fbpx
A password will be e-mailed to you.

… a najlepszym na to dowodem jest grubo ponad dwadzieścia tytułów mistrza i wicemistrza Polski w wyścigach motocyklowych. Talent w Ryszardzie Urbańskim dostrzegł Bogdan Kanty, który stał się jego trenerem i sportowym mentorem. Obu wyszło to na dobre. Urbański czerpał z doświadczeń prawdziwego mistrza, a Kanty miał satysfakcję, że wychował jednego z najlepszych zawodników w Polsce.

Ryszard Urbański urodził się w marcu 1953 roku w Warszawie. W latach 70. i pierwszej połowie lat 80. był jednym z najlepszych zawodników w wyścigach motocyklowych w naszym kraju, stojącym w jednym rzędzie z takimi mistrzami jak Oskaldowicz czy Mankiewicz. Dziś Ryszard Urbański prowadzi warsztat samochodowy na warszawskiej Ochocie. Chętnie wspomina czasy swojej kariery sportowej. Jest człowiekiem skromnym, serdecznym i pogodnym. Spotkałem się z nim październiku 2021 roku i wysłuchałem opowieści o jego przygodzie ze sportem.   

 Jak wspomina Ryszard Urbański:

Pasja do motocykli była we mnie odkąd pamiętam. Skąd się zrodziła – nie wiem, ani ojciec, ani dziadek nie mieli nic wspólnego z motoryzacją. Pierwsza moja styczność z motoryzacją to silniczek doczepny do roweru Gnom. Oczywiście od razu musiałem go rozebrać, poszło szybko. Składanie zaś zajęło mi już więcej czasu, bo dwa tygodnie. Później ojciec kupił mi motorower Komar. 

Rywalizacja w klasie 50 ccm

Ze sportów motorowych bardzo interesował mnie motocross. Pamiętam, że jeździłem na strzelnicę na Bielanach, bo tam trenowali zawodnicy Legii. W tym samym miejscu trenowali też zawodnicy sekcji motorowej klubu AZS. Ten ostatni stał się niedługo po tym moim pierwszym klubem sportowym. Zaczynałem starty w sekcji motorowej AZS, a później przeniosłem się do Stołecznego Klubu Motorowego w Warszawie. 

Gdy Kanty dostrzegł mnie w klubie i zobaczył, że mam smykałkę do jazdy, chciał pomóc mi w dalszej karierze sportowej. Miałem wtedy 16 lat. Zaczął od spotkania z moimi rodzicami, aby dowiedzieć się, jak oni zapatrują się na moją zabawę w sport. Moi rodzice wyrazili zgodę, aby zajął się mną i wprowadził do poważnej rywalizacji. Tak się to wszystko zaczęło.

Bogdan Kanty uczył mnie jeździć i samemu przygotowywać motocykl do startów. Ilość wiedzy, jaką od niego otrzymałem, jest dziś trudna do wyobrażenia – mechanika, materiałoznawstwo, obróbka metali… Co równie ważne, umiał tę wiedzę przekazywać.

Na najwyższym stopniu podium. Pan Ryszard był tam częstym gościem

Pierwsze amatorskie próby rywalizacji rozpocząłem pod koniec lat 60. Poważne starty zacząłem zaś w 1970 roku. Było to spowodowane tym, że aby dostać licencję sportową, niezbędną do rywalizacji w rozgrywkach o mistrzostwo Polski, musiałem mieć prawo jazdy, a ten dokument zdobyłem dopiero w 1969 roku. Zacząłem od startów w klasie 50 ccm.

Rzeczą, którą pamiętam do dziś, było to, jak Kanty nauczył mnie startować. Na starcie nie było szybszego ode mnie. Kanty mówił mi: „Obserwuj startera już na treningu, jakie ma ruchy ręką. Nie spuszczaj go z oczu.”. To była jedna ze składowych sukcesu. Motocykle, którymi jeździłem, nie były najszybsze, ale techniką jazdy i takimi detalami, jak chociażby start, potrafiłem jechać i wygrywać. Kanty nauczył mnie, że diabeł tkwi w szczegółach, np. przygotowaniu motocykla tak, aby odpalał od pierwszego kopa i wytrzymał do końca wyścigu. Było to ważne, bo wówczas starty odbywały się ze zgaszonym silnikiem. Choć inni mieli szybsze motocykle, to zanim je uruchomili, ja już byłem pół okrążenia do przodu. Kolejna sprawa, na którą zwracał uwagę Kanty, to waga maszyny. Zawsze starałem się maksymalnie odciążyć moje motocykle. Kanty mówił mi też, abym się nie oglądał za siebie i zawsze się do tego stosowałem. Tylko raz się obejrzałem i miałem wtedy wypadek. Nigdy nie zawiodłem się na tym, czego nauczył mnie Bogdan Kanty.

Kilka lat później zacząłem równoległe starty w klasie 50 i 125. Wówczas można było startować w dwóch klasach. W pewnym momencie klasa 50 upadła. Było to spowodowane tym, że zaczęły pojawiać się u nas motorowery Kreidler i pierwsze japończyki. Krajowe motorowery, nawet perfekcyjnie przygotowane, nie miały z nimi szans. Wtedy rozpocząłem starty równolegle w klasach 125 i 175.

W swoim warsztacie na warszawskiej Ochocie. Październik 2021 roku

Do motocykla w klasie 125 używaliśmy silników WSK. W klasie 175 startowałem motocyklem z silnikiem Wiatr. Oczywiście był on od podstaw przygotowany do rywalizacji wyścigowej. Gdy byłem już utytułowanym zawodnikiem, otrzymałem od klubu Rotaxa MTX. Przez pewien czas, w formule junior, startowałem też na Metalexie. Zdobyłem ogółem kilkanaście tytułów mistrza Polski w wyścigach motocyklowych. Przez kilka lat zdobywałem mistrzostwa w obu klasach, w których startowałem równolegle.

Starty zakończyłem w 1986 roku. Miałem już wówczas rodzinę – żonę i dwie córki. Zaczynałem inaczej podchodzić do kwestii bezpieczeństwa. Tu też miał swój udział Kanty, który kiedyś powiedział mi: „Jeżeli przyjdzie czas, że zaczniesz bardziej niż o rywalizacji myśleć o tym, że możesz się wywrócić, połamać, pokaleczyć itp., to jest ten moment, aby zakończyć karierę sportową”.

Dziś uważam, że była to dobra decyzja. Odszedłem w glorii chwały, w ostatnim sezonie zdobyłem dwa tytuły mistrza Polski. To był dobry moment na koniec. Kilka lat później, gdy pojechałem na zawody, byłem bardzo rozczarowany. Nastał czas, gdy liczyły się tylko pieniądze i blichtr. Gdy startowałem z Bogdanem Kantym, wszyscy na zawodach byli jedną wielką rodziną. Kiedy zabrakło mi części, szedłem do innego zawodnika i jeżeli miał, to pożyczał. Była to zupełnie inna atmosfera. Na torze rywalizowaliśmy, a po wyścigu byliśmy dobrymi kolegami czy nawet przyjaciółmi.

Ryszard Urbański zakończył karierę sportową w pięknym stylu, zdobywając dwa mistrzostwa Polski – w klasie 125 i 175


Zdjęcia: ze zbiorów Ryszarda Urbańskiego

KOMENTARZE