Trylogia, która łączy pokolenia – tak mówi się dziś o książkach Moniki. Ale zanim powstała popularna wśród młodzieży, przygodowa seria „Kroniki Saltamontes”, Monika Marin dała się poznać światu jako nauczycielka, modelka, dziennikarka, podróżniczka, a także… jedyna w latach 1994-1998 zawodniczka Motocyklowych Mistrzostw Polski.

Tak, jak w życiu często bywa, tak i w tej historii nic nie dzieje się przypadkiem. Zaczęło się od studiów pedagogicznych. – Zawsze uważałam, że ten dział w społeczeństwie mocno szwankuje i na tym polu jest wiele do zrobienia. Rozwijamy się technologicznie, mamy demokrację, równouprawnienie kobiet, ludzie latają w kosmos, a w szkole wciąż panuje feudalizm i zasady rodem z XIX wieku – mówi dziś Monika.


REKLAMA

To, co najważniejsze w życiu

Dusza rewolucjonistki już wtedy, świeżo po studiach, dawała o sobie znać. – Zmienić należy cały system edukacji, a nie łatać dziury w obecnym, bo naprawianie tego, co od dawna nie działa i przez co z roku na rok zwiększa się liczna samobójstw wśród dzieci i młodzieży – nie ma sensu – dodaje.

Monika MarinTo właśnie ta myśl, i przykład Finlandii jako kraju, który wprowadził drastyczne zmiany i doskonale na tym wyszedł, przyświecały Monice, gdy zaczynała swoją pierwszą pracę. Szybko jednak szkolne realia sprowadzają ją na ziemię. – Odkryłam, że nauczyciel jest jedynie pionkiem w ogromnej, zardzewiałej maszynie i poza małymi wyjątkami głównie musi realizować wytyczne narzucone przez grupę ludzi, którzy tworzą programy niedostosowane do potrzeb naszych czasów. W przedszkolu zatem pracowałam tylko pół roku, potem trzy lata w szkole podstawowej i to pozwoliło mi się zorientować, że albo się dostosuję do tego, co zastałam, albo z moimi rewolucyjnymi pomysłami lepiej, gdybym zmieniła zawód. Nie miałam zamiaru się dostosować.

Dyplom do szuflady

Dyplom ląduje w szufladzie (I leży tam do dziś – śmieje się). Na tym etapie jeszcze nie spodziewa się, że zdobyta na studiach i po nich wiedza kiedyś jeszcze bardzo jej się przyda. Ale z czegoś trzeba żyć.

Monika MarinMonika podejmuje pracę modelki. Szybko jednak okazuje się, że to dziennikarstwo sprawia jej największą radość, a pisanie to jej „konik”. – Dziś, po ponad 20 latach od napisania pierwszego artykułu, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że pisanie jest jedną z najważniejszych rzeczy, jakie robiłam w życiu – podkreśla.

Wyścigi zamiast podróży

W tym czasie dużo też podróżuje. Na motocyklu zwiedza między innymi USA, Europę i Afrykę Północną – aż do Casablanki. Po jednej z wypraw trafia ze znajomymi na tor w Poznaniu i… przepada.
– Wyścigi dopiero raczkowały, ich nazwa co chwilę się zmieniała (Polonia Cup, Polonia Open), pierwsi zawodnicy przyjechali w większości na drogowych, a nie sportowych motocyklach. Przejechałam się wtedy po torze z czystej ciekawości (Suzuki GSX – R 1100) i pierwszego dnia byłam…przedostatnia. Ale coś się we mnie zatliło, ponieważ odkryłam, że wyścigi to nie tylko kręcenie się w kółko po torze, a przede wszystkim analiza i myślenie.

Monika Marin

Kosztem podróży, spędziłam na torze cztery sezony. Po kilkunastu treningach zaczęłam jeździć całkiem dobrze i licencję otrzymałam bez problemu. Gdy zmieniłam motocykl na lżejszy (Suzuki TL 1000 S ), zaczęłam w swojej klasie (Sport powyżej 600 ccm) jeździć w czołówce. Przez większość czasu spędzonego na torze byłam jedyną kobietą. Wspominam ten okres bardzo dobrze i myślę, że to właśnie wyścigi nauczyły mnie podejmowania błyskawicznych i dobrych decyzji, koncentracji, refleksu oraz niepanikowania w trudnych chwilach. Gdy wskazówka „zegara” podczas wyścigu przekracza 200 km/h, człowiek znajduje się w innym świecie i trudno nawet wytłumaczyć ten stan komuś, kto nigdy tego nie doświadczył.

Pytanie, które wszystko zmienia

Motocykle zresztą od zawsze towarzyszyły Monice. Pierwsza maszyna – „Emzetka” – pojawia się, kiedy dziewczyna nie miała jeszcze prawa jazdy. Dziś wspomina: – Wstawałam o 6 rano, aby dopchać ją do pobliskiego lasu, odpalić na kopa, jeździć godzinę, a potem z powrotem dopchać do garażu. Robiłam tak tygodniami. Ludzie pukali się w czoło, a sąsiedzi komentowali „co z niej wyrośnie”…

Monika MarinPotem pojawiają się kolejne maszyny: Suzuki GSX 750 Katana, na którym zresztą jedzie w swoją pierwszą podróż przez Europę (do włoskiego Salerno) i pierwsza „torówka” – Suzuki GSX – R 1100.
Motocykl, który najbardziej zapadł jej w pamięć? – Suzuki TL – 1000 S. Nigdy go nie zapomnę przez czujnik przechyłu, który odcina motocykl od możliwości jazdy na kilkanaście sekund, jeśli położy się. Mam takie wspomnienie – koszmar: wyobraź sobie, przygotowujesz się do wyścigu kilka miesięcy, stoisz na starcie, ryk maszyn, adrenalina, tylko sekundy dzielą cię od rozpoczęcia wyścigu, a zawodnik, który stoi przed tobą stwierdza, że jego motocykl stoi krzywo, więc wycofuje i… przewracając mojego TL-a….

 

W normalnych okolicznościach postawiłabym motocykl na koła i ruszyłabym z impetem, ale ów czujnik spowodował, że kilkanaście sekund należało odczekać, aż motocykl pozwoli mi na jazdę. Wszyscy ruszyli, a ja stałam….Wiesz, co znaczy kilkanaście sekund w takim wyścigu? Aż się dziwię, że mimo takiego opóźniMonika Marinenia, nie byłam ostatnia, a co więcej udało mi się całkiem sporo odrobić – opowiada.
Kariera dziennikarska Moniki jest wtedy w rozkwicie. Pisze do „Playboya”, „Motocykla”, „Voyage”, „AutoMoto”. Współtworzy telewizyjny program motoryzacyjny. Artykuły o niej pojawiają się jako inspiracja dla innych kobiet w prasie kobiecej („Elle”, „Przyjaciółka”, „Olivia”, „Twój Styl”, „Na żywo”). Któregoś dnia syn zadaje jej pytanie, które całkowicie zmienia bieg wydarzeń: „Mamo, czy napiszesz dla mnie książkę przygodową”..?

Chodzi o wspólną przyszłość

– Zastanowiłam się, co jest potrzebne do napisania dobrej książki przygodowej dla dzieci i młodzieży i doszłam do wniosku, że wszystko mam: teoretyczną wiedzę pedagogiczną z racji ukończonych studiów, praktyczną – bo miałam już własne dzieci, ogólne pojęcie na temat świata – opisywane w książkach miejsca zwiedziłam osobiście, młody duch – mimo upływu lat wciąż jeżdżę na motocyklu i tę odrobinę szaleństwa mocno pielęgnuję w sobie; umiejętność pisania – po wielu latach pracy dziennikarskiej potrafiłabym strzelić felieton obudzona w środku nocy.

Monika Marin

Do tego głęboko w sercu nosiłam tęsknotę za dzieleniem się swoimi przemyśleniami, złotymi myślami, które podobne są do myśli Janusza Korczaka.
Powstaje trylogia: „Kroniki Saltamontes” i z miejsca podbija serca dzieci i młodzieży. Kluczem do sukcesu okazują się ogólnoludzkie prawdy, które autorka „przemyca” na stronach powieści: – Pisanie dla młodzieży wiąże się z wielką odpowiedzialnością. Każda moja książka jest mocno przemyślana. Wiedziałam, że chcę ująć w moich książkach uniwersalne, ponadczasowe wartości, które dotyczą każdego z nas, niezależnie od wieku, pochodzenia, wykształcenia, koloru skóry.

Dobra edukacja

Młodzi ludzie są przyszłością. To, co wsadzimy im do głów dzisiaj, będzie miało wpływ na to, jak wykorzystają w przyszłości również wynalazki i udogodnienia, które stworzyliśmy. Walka i rywalizacja doskonale sprawdza się w sporcie, natomiast w życiu nie rozwiązuje żadnych spraw, a wręcz je zaostrza. Nauczenie młodzieży empatii i działania w grupie może wpłynąć na to, że zamiast zwalczać się, zaczniemy myśleć globalnie i przestaniemy niszczyć planetę, a w rezultacie samych siebie. To powinno być głównym założeniem szkoły, a nie wykształcanie w młodzieży przekonania, że jest się lepszym lub gorszym od innych.

KOMENTARZE


REKLAMA