fbpx
A password will be e-mailed to you.

Nie tak dawno temu w którymś z felietonów dałem upust swej frustracji i złości, znęcając się nad pewnym dziennikarzem usiłującym namówić warszawiaków jeżeli nie do publicznego linczowania motocyklistów, to przynajmniej stworzenia silnego lobby zabraniającego używania zmotoryzowanych jednośladów w naszej pięknej stolicy. Pisałem wtedy, całkowicie nie znając okoliczności powstawania tej literackiej perełki w „Kulisach”, że pewnikiem […]

Nie tak dawno temu w którymś z felietonów dałem upust swej frustracji i złości, znęcając się nad pewnym dziennikarzem usiłującym namówić warszawiaków jeżeli nie do publicznego linczowania motocyklistów, to przynajmniej stworzenia silnego lobby zabraniającego używania zmotoryzowanych jednośladów w naszej pięknej stolicy. Pisałem wtedy, całkowicie nie znając okoliczności powstawania tej literackiej perełki w „Kulisach”, że pewnikiem kilku kolesi w motocyklowym pubie w ramach dowcipu wpuściło gościa w motocyklowe maliny i naopowiadało bajek o jeździe z prędkością 200 km/h w ulicznych korkach, dodatkowo ze struną uwiązaną do szyi, ot tak, dla podniesienia ciśnienia.


REKLAMA

Tak się jednak złożyło, że kilka tygodni później miałem okazję spotkać jednego z głównych bohaterów kultowego tekstu „Prześcignąć śmierć”, niejakiego Fajera, który, przybliżając mi nieco kulisy powstawania dzieła, przy okazji w nieco nieparlamentarny sposób wyrażał się o jego autorze. Tak czy owak miałem rację, podejrzewając, że dziennikarz usłyszał jedno, a napisał drugie, podpierając się przy okazji nazwiskami lub ksywkami ludzi, którzy z pewnością nie mieli ochoty właśnie w takiej formie zaistnieć w mediach. Ta przenikliwość stała się powodem mego samozadowolenia, chociaż przyznaję, że akurat w tym wypadku wolałbym nie cieszyć się z dedukcyjnych talentów.

Jednak kilka dni po ukazaniu się omawianego powyżej felietonu pojawił się kolejny powód do samozadowolenia. Okazało się bowiem, że poruszając temat dziennikarskich nierzetelności i manipulacji, trafiłem w bardzo czuły punkt motocyklistów. Nakłamałbym wierutnie, gdybym twierdził, że redakcję zasypała lawina listów w tej sprawie, jednak porównując korespondencję zarówno klasyczną, jak i elektroniczną docierającą do „Świata Motocykli” w innych sprawach, śmiało można zaryzykować tezę, że „uwypukliłem nabrzmiałe jądro problemu”. Do redakcji napłynęły nawet wycinki z lokalnej prasy kilku regionów Polski dowodzące, że to, co zaprezentował w warszawskich „Kulisach” pan Szczepański, nie było jedynie wypadkiem przy pracy, ale standardową procedurą dziennikarską stosowaną w sezonie ogórkowym wobec motocyklistów. Powierzchowne, płaskie, żądne sensacji relacje gdzieś z pogranicza telewizyjnych kronik kryminalnych mają bowiem jedynie dwa cele: zwiększenie sprzedaży periodyku oraz wypromowanie nazwiska autora jako kolejnego krajowego Sherlocka Holmesa odkrywającego zbrodnie dokonywane przez motocyklowych dewiantów.

Zakładając z kolegami kilkanaście lat temu redakcję „Świata Motocykli”, za jeden z głównych celów stawialiśmy sobie zmianę wizerunku motocyklisty w oczach naszego społeczeństwa, a więc między innymi takich dziennikarzy, którzy z równą swadą mogą pisać o zbiorach ziemniaków, analizować papieskie homilie, recenzować wydarzenia kulturalne, jak i zgłębiać tajemnice duszy motocyklisty. Od razu trzeba przyznać, że cel częściowo został osiągnięty, bo społeczeństwo z pewnością inaczej nas teraz postrzega, jednak nie do końca jestem przekonany, czy właśnie o taką zmianę wizerunku zawzięcie walczyliśmy. Pod koniec lat 80. motocyklista postrzegany był jednoznacznie jako wiejski pijaczek na roztryndolonej SHL-ce pałętający się slalomem po zakurzonej szutrowej drodze. Oczywiście minimalny odsetek jednośladowej braci zrzeszony był w klubach, do których tylko sporadycznie doklejano łatkę „gangu”. Jednak wtedy nawet dziennikarze pokroju pana Szczepańskiego nie wypowiadali się o motocyklistach jako miejskich terrorystach z bardzo prostej przyczyny. Tylko nieliczni – ci bardzo zamożni albo rzeczywiści fanatycy – mogli sobie pozwolić na maszyny, którymi można by „terroryzować” (jeździć nieco szybciej niż samochody) kogokolwiek. Brać motocyklowa także i wtedy instalowała w swych Uralach, nielicznych „anglikach” czy Harleyach wolne wydechy, równie dziarsko ogłaszające zbliżanie się maszyny jak w obecnych czasach, ale wtedy jakoś mniej to wszystkim przeszkadzało, nie wyłączając dziennikarzy. Oczywiście dotyczyło to tylko naszych pszenno-buraczanych lokalnych motocyklistów, bo o gangach grasujących gdzieś w zgniłej Ameryce słyszeli wszyscy.


REKLAMA



REKLAMA


Odnoszę jednak wrażenie, że cały trud włożony przez redaktorskie grono naszego miesięcznika bardzo szybko obracany jest wniwecz przez głupie i nieuczciwe oraz niepotrzebne materiały emitowane w różnych mediach i przedstawiające motocyklistów jako bandy zwyrodnialców nieszanujących ani własnego, ani cudzego życia. Często te materiały podpierane są fragmentami wypowiedzi funkcjonariuszy policji, Biura Bezpieczeństwa, socjologów i psychologów często wyrwanymi z kontekstu i nieautoryzowanymi, tak jak w przypadku „Fajera”. Tak się złożyło, że od wielu lat mam okazję obserwować relacje między policjantami a „cywilnymi” motocyklistami w różnych regionach kraju i wiem, że są one co najmniej poprawne. Zdecydowana większość motocyklistów w czynny sposób dobrowolnie szkoli się w kierunku udzielania pierwszej pomocy na drodze, oddaje honorowo krew, bo doskonale wiedzą, że znacznie bardziej niż samochodziarze narażeni są na różnego rodzaju przykre wypadki na drodze.

Główny problem polega na tym, że nieliczne media zajmujące się problematyką motocyklową nie są w stanie dotrzeć do najszerszych kręgów społeczeństwa, a wielkonakładowa prasa, ogólnokrajowa telewizja czy radio zainteresowane są raczej wzbudzaniem kolejnych sensacji podnoszących poziom oglądalności czy też słuchalności niż przedstawianiem rzeczywistości. O ileż bowiem ciekawsze są sagi o gościu jadącym z żyłką zamotaną naokoło szyi (w rzeczywistości chodziło o zrywkę wentyla poduszki powietrznej w kombinezonie) w korku z prędkością 200 km/h niż jakieś ględzenie o wyprawie do Laosu czy Birmy na przechodzonym Transalpie? Z jednej strony historia samobójcy, a z drugiej jakiegoś dziwnego typa, który nie wiedzieć czemu marnuje kilka tygodni życia na dojechanie tam, gdzie można bez problemu w kilka godzin komfortowo dolecieć samolotem.

Ale może właśnie na tym polega nasza inność i odrębność, że motocykle są dla nas narzędziem do robienia takich rzeczy, których panowie z „Kulis” czy łódzkiego „Expressu Ilustrowanego” nie pojmą nigdy i nigdy nie będą w stanie przekazać całej prawdy o motocyklistach?

KOMENTARZE

REKLAMA