Wyprawa wymaga poświęceń – musiałam się zwolnić REKLAMA Mnie walka o jedno z moich marzeń zajęła trzy lata. Pewnego dnia obudziłam się ze świadomością, że albo zaryzykuję teraz i postawię wszystko na jedną kartę, albo obudzę się za dwadzieścia lat i nadal będę tylko marzyć. I tak w lutym 2014 roku kupiłam bilet lotniczy, a […]

Wyprawa wymaga poświęceń – musiałam się zwolnić

Riding Across America


REKLAMA

Mnie walka o jedno z moich marzeń zajęła trzy lata. Pewnego dnia obudziłam się ze świadomością, że albo zaryzykuję teraz i postawię wszystko na jedną kartę, albo obudzę się za dwadzieścia lat i nadal będę tylko marzyć. I tak w lutym 2014 roku kupiłam bilet lotniczy, a z końcem marca zwolniłam się z pracy, bo nie mogłam liczyć na bezpłatny urlopu na taki długi czas, jakiego potrzebowałam. Szaleństwo? Pewnie dla większości tak, ale dla mnie była to walka o moją tożsamość. Nie chciałam żyć cudzym życiem, iść wydeptaną ścieżką.

I tak pod koniec kwietnia siedziałam w samolocie i miałam świadomość, że od tej chwili jestem zdana jedynie na siebie, nie wiedząc, co czeka na mnie za następnym zakrętem. Ale przyznam szczerze, że właśnie to mnie fascynowało w tego typu wyprawach.

Wyprawa motocyklowa – wolniej jechać, więcej zobaczyć

Riding Across America

Dlaczego na tę wyprawę wybrałam Triumpha Bonneville? Nie chciałam wielgaśnego turystyka. Chciałam motocykl z duszą, taki, na którego patrząc co rano, będę się uśmiechać.

Riding Across America

Motocykl pokochałam od razu, kiedy po raz pierwszy pojechałam nim w Bieszczady kilka lat temu. Zdaję sobie sprawę, że można podróżować szybciej, wygodniej dzięki gadżetom, ale… po co? One przesłaniają świat. Zaczynamy pędzić przed siebie, a przecież świat staje się wyraźniejszy przy mniejszych prędkościach! Ja właśnie chciałam go chłonąć, delektować się każdym kilometrem. „Bonniek” dawał mi to!

Dzięki niemu spotykałam się z wielką sympatią ze strony innych kierowców – i na drodze, i na postojach. Większość, widząc Bonneville’a, pytała, który to rocznik? Gdy odpowiadałam, że to „nówka”, nie mogli uwierzyć, bo przecież sami kilkadziesiąt lat temu jeździli takim motocyklem. Za to też kocham Triumpha.

Uziemiona w

Riding Across America

Po kilku dniach aklimatyzacji w Nowym Jorku i zakupach ostatnich rzeczy niezbędnych do wyruszenia w drogę ku Pacyfikowi, myślałam, że sam start, po trudach przygotowań, będzie jak wisienka na torcie. Lecz jak to w przygodach bywa, lepiej nic nie planować i być przygotowanym na zaskakujące zdarzenia. Z kierowcą, który miał mnie zawieźć do dealera Triumpha (gdzie czekał na mnie motocykl) byłam umówiona na dziewiątą. Jak się okazało, od tego momentu mogłam wyrzucić zegarek, bo prawdziwa wyprawa rozpoczęła się w pierwszej sekundzie przedsięwzięcia. Chłopak pomylił ulice i przez blisko dwie godziny szukałam go w „Wielkim Jabłku” (to popularna ksywa Nowego Jorku), ubrana w strój motocyklowy, z torbami i kaskiem pod pachą, w pierwszy upalny dzień roku. W końcu coś mnie tknęło i łącząc się z nim po raz dziesiąty zapytałam nieśmiało, czy na pewno jest na Manhattanie? Okazało się, że szukał mnie na Brooklynie, bo tak go nawigacja pokierowała. Śmieszne? Teraz tak, ale wtedy byłam wkurzona i wycieńczona.

Riding Across America

Zamiast wyruszyć na Bonneville’u o jedenastej, wskoczyłam na siodło dopiero po 16. Zaczynało się ściemniać i nadciągała burza, a ja miałam właśnie pokonać pierwsze kilometry po wielgaśnych, pięciopasmowych autostradach. Do tego musiałam jeszcze przebić się przez zakorkowany Nowy Jork z bagażem, do którego, aby się przyzwyczaić, potrzebowałam trochę czasu. Dzisiaj mogę się przyznać, że w tamtych sekundach pytałam sama siebie: „do licha, na co się porywam. Może lepiej było zostać w wygodnym fotelu i oglądać TV, a nie włóczyć się po świecie?” Ale rozterki nie trwały długo. Po 10 kilometrach poczułam się pewniej, bo bardzo szybko zgrałam się z „Bonnim” i wiedziałam, że czeka mnie przygoda życia. Nadszedł czas, aby wrzucić na luz, schować zegarek głęboko do sakwy i zacząć rozkoszować się chwilą.

USA motocyklem – skromny budżet wystarczy

Riding Across America

Kiedy dotarłam do Baltimore, było już po dziesiątej wieczorem. Nad moimi głowami latały dwa śmigłowce policyjne, a obok mnie przejechało pięć radiowozów. Miałam lekkiego pietra, gdzie mnie GPS poprowadził, lecz na strachu się na całe szczęście skończyło. Stromymi uliczkami Baltimore dotarłam do domu moich gospodarzy. Budżet na tę wyprawę był bardzo skromny. Miałam świadomość, że jeśli będę zmuszona nocować w motelach, to zawrócę zdecydowanie szybciej, niżbym tego chciała. Na szczęście na mojej drodze spotkałam wielu wspaniałych ludzi, którzy co noc otwierali przede mną swoje domy, goszcząc niczym kogoś z rodziny. Wszystko dzięki „Couchsurfingowi”.

Riding Across America

Dzięki temu portalowi prawie zawsze udawało mi się znaleźć nocleg. Czasem była to kanapa, czasami dmuchany materac, zdarzyło mi się również spać na ziemi, w kuchni. Dla części osób mogłyby to być warunki nie do przyjęcia, ale ja nie wybrałam się na wyjazd typu „all inclusive”, lecz na wyprawę motocyklową. I dzięki Couchsurfingowi oraz ludziom, którzy obserwowali moje poczynania w Internecie, była to podróż od człowieka do człowieka, a nie od punktu do punktu. Co wieczór, przy kolacji ludzie otwierali się przede mną, opowiadając historie swojego życia i swoich rodzin. I choć w ciągu dnia byłam sama z Bonnevillem, bardzo często otaczały nas pustkowia, gdzie jedynym, żywym stworzeniem w zasięgu wzroku był grzechotnik, wieczorami byłam otoczona wspaniałymi ludźmi. Dzięki nim nie czułam się samotna.

Początki podróży nie były łatwe. Po problemach z wydostaniem się z Nowego Jorku, już w pierwszym tygodniu zostałam uziemiona w Waszyngtonie. Na trzy dni! Wszystko przez szalejące ulewy. Nawet obwiązanie „Bońka” pontonem by nie pomogło! Później, gdy dowiedziałam się, że w tym czasie, kiedy psioczyłam na pogodę w stolicy USA, dalej na trasie, którą miałam jechać (w Wirginii oraz w Północnej Karolinie) szalały trąby powietrzne, pomyślałam, że chyba czuwa nade mną Anioł Stróż. Zrozumiałam również, że trasy to można planować w „googlu”, w domowym zaciszu, a gdy jesteśmy w siodle, to droga zaczyna kreować naszą rzeczywistość. Każdy dzień był wielką niespodzianką. Nieprzewidywalna pogoda nieraz dawała mi w kość, lecz codziennie otaczały mnie nowe widoki.

Riding Across America

Zostawiali mi swoje domy

Riding Across America

Północna Ameryka jest wspaniałym kontynentem, z setkami cudownych tras motocyklowych i majestatycznych parków narodowych, lecz to ludzie sprawiają, że to kraina tak pociągająca. Czemu? Bo ci ludzie nie boją się marzyć. Dla nich marzenia są po to, by je realizować. Dzięki temu czułam się, jak w domu. Ja również byłam marzycielem, zwariowaną duszą, która chce porzucić to, co dla większości jest wyznacznikiem sukcesu. A w Ameryce, jak mówią jej mieszkańcy, „sky is the limit”, choć ja się śmieję, że po skoku Felixa Baumgartnera z kosmosu, to już nawet niebo nie jest limitem.

Riding Across America

Co wieczór poznawałam nowe osoby. Łączyła je miłość do podróży i przygód. Nocowałam w domach studentów, emerytów, innych podróżników, mormonów, kaznodziei, ateistów, osób z wyższych sfer i tych żyjących bardzo skromnie. Wszyscy odnosili się do mnie z wielkim szacunkiem i serdecznością. Może zabrzmi to patetycznie, lecz dzięki Couchsurfingowi uwierzyłam znowu w ludzkość. Żyjemy w czasach, w których normą są zamknięte, strzeżone osiedla, ludzie spoglądają na siebie wilkiem, a tu nagle zupełnie obce osoby otwierały przede mną swoje domy! Czasem, będąc jeszcze w trasie, dostawałam SMS z informacją, gdzie jest schowany klucz, bym po przybyciu mogła się rozgościć. Czasem gospodarze udostępniali mi całe, letnie domy. Niewiarygodne, prawda?

Wejściówka do Hollywood

Riding Across America

Czy czasami się bałam? Oczywiście! Zdarzyły się dwie, trzy sytuacje, kiedy nie miałam pewności, czy ludzie, którzy będą mnie gościć, mają dobre zamiary. Lecz to ja częściej dawałam się ponieść stereotypom. Część osób po prostu przeżywała trudny etap życia. Zawsze starałam się zaufać swojemu instynktowi, nie pakować się w niepotrzebne kłopoty. Miałam świadomość, że w niektórych, odludnych miejscach pomoc może nie nadejść na czas. Baaa… Bardzo często nie miałam zasięgu w telefonie, choć kupiłam amerykańską kartę prepaidową.

Riding Across America

Nie chcę straszyć kogokolwiek, bo spotkałam się z wieloma wspaniałymi gestami. Jadłam gołąbki nad Wielkim Kanionem, makowiec w Vancouver, polską kiełbasę w Calgary czy pomidorówkę w Chicago – wszystko dzięki wspaniałym ludziom.

Mało tego, zapytana przez moich gospodarzy w Los Angeles, co chciałabym robić w tym mieście, odpowiedziałam: „Kocham film” I w ciągu jednego dnia załatwili mi wejście do dwóch studiów filmowych: Paramount Pictures oraz Fox Studio! Na własne oczy widziałam Oscary, stroje z Titanica czy X-Mena, nie wspominając o kilku gwiazdach. Wszystko dzięki temu, że się odważyłam sięgnąć po własne marzenie.

Jako przekąska dla grizzly…

Riding Across America

Połykając kolejne zakręty, czasem zatrzymując się, by choć na moment zatrzymać tę chwilę, żyłam marzeniem, momentami tracąc orientację. Dopiero po chwili zdawałam sobie sprawę, że zmieniłam stan. Znakiem rozpoznawczym była… zmiana gatunku padliny na drodze. Najpierw były to wiewiórki, potem jelenie, węże, aligatory, grzechotniki, skunksy (które było czuć z daleka) czy pancerniki. Ale prawdziwym wstrząsem było spotkanie z grizzly – i to żywym!

Niedźwiedź zszedł z góry wprost na drogę. Cudem wyhamowałam, żeby się z nim nie zderzyć. I stałam, jak wryta. Mój strach osiągnął apogeum, gdy niedźwiedź zaczął iść w moją stronę. A chyba nie muszę nikomu przypominać, że prawie żaden motocykl nie ma wstecznego! Na szczęście grizzly obszedł mnie z boku w odległości dwóch metrów. Zatrzymał się na chwilę i na mnie spojrzał. Nie wiem, czy mu się motocykl spodobał, czy był już po obiedzie, a może uznał, że nie warto się uganiać za taką „przekąską”, jak ja, ale puścił mnie wolno i wrócił, skąd przyszedł.

Riding Across America

Każdy dzień niósł wiele przygód. Na dowód tego, że Ameryka Północna z bajkowymi widokami i przecudownymi trasami (m.in. Pacific Coast Highway, drogi w stanie Utah czy trasa w stanie Alberta, w Kanadzie, między lodowcami) mnie zahipnotyzowała, niech będzie fakt, że początkowo planowałam zrobić tylko 16 000 km. Jednak licznik zatrzymał się na mecie z wynikiem 19 728 km!

Czy kiedyś tam wrócę? Na pewno. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości i również na motocyklu!

Więcej o podróżach Weroniki przeczytasz na www.ridingacross.com.

 

O trasie przez USA

Długość trasy: 19 728 km

Czas: 80 dni

Cena paliwa: od 3,14 zł do 4,8 zł za litr

 

Koszt noclegów od osoby:

kempingi: ok. 30-35$

motele: 34-68 $

hostele: 26-32 $

couchsurfing: za darmo

Riding Across America

KOMENTARZE

REKLAMA