fbpx
A password will be e-mailed to you.

Nie wiedzieć czemu, co kilka miesięcy jak bumerang powraca w mediach temat korupcji w ośrodkach szkoleniowych kierowców. Tak jakby w Polsce nie było ciekawszych i zakrojonych na nieporównywalnie większą skalę afer.

Doniesienie, że jeden czy drugi pan instruktor nauki jazdy z prowincjonalnej mieściny dał się skorumpować, odczytywane jest przez lektorów telewizyjnych wiadomości jednym tchem z wieściami o aferach finansowych mogących wywalić budżet jakiegoś mniej zamożnego państewka. Jeżeli przy okazji zdarzy się, że korumpującym był szeroko znany artysta czy polityk, sprawa natychmiast urasta niemal do rangi problemu narodowego. Przy okazji oficjele różnego stopnia ważności przedstawiają coraz dziwniejsze programy naprawcze mające uzdrowić sytuację. Programy te polegają głównie na wzmożeniu kontroli panów instruktorów i egzaminatorów. Ukryte kamery, przeglądanie notesów, w których przekupni urzędnicy wpisują sumy pobranych łapówek, rozbudowane komisje egzaminacyjne, a wszystko to po to, aby przez gęste oczka sieci kontroli nie prześlizgnął się żaden nieuczciwy padalec, któremu nie chce się posiedzieć nad testami czy pokręcić kilka ósemek na placu manewrowym.


REKLAMA

Taka wzmożona kontrola to bardzo fajna rzecz, bo zastosowana na skalę masową z pewnością nieco zlikwidowałaby powszechnie panującego bezrobocia (przecież nikt nie kontrolowałby w czynie społecznym). Oczywiście koszty przeprowadzenia egzaminów musiałyby odrobinę wzrosnąć, ale jest rzeczą zrozumiałą, że ponosiłby je kursant, a nie skarb państwa – w końcu kto chce mieć prawo jazdy, musi ponosić koszty. Nikt jednak głośno nie mówi o tym, że taka „kontrol” to też człowiek i żyć musi, więc prawdopodobnie również niekiedy daje się korumpować. Oczywiście jedynie w wyjątkowych sytuacjach.

Nad tym zagadnieniem można jednak zastanawiać się od drugiej strony – patrząc oczami osobnika pragnącego uczestniczyć w ruchu kołowym na publicznych drogach. Skoro istnieje szeroko rozwinięty system korupcyjny, oznacza to, że prawo jazdy nie jest rzeczą łatwą do zdobycia. Gdyby to było proste, nikt nie dawałby łapówek za zdanie egzaminu. Przecież jak mam ochotę na zatankowanie motocykla, nie muszę zaraz wtykać dyskretnie banknotu do kieszeni pana pompiarza. Owszem, kiedyś, kiedy benzyna była dobrem reglamentowanym (i to w niewielkich ilościach), coś tam trzeba było włożyć do zachęcająco uchylonej kieszonki. Z tego prostego porównania wynika wniosek, że prawo jazdy jest trudno zdobywanym dobrem. A trudno to powinno być napisać pracę habilitacyjną (albo założyć majtki przez głowę), a nie zdać prawo jazdy, bo w już w samych założeniach musi ono być dostępne dla absolutnie przeciętnych ludzi.

Więc biorąc rzecz na chłopski rozum, powinno być zgoła inaczej, niż wykazuje nasza polska praktyka. Motocykli nikt przecież nie konstruuje z myślą o ludziach obdarzonych wybitną inteligencją czy nadprzyrodzonymi zdolnościami manualnymi. Budowane są raczej w sposób ograniczający do minimum rolę kierowcy, tak aby nawet największy matoł potrafił ogarnąć temat. Klinicznym tego przykładem są skutery, gdzie rola kierowcy ogranicza się praktycznie do kręcenia manetką gazu i duszenia dźwigni zintegrowanego hamulca. O resztę martwi się zainstalowany w trzewiach maszyny komputer. Również, jak wykazuje praktyka, wyznaczone na placu manewrowym slalomy i ósemki da się pokonać, dysponując minimalną wprawą, i nie trzeba mieć umiejętności Valentino Rossiego czy nawet zawodnika prowincjonalnego klubu trialowego.


REKLAMA



REKLAMA


Również kodeks drogowy konstruowany jest tak (przynajmniej w założeniach), aby każdy, kto w miarę posiadł umiejętność czytania, potrafił go zrozumieć. A jeżeli komuś nie chce się zostać badaczem i interpretatorem przepisów ruchu drogowego, wystarczy, że wykuje na pamięć pewną ilość powszechnie dostępnych pytań i odpowiedzi, bez większego wnikania w ich sens. Skoro więc – jak ustaliliśmy – motocykl nie jest urządzeniem wybitnie skomplikowanym w obsłudze, a testów można się wyuczyć, wydawać by się mogło, że zdanie egzaminu jest sprawą prostą. A nie jest, skoro spora liczba kursantów decyduje się na „szukanie dojścia” i zasilanie prywatnych kieszonek wysokiej komisji egzaminacyjnej. Paradoks? Ależ nie! Po prostu źle skonstruowane prawo umożliwiające egzaminatorom stosowanie różnego rodzaju manewrów oskrzydlających, zdecydowanie podnoszących pułap trudności. Przecież wystarczy lekko poluzować łożyska w główce ramy czy delikatnie przeregulować wolne obroty gaźnika w motocyklu służącym do egzaminowania, aby to, co podczas kursu było rzeczą prostą, na egzaminie było znacznie trudniejsze. To, że pojazd pochodzi z renomowanej japońskiej wytwórni, wcale jeszcze nie oznacza, ze nie może on być rozregulowanym starym parchem nienadającym się do jazdy. Czy korzystanie przez ośrodki egzaminacyjne z takiego taboru to jedynie sztuka dla sztuki? Niezupełnie. Im trudniej zdać, tym więcej chętnych do omijania tych trudności. A omijać je można tylko w jeden sposób – zyskując przychylność egzaminatora. Taką przychylność można zyskać na wiele sposobów, ale najskuteczniejszy i najmilej widziany jest zawsze ten sam. Pieniądze.

Zamiast więc opowiadać głodne kawałki o konieczności wzmożenia kontroli nad komisjami egzaminacyjnymi, należałoby się zastanowić nad zwykłym unormalnieniem egzaminów i maksymalnym ich uproszczeniem. Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie uważam, że należy dawać prawo jazdy osobom bez wystarczającej wiedzy teoretycznej i sporej praktyki, jednak celowe utrudnianie zdania egzaminu określam jako całkowicie nie fair. Zamiast kontrolować i szpiegować egzaminatorów, wystarczy odebrać im podstawowe korupcjogenne narzędzie – niejasny system oceniania umiejętności praktycznych i niesprawne technicznie motocykle. Jednoznaczne kryteria oceny, weryfikowalny sposób przeprowadzenia egzaminu i maszyny we właściwym stanie technicznym znacznie podnoszą prawdopodobieństwo, że kursant zda egzamin bez odwoływania się do środków dopingujących (oczywiście egzaminatora!). A jeżeli nie zda – co też się czasami może zdarzyć – wówczas warto mieć stuprocentową pewność, że był to zwykły wypadek przy pracy, a nie zamierzone działania mające na celu wymuszenie „dotacji”.

Warto się nad tym problemem zastanowić, zwłaszcza że sezon kursów i egzaminów rozkręca się po zimowym letargu, a wygląda na to, że w Polsce coraz więcej osób ma ochotę w sposób uprawniony dosiadać swych stalowych rumaków. Szkoda tylko, że chorą sytuacją w ośrodkach ruchu drogowego zainteresowani są chyba tylko dziennikarze tropiący lokalne aferki, no i oczywiście kursanci zmuszani do szukania „dojścia”.

KOMENTARZE

REKLAMA