam odświeżona i gotowa do dalszej jazdy.

Po prawie trzech miesiącach tułaczki wróciłam do domu. Zastała mnie jesień…

Reszta mojej podróży, mimo że w pojedynkę i już bez komfortu psychicznego, jaki daje obecność towarzysza, podobała mi się jeszcze bardziej. Wszędzie gdzie się pojawiłam, poznawałam ludzi, którzy pozytywnie mnie przyjmowali, pomagali i gratulowali odwagi. Raz nawet miałam taką sytuację, że pan policjant pomógł mi ze znalezieniem noclegu i dodatkowo naprawił moją klamkę sprzęgła, którą popsułam stawiając motocykl zbyt blisko ściany. Przewiercił ułamaną część i za pomocą cienkiej blaszki scalił z resztą klamki. Dzięki niemu nie musiałam jechać do autoryzowanego serwisu BMW po wymianę całego elementu, tylko mogłam spokojnie wrócić do domu.

Miałam na tym wyjeździe dużo szczęścia, bez doświadczenia w prowadzeniu dużego motocykla zwiedziłam nie tylko całe Włochy, ale też Grecję i Albanię, robiąc ponad 10 tysięcy km w niecałe trzy miesiące. Moje przeżycia dały mi mocno do myślenia. Wolność, jaką wtedy poczułam, a do tego poznawanie innych kultur to najpiękniejsze, czego w życiu doświadczyłam. Życie motocyklisty-podróżnika to ciągłe wyzwanie, ale pokochałam to bardzo i nie zamieniłabym na nic innego. Chciałabym polecić każdej kobiecie wyprawy solo (bo mężczyzn nie trzeba namawiać!). Pamiętajcie że wszystko siedzi w naszej głowie! Ja za kilka dni ruszam do Maroka…

Tekst i zdjęcia: Patrycja Chodorowska

KOMENTARZE