Rajd Jedwabnego Szlaku nie szczędzi doświadczeń polskiemu zawodnikowi z Łodzi. Poniedziałkowy etap Arkadiusz Lindner ukończył na kwadratowym kole, natomiast we wtorek przekroczył linię mety bez jednego koła.

Wczoraj korowód Silk Way Rally pożegnał Rosję i wkroczył na teren Mongolii, gdzie w samo południe pierwsi zawodnicy rozpoczęli walkę na kolejnym, już trzecim odcinku specjalnym, którego długość wynosiła 243 km. Krajobraz lasów i rzek Syberii zastąpiły niekończące się stepy i kamieniste pustynie. Warunki wręcz wymarzone dla tych, co kochają bardzo szybką jazdę, ale także bardzo zdradliwe.


REKLAMA

Bez koła do mety

Arek Lindner szybko zapomniał o przygodzie z kwadratowym kołem z poprzedniego dnia i ruszył na trasę oesu pełen optymizmu oraz chęci odrobienia strat. Od pierwszych kilometrów jechał bardzo dobrym tempem wyprzedzając wolniejszych rywali, w tym także rosyjskiego kierowcę quada, Aleksandra Makimova.

Na około 60 km przed metą oesu, podczas próby wyprzedzania kolejnego motocyklisty uderzył bokiem quada w znajdujący się na poboczu ogromny głaz, w wyniku czego po przejechaniu kolejnych kilku kilometrów, stracił całkowicie tylne koło. Kierowca quada z numerem 103, stojąc na bezludziu i patrząc jak inni zawodnicy jadą do mety, postanowił, że w ten sposób nie zakończy tego rajdu. Z ograniczoną liczbą narzędzi, w całkowicie polowych warunkach znalazł sposób, aby dojechać do mety jedynie na trzech kołach.

Czas na najdłuższy etap rajdu

To była, jak dotąd najdłuższa jazda quadem, pokonałem ponad 700 km, z czego sporą część tylko na trzech kołach. Początek oesu był bardzo dobry. Już po kilkunastu kilometrach wyprzedziłem Maksimova i kilku motocyklistów. Doganiając kolejnego z nich, mimo dużego kurzu spróbowałem wyprzedzić go w wąwozie. W ostatniej chwili zauważyłem wielki kamień, odbiłem kierownicą, by czołowo w niego nie uderzyć. Prześlizgnąłem się po nim, ale wydawało się to poważne. Zatrzymałem się, aby sprawdzić, czy koło jest całe, ale wszystko wydawało się w porządku. Po kilku kilometrach poczułem, że nie mam w kole powietrza. Nie udało się tego naprawić, ale skoro dzień wcześniej dojechałem na kwadratowym kole to stwierdziłem, że i dziś dam radę. Zdziwiłem się mocno, gdy po kolejnych kilku kilometrach wyprzedziło mnie własne koło. Udało mi się przełożyć przednie koło na tył i jadąc 30-40 km/h dojechałem spacerowym tempem najpierw do mety odcinka, a później do bazy w Ułan Bator. Wbrew pozorom to było fajne doświadczenie, bo wiem, jakie narzędzia muszę przygotować na przyszłość. Jestem też bardzo zadowolony, że nie dałem się zabrać przez „śmieciarkę”. Nigdy w swojej rajdowej karierze nie wracałem „śmieciarką” i szczerze mówiąc nie zamierzam – relacjonuje Arkadiusz Lindner.

Przed zawodnikami najdłuższy oes rajdu w postaci 470-kilometrowej pętli, ze startem i metą w pobliżu miasteczka rajdowego w Ułan Bator. Dodatkowo zawodnicy będą odcięci od swoich mechaników i wszystkie naprawy będą musieli wykonywać sami. Walka toczyć się będzie pośród malowniczych skał, kamienistych płaskowyży i słonych jezior.

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
Triumph Rocket 3 to od 15 lat ikona wśród najbardziej…
Skoro są wakacje, to muszą być i motocyklowe podróże! Właśnie…