fbpx
A password will be e-mailed to you.

O drogach w Afryce przeczytałem tyle, że gdyby nie wrodzona ciekawość, pchająca mnie byle dalej, pewnie nigdzie bym nie pojechał.

Gdy byłem dzieckiem, marzyłem o podróżach i przygodach, jakie przeżywali bohaterowie moich ulubionych powieści. Przeczytałem wszystkie „Tomki” Alfreda Szklarskiego, czytałem Karola Maya, Arkadego Fiedlera i wielu innych. Gdy dorosłem, zrozumiałem, że zwierzętom lepiej pozwolić żyć w naturze. Z dorosłością przyszedł również niepokój. Przeczytałem wiele relacji, książek i blogów o podróżowaniu po Afryce, z których biła wizja biednego i niebezpiecznego kontynentu, gdzie wprawdzie kultura plemienna, widoki i zwierzęta piękne, ale szerzy się HIV, jest brudno, zwierzęta chcą Cię zjeść na śniadanie, tubylcy na obiad, a owady na kolację. No i jeszcze te ciągłe rebelie, zamachy, karabiny w rękach dzieci, itp. Piekło na ziemi…


REKLAMA

Dobry pomysł

Wszystko zaczęło się, kiedy, chcąc zobaczyć zorzę polarną, wymyśliłem wyprawę na skuterach śnieżnych po półwyspie Kolskim. W ostatniej chwili dołączył do nas Jacek, który podróże lubił tak samo, jak ja. Różniły nas poglądy na to, jak powinna wyglądać „wyprawa idealna”, ale łączyła miłość do podróżowania. Bez niego nie byłoby Afryki w moim życiu. Jeszcze nie wiedziałem, że przez kolejne lata odbędziemy kilka wypraw, założymy wspólnie z przyjaciółmi firmę w Kenii, będziemy tam mieszkać i przeżyjemy tyle przygód, że starczyłoby na całe życie…

Podróż po Afryce

„Idę na kurs na moto, idziesz ze mną?” – zapytał kiedyś Jacek już po powrocie z Rosji. Prawo jazdy na motocykl miałem zrobić po czterdziestce (a miałem dopiero 35 lat), bo znam siebie i wiem, że – delikatnie mówiąc – powoli by nie było… W perspektywie jednak mieliśmy wyprawę po Azji południowo–wschodniej i kilka innych planów, więc kiedyś trzeba było je wyrobić.

W trakcie planowania Azji wpadła nam do głowy Afryka. Jacek był w Kenii zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Przymierzaliśmy się do eksportowania polskich produktów w tamte rejony, więc wyprawa połączona z paroma dniami na biznes wydawała się dobrym pomysłem.

Plan na przygodę

Przygotowania przed wyjazdem obejmowały znalezienie motocykli w Tanzanii, która miała być punktem startowym. Chcieliśmy je pożyczyć lub kupić, a na koniec sprzedać. Nie wyszło. Dogadanie się z poleconym przez znajomych Kenijczyków człowiekiem przerosło nawet ich. Kolejnym punktem było choć trochę pojeździć przed wyjazdem. Od egzaminu niecały rok wcześniej, nie jeździłem wcale. Nie wyszło. Nauka podstawowej obsługi motocykla (wymiany przebitej gumy czy podstawowych napraw) też się nie udała. Jedyne, co zdążyłem zrobić, to kupić sobie nowiutki strój motocrossowy i \zaplanować miejsca, które chcemy odwiedzić.

Mieliśmy przejechać Tanzanię, Rwandę, Ugandę i Kenię. Wszystko w około dwa tygodnie… Aż mi się łezka w oku kręci na myśl, jak mało wiedzieliśmy o wyprawach motocyklowych… Postanowiliśmy, że pojedziemy na czymś w rodzaju Yamahy WR 250 albo innym, podobnym sprzętem: lekkim i nadającym się na bezdroża. Dochodziła też kwestia dostępności części i napraw.

Michał, który miał z nami jechać, odpadł (jako jedyny miał doświadczenie motocyklowe), a doszedł Olek – wyluzowany, imprezowy gość bez doświadczenia. I tak we trzech wsiedliśmy do samolotu… Witaj przygodo!

Niespodziewanie korzystna zmiana

Po przylocie wybraliśmy „pośrednika we wszystkim”. Kto lata w takie rejony świata, wie, jak to wygląda: zgiełk i setki ludzi, a każdy próbuje Cię na coś namówić. Ten był mniej namolny i jako nieliczny miał małe biuro, co pomagało w namierzeniu go w razie jakichś kłopotów. Powiedzieliśmy Kennedy’emu, bo tak miał na imię, czego nam trzeba i oczywiście odpowiedział „No problem my friends!”. Motocykle miały być gotowe za trzy dni.

Podróż po Afryce

Rankiem w dniu ich odbioru zadzwoniliśmy do Kennedy’ego. Jedyne, co udało nam się zrozumieć, to że coś jest nie tak z motocyklami, ale chyba jakoś sobie poradzi. Pełni obaw pojechaliśmy na lotnisko. W drodze zobaczyliśmy trzy fajne motocykle: KTM 640 Adventure, drugi KTM 640 lekko zrobiony na supermoto i Hondę FMX 650. Wyglądały naprawdę nieźle. „Szkoda, że nie wzięliśmy takich” – powiedziałem. „A może to nasze…” – rzucił Olek, śmiejąc się i poszliśmy dalej.

Wszystko kwestia stanu technicznego

Kennedy wyglądał na przestraszonego. „Nie ma waszych motocykli” – oznajmił. „Nigdzie takich nie mogę znaleźć”. Konsternacja, niecenzuralne słowa (na szczęście po polsku…). Ale Kennedy zaraz wyjaśnił, że załatwił inne… Tak! To były te motocykle, które mijaliśmy!

Entuzjazm lekko opadł, gdy się okazało, że mój Adventure praktycznie nie odpala, a Jacka supermoto tylko „na kopa” i to z trudem. Olkowa Honda była w porządku. Po trzech kilometrach mój Adventure zamilkł na dobre. Stanęliśmy na parkingu, czekając na jego motocykla. Okazało się, że naprawa nie uda mu się na miejscu. Wrzuciliśmy motocykl na pickupa. „To sobie pojeździłem” – pomyślałem. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy kilka godzin później usłyszałem dźwięk motocykla pod domem.

Zaraz wszyscy zginiemy

Mieliśmy wyjechać około 8 rano, ale wyzwaniem okazało się zapakowanie po dwa duże plecaki na motocykl. I zrobiło się południe… A plan był ambitny. Chcieliśmy dojechać do Moshi u podnóża Kilimanjaro… Około 600 kilometrów od nas… Było tylko czterdzieści pięć stopni w cieniu, a słońce zachodziło za sześć godzin…

Droga do promu w Dar Es Salaam była prawie pusta. Wprawdzie nie mogłem się przyzwyczaić do ciężkiego motocykla i grubych butów motocrossowych, ale z każdym kilometrem było coraz lepiej. Na prom wjechaliśmy w świetnych nastrojach.

Podróż po Afryce

Po drugiej stronie czekał na nas zupełnie inny świat: kompletny kocioł i chaos wszelkiej maści pojazdów. Do tego piesi dosłownie wszędzie. Kierowcy samochodów nie zwracają uwagi na motocyklistów, a kierowcy ciężarówek na kierowców samochodów osobowych. Motocyklistów nawet nie widzą. W tym wszystkim jak nieśmiertelne gnają matatu (autobusy), których kierowcy generalnie nie widzą niczego. „Tego się nie da przeżyć!” – pomyślałem. Nauka pływania przez wrzucenie do rwącej, kamienistej i głębokiej rzeki…

Gdy zatrzymałem się, nie wiedziałem, czy jestem pierwszy, czy ostatni. Chwilę później przybiegł do mnie jakiś chłopiec, mówiąc, że 100 metrów za mną mój kolega ma problem. Jacek nie mógł uruchomić motocykla na środku drogi. Nie miał go nawet jak zepchnąć, bo strumień pojazdów nieprzerwanie omijał go, jak rzeka głaz. Po dłuższym czasie udało nam się wspólnie odpalić jego motocykl (z około 50 osobami, które nam kibicowały) i pojechaliśmy wśród braw tłumu. Dojechał też Olek, który zaczął narzekać, że motocykl mu przerywa i traci moc. Zaczęła mi kiełkować myśl, że mechanicy się na nas nieźle obłowią…

To nie problem żarówki

Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, aby zatankować i odpocząć. Byliśmy wykończeni, była piętnasta i już było jasne, że dotarcie w tym dniu do Moshi jest nierealne. Postanowiliśmy jechać, ile się da i potem szukać noclegu.

Podróż po Afryce

Dalsza część drogi była zdecydowanie przyjemniejsza. Widoki – wspaniałe, powietrze – dużo bardziej rześkie, a ruch – znośny. Jedyne, co nie pozwalało nam się wyluzować, to wyprzedzające się ciężarówki i autobusy. Gdy zrobiło się ciemno, auta stały się dużo bardziej niebezpieczne, bo wiele z nich nie miało świateł. Do tego okazało się, że motocykl Olka również ich nie ma i nie jest to problem żarówki…

Długo po zmroku, po ok. 330 km dojechaliśmy do Korogwe, gdzie miejscowi na stacji benzynowej zaoferowali, że pokażą nam hotel o nazwie High Way.

Jest pięknie

Kolejny dzień wręcz pachniał przygodą. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu nauczeni, że trzeba mieć czas na nieprzewidziane sytuacje. Jechało się wyśmienicie. Pierwsze sto kilometrów to równy, dobry asfalt przez wzgórza. Potem zaczęły się długie, szutrowe odcinki mniej więcej wzdłuż remontowanej lub budowanej drogi asfaltowej. Z lewej bezkresna sawanna z gdzieniegdzie rosnącymi baobabami i akacjami, a z prawej strome góry. Jedyną rysą na pięknie tego dnia był coraz bardziej psujący się motocykl Olka. Przydrożny mechanik niewiele pomógł, ale do Moshi dojechaliśmy bardzo szybko.

Podróż po Afryce


REKLAMA



REKLAMA


Znaleźliśmy hotel i pojechaliśmy zwiedzać okolicę. Widok na Kilimanjaro był oszałamiający. Dopiero teraz wiem, jakie mieliśmy szczęście. Kilimanjaro jest z tej strony często zasnute chmurami.

Wieczorem zrewidowaliśmy plan. Dotarło do nas, że jeśli chcemy spędzić trzy dni w stolicy Kenii – Nairobi, nie damy rady objechać jeziora Wiktorii. I bez tego szanse, że się wyrobimy, były znikome. Odzyskane trzy dni postanowiliśmy przeznaczyć na wizytę w Serengeti i kraterze Ngorongoro. W Arushy wynajęliśmy auto terenowe i przewodnika. Motocykle nie mogą się poruszać po żadnym z tych parków narodowych. Znaleźliśmy też mechanika do motocykla Olka. Miał warsztat w chacie z patyków i desek, a motocykl naprawiał na ubitej ziemi w praktycznie całkowitych ciemnościach. Rozebrał i złożył pół silnika i powiedział, że teraz powinno być dużo lepiej.

Wyprawa do Serengeti i Ngorongoro była wspaniała. Były wszystkie zwierzęta z „wielkiej piątki” i cała masa innych. Bezkresna przestrzeń, nieprawdopodobne widoki i przegadane wieczory przy piwie. Nie chcieliśmy wracać.

Gdzie ta granica?

Kolejnego dnia rano ruszyliśmy do Nairobi. Mieliśmy do przejechania niecałe 300 kilometrów, a po drodze granica. Zupełnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, zwłaszcza, że nie dostaliśmy żadnych papierów na motocykle.

Podróż po Afryce

W pewnym momencie na głównej drodze wyrosła brama, ale ślady wskazywały, że większość ruchu idzie bokiem. Niewiele myśląc, pojechaliśmy tak samo, obok jakichś zabudowań. Stanęliśmy, żeby odpocząć po wjechaniu na główną drogę. Nagle podbiegło do nas kilka osób, krzycząc coś w suahili. Kiedy zobaczyli, że niewiele rozumiemy, przeszli na angielski, wyjaśniając, że jeśli chcemy się poruszać po Kenii, to jednak w dobrym tonie byłoby przejść przez granicę jak każdy cywilizowany człowiek. Ta brama i zabudowania przy niej to była właśnie granica.

Życie może zaskoczyć

Tylko jeden celnik zauważył zajście i się bezczelnie z nas nabijał. Niestety, brak papierów na motocykle okazał się realnym problemem, rozwiązywalnym jedynie za pomocą starej, dobrej gotówki. Po opłaceniu „specjalnej opłaty karnej” dostaliśmy nowiutkie, kenijskie dokumenty motocykli z naszymi nazwiskami w rubryce „właściciel”. Gdybyśmy chcieli je sprzedać w Kenii, nie byłoby z tym najmniejszych problemów…

Droga po stronie kenijskiej była wspaniała. Równy asfalt i bezkresna przestrzeń z gdzieniegdzie wyrastającymi jak wyspy stromymi górami. Do Nairobi dotarliśmy już tradycyjnie po zmroku, lecz i tak wpadliśmy w bezustanne tu „godziny szczytu”. Nie powiem, że już zacząłem czerpać z jeżdżenia w takim ruchu przyjemność, ale nie czułem się przerażony.

Też byliśmy uchodźcami

Mieszkaliśmy u Kenijczyków poznanych przez Jacka wcześniej, w dzielnicy, która była czymś pomiędzy slumsami, a dzielnicami ludzi słabo zarabiających. Małe mieszkanie mieściło się w nieotynkowanym bloku pośród labiryntu wąskich, szutrowych uliczek pełnych ludzi niezależnie od pory dnia i nocy. Wtedy jeszcze nie czułem się tam komfortowo. Kilka miesięcy później spędziłem w tym miejscu tyle czasu, że stałem się rozpoznawalny i mogłem swobodnie chodzić po dzielnicy w środku nocy. Życie zaskakuje.

Kilka dni w Nairobi przeleciało bardzo szybko. Skupiliśmy się na biznesie, więc miasto poznaliśmy w bardzo ograniczonym zakresie.

Też byliśmy uchodźcami

Po wyjechaniu z aglomeracji byliśmy znów na wspaniałej drodze do granicy. Sama granica minęła tym razem prawie niezauważona i do Arushy, gdzie mieliśmy spać, dotarliśmy zaskakująco szybko. Za dwa dni mieliśmy lot powrotny i nie było już czasu na pomyłki czy awarie. Spokoju nie dawał nam tyko motocykl Olka, który słabł z każdym kilometrem.

W Tengeru niedaleko Arushy odwiedziliśmy cmentarz polskich uchodźców. W latach 1942-52 (wówczas ten obszar był kolonią brytyjską) 18 tys. Polaków znalazło schronienie w Afryce. Byli to przede wszystkim zesłańcy syberyjscy, którzy po amnestii z 1941 roku przedostali się z armią Andersa do Iranu, a stamtąd do Afryki Wschodniej. Tak, tak – Polacy też byli uchodźcami i to w Afryce. Szkoda, że tak szybko zapominamy…

Nie ma na co czekać

Wracaliśmy trochę inną trasą, wzdłuż oceanu. Dotarcie do niej poprzedziły szutrowe pustkowia: prawdziwa Afryka z nielicznymi wioskami Masajów i masą zwierząt po drodze. To był dobry pomysł. Na obrzeża Dar Es Salaam dotarliśmy z kilkugodzinnym zapasem.

Gdy ruszyliśmy na lotnisko, okazało się, że do samego celu jest gigantyczny korek. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów czerpałem ogromną satysfakcję z lawirowania między wszystkim, co było na drodze. Jechałem wszędzie, gdzie się dało – po drodze, chodniku, poboczu (jeśli akurat było), pod prąd – byle do przodu. Tam się właśnie tak jeździ jednośladami.

Nie czekajcie!

Jacek i ja dotarliśmy na lotnisko miej więcej w tym samym czasie, ale Olek długo nie przyjeżdżał. Już mieliśmy wracać, kiedy zadzwonił i powiedział, że wyrwało mu świecę i jacyś ludzie właśnie ładują motocykl na pickupa. Nie wiem, jak to się stało, że jego motocykl wytrzymał całą drogę i zepsuł dopiero tam, gdzie mógł.

Nasza pierwsza wyprawa motocyklowa nie była standardowa i w wielu momentach mogła się zupełnie inaczej zakończyć. Wszystko się jednak udało i czuliśmy ogromną satysfakcję.

Czy polecam taką „terapię szokową”? Na pewno nie jest ona dla wszystkich. Niezależnie jednak gdzie chcecie jechać, nie czekajcie! Dla mnie prawdziwa przygoda z Afryką dopiero się zaczynała: odkrywanie wspaniałej kultury, oszałamiających miejsc, niesamowitych ludzi, często trudnej i bolesnej historii, ale i problemów, które wcale się tak bardzo nie różnią od tych, które spotykamy na tak zwanym Zachodzie.

Potem odbyliśmy wspólnie wiele wspaniałych, bliższych i dalszych wypraw. Niestety, Jacek zmarł niecałe trzy lata później w domu w Polsce, mając dokładnie 33 lata. Brakuje mi Ciebie przyjacielu. Obyś się dobrze bawił, gdziekolwiek jesteś!


Tekst i zdjęcia: Maciej Wierzchowski

KOMENTARZE

REKLAMA