Pomysł wyjazdu po alpejskich przełęczach zrodził się po obejrzeniu programu Top Gear, którego autorzy poszukiwali najlepszej i najciekawszej drogi na kontynencie europejskim – pisze Tomek Kropiński.

W tym samym czasie byłem w trakcie robienie prawa jazdy na motocykl, więc pomyślałem – czemu by nie zrobić podobnej trasy, ale motocyklem. Prawo jazdy odebrałem we wrześniu 2011 roku i od tego momentu rozpoczęło się kompletowanie wyposażenia dla motocyklisty.


REKLAMA

Zobacz także: Suzuki DL 650 V-Strom | Spełnione Marzenia

Ostatnią rzeczą, a najważniejszą, był zakup w połowie kwietnia Suzuki DL650a i od tego momentu zaczęło się planowanie wyjazdu wakacyjnego. Wybór padł na Suzuki, ponieważ miał być to motocykl turystyczny, a na wyjazd chciałem wybrać się ze swoja drugą połową. Po przeczytaniu wielu opinii w internecie uznałem, że V-strom zapewniał mnie i jej dość komfortowe pokonywanie kolejnych kilometrów.

Maraton pierwszego dnia

Trasa która była w programie Top Gear, została dość mocno zmodyfikowana. Wyjazd nastąpił 4 sierpnia rano z okolic Bydgoszczy i tego dnia chcieliśmy dotrzeć do Nurnberg w Niemczech na nocleg do mojego kuzyna, więc do pokonania mieliśmy dystans około 800 km.

Dodam, że przed wyjazdem najdłuższą trasą, jaką pokonaliśmy wspólnie, było około 350 km, więc 800 km jednego dnia dla raczej mało doświadczonego motocyklisty było dość ciekawym wyzwaniem, nie wspominając już o plecaczku, któremu na niemieckich autostradach z nudy zamykały się oczy. Droga do Nurnberg przebiegła dość sprawnie, lecz odległość, jaką pokonaliśmy, dała nieco w kość naszym czterem literom.

Następnego dnia czekało nas pokonanie około 630 km i podróż nad Jezioro Genewskie do miejscowości Villeneuve w Szwajcarii, gdzie mieliśmy w planach spędzenie dwóch lub trzech dni na kempingu. Niestety po dotarciu na kemping w ulewie, która złapała nas w pobliżu Jeziora Genewskiego, okazało się, że możemy zostać najwyżej na jedną noc i z samego rana musieliśmy opuścić ów kemping.

Smoke On The Water

Poranek nie wyglądał obiecująco, niebo zachmurzone i padający deszcz nie nastrajał nas optymistycznie, do tego musieliśmy opuścić kemping i szukać nowego miejsca noclegowego z nadzieją, że gdzie indziej nie będzie problemu z rozbiciem namiotu na dwa dni.

Ruszyliśmy boczną drogą nr 144 w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotu. Udało się je znaleźć po zaledwie 6 km. Tego samego dnia po południu pogoda się znacznie poprawiła, co pozwoliło nam na wycieczkę do Montreux, które słynie z pięknego widoku na Jezioro Genewskie, a także z tego, że na głównym placu znajduje się pomnik legendarnego lidera zespołu Queen, Freddiego Mercury’ego, który spędził tu ostatnie dni swojego życia i skomponował ostatnie utwory.

W Montreux w 1971 roku zespół Deep Purple nagrywał album Machine Head, spłonęło wtedy miejscowe kasyno. Wydarzenie to przyczyniło się do powstania jednej z najsłynniejszych piosenek w historii rocka – „Smoke On The Water”.

Widok na Mont Blanc

Kolejny dzień zapowiadał się bardzo ciekawie. Po deszczowej pogodzie nie było śladu, a my wybieraliśmy się do Francji do Chamonix, aby wjechać kolejką linową na szczyt Aiguille du Midi (3842 m) i zobaczyć stamtąd Mont Blanc (4810 m). Niestety okupione to było dość długim oczekiwaniem na bilety, a także na wyznaczoną godzinę odjazdu kolejki linowej. Pogoda była wymarzona a ze szczytu Aiguille du Midi rozciągał się wspaniały widok na Alpy i dolinę Chamonix.

Piąty dzień naszego wyjazdu zakładał dotarcie do miejscowości Andermatt w Szwajcarii. Do pokonania mieliśmy dystans około 200 km, co przy pierwszych dwóch dniach naszej podróży wydawało się być niczym, więc zakładaliśmy spokojny przejazd i delektowanie się otaczającymi nas widokami.

W czasie jazdy drogą nr 19 i podjazdu na przełęcz Furkapass moją towarzyszkę podróży bardzo zaniepokoił fakt mrugającej od pewnego czasu rezerwy paliwa. Ja natomiast w tym momencie byłem tak pochłonięty pokonywaniem zakrętów, że tylko odparłem, że niedługo będzie stacja. Podczas zjazdu z przełęczy sam zacząłem się trochę zastanawiać czy aby nie trzeba było jednak zatankować przed rozpoczęciem podjazdu, gdyż już wtedy rezerwa się świeciła.

Udało nam się dotrzeć do stacji benzynowej w miejscowości Andermatte, lecz tu czekała na nas niespodzianka. Stacja okazała się bezobsługowa, a w dodatku automat do poboru opłat był uszkodzony. Na szczęście nie była to jedyna stacja paliw w tej miejscowości, choć tę, na której tankowaliśmy, ciężko było nazwać stacją paliw, do jakich my, Polacy, jesteśmy przyzwyczajeni.

Kolejny dzień zakładał przejazd przez kilka szwajcarskich przełęczy: Furkapass (2436 m), Grimselpass (2165 m), Sustenpass (2224 m), Passo della Novena (2478 m), Gotthard Pass (2106 m) i powrót do Andermatte. Na trasie było mnóstwo motocyklistów, którzy tak jak my, przy idealnej pogodzie zachwycali się pięknem otaczających nas górskich szczytów. Na parkingach można było też spotkać wielu emerytów, których pasją jest podróżowanie dość już leciwymi kabrioletami.

Na samo południe

Siódmy dzień naszego wyjazdu zakładał dotarcie na samo południe Szwajcarii do miejscowości Bellinzona. Trasa wiodła przez przełęcz Oberalppass (2048 m) wzdłuż zbiornika wodnego Lai da Sontga Maria przy drodze 416, a następnie drogą E35 do Bellinzone. Tego dnia pogoda dała nam mocno w kość, tym razem z powodu upału. Im dalej na południe, tym mocniej dawał się nam we znaki żar lejący się z nieba. Bellinzona słynie ze średniowiecznych budowli warownych, które od 2000 roku należą do listy światowego dziedzictwa UNESCO.

Następnego dnia mieliśmy do pokonania słynną San Bernardino Pass, którą pokonywali też twórcy programu Top Gear. Droga przebiegająca przez przełęcz ma długość 60 km, a w najbardziej stromym punkcie jej nachylenie wynosi ok. 10%. Jest ona zamknięta na okres zimowy – od listopada do kwietnia. Dodam że droga jest mocno uczęszczana i potrafią tworzyć się na niej korki. Po przejeździe przez San Bernardino Pass, dotarciu do miejscowości Clavadoiras i rozbiciu namiotu udaliśmy się w kolejną trasę w kierunku przełęczy Albulapass (2315 m) potem drogą nr 27 i 28 na przełęcz Flüelapass (2383 m), która również miała swoje 5 minut w programie Top Gear.

Niestety, cały urok tej pięknej trasy został zepsuty przez gigantyczny korek i ruch wahadłowy spowodowany wypadkiem drogowym. Dalsza część trasy biegła przez słynne szwajcarskie Davos, niestety nie było czasu na krótki postój, ponieważ słońce schowało się już za szczyty gór a temperatura zaczęła gwałtownie spadać i robiło się coraz zimniej i ciemniej.

Ze Szwajcarii do Włoch

Kolejnego dnia opuszczaliśmy piękną Szwajcarię i zmierzaliśmy do słynnego wśród Polaków kurortu narciarskiego Livigno oraz dalej w okolice Bormio. Zjeżdżając z przełęczy Julierpass (2284 m) nad jeziorze Silvaplana ujrzeliśmy sporą grupę miłośników windsurfingu i kitesurfingu.

Dalej trasa wiodła przez Sankt Moritz w kierunku przełęczy Passo del Bernina (2328 m) a potem w kierunku Livigno. Tam postanowiliśmy spróbować włoskiej pizzy, a także zrobić zakupy w strefie wolnocłowej. Po napełnieniu brzuchów i upchnięciu zakupów w kufry ruszyliśmy drogą SS301 do miejscowości Valdidentro gdzie w planach mieliśmy nocleg na kempingu.

Dziesiątego dnia naszej podróży czekała nas uczta dla oczu – słynna Passo dello Stelvio (2757 m) Początkowy plan zakłada przejazd przez Passo dello Stelvio i powrót przez przełęcz Umbrailpass 2503m do miejscowości Valdidento. Niestety, dotarła do nas informacja, że kolejne dni maja być bardzo deszczowe i w związku z tym po powrocie na kemping postanowiliśmy się spakować i jeszcze raz przejechać przez Passo dello Stelvio.

Przy drodze SS38 przed miejscowością Prato Allo Stelvio znajduje się przydrożny skansen, w którym można podziwiać przedziwne rzeczy stworzone przez Lorenza Kuntnera. Dalsza część trasy przebiegała drogą SS38 do Merano a następnie drogą SS44 i SS44bis, czyli przez słynną przełęcz Timmelsjoch (2474 m) na granicy Austrii i Włoch.

Która pizza lepsza

Na nocleg zatrzymaliśmy się w miejscowości Soelden, ale nim rozstawiliśmy namiot, odwiedziliśmy włoską restaurację, w której zamówiliśmy pizzę. Porównanie pizzy z Livignio i Soelden zdecydowanie wypada na korzyść pizzy z Soelden.

Następny dzień był dniem totalnego relaksu. Do południa spacer po Soelden, po południu postanowiliśmy wsiąść na motocykl i wybrać się na krótką wycieczkę by zobaczyć lodowiec Rettenbach oraz lodowiec Tiefenbach. Na lodowiec Tiefenbach dojeżdża się najwyżej położoną droga asfaltową w Alpach oraz przez najwyżej położony tunel drogowy w Europie. Po dotarciu pod jęzor lodowca postanowiliśmy wjechać koleją gondolową na szczyt Tiefenbachkogl (3250 m). Znajduje się tam platforma widokowa, z której rozpościera się przepiękny widok na górskie alpejskie szczyty. Wracając do Soelden natrafiliśmy na drodze na stado krów, które w ogóle nie zwracały uwagi na przejeżdżające pojazdy i poruszały się prawie całą szerokością drogi. Wieczorem wybraliśmy się jeszcze do miejscowości Längenfeld, w której znajdują się termy wodne.

Oberwanie chmury

Po tak spędzonym dniu byliśmy gotowi opuścić Soelden i jeszcze raz delektować się widokami, przejeżdżając przez przełęcz Timmelsjoch. Dalsza część trasy prowadziła drogą SS44 do miejscowości Vipiteno , potem na południe drogą SS12 i SS49 do miejscowości Zona Artigianale, gdzie odbiliśmy na drogę prowadzącą do granicy włosko-austriackiej.

Biegnie ona przez malownicze tereny do położonego u podnóża grupy górskiej Vedrette di Raies szmaragdowozielonego jeziora Lago di Anterselva. Okolice te są eldoradem dla narciarzy biegowych, co roku jest tu rozgrywany Puchar świata w biathlonie. Przejazd przez grzbiet Passo di Stalle prowadzi do austriackiej doliny Defreggental.

Drogą L25 i 108 dotarliśmy do miejscowości Lienz. Skąd ruszyliśmy dalej 107 w kierunku słynnej Grossglockner. W związku z tym, że pora była już dość późna i bezchmurne niebo zaczęło pokrywać się deszczowymi chmurami, postanowiliśmy rozbić namiot w okolicach Dollach. Jak tylko się rozstawiliśmy i zjedliśmy po chińskiej zupce, przyszło oberwanie chmury. Kładąc się spać liczyliśmy że rano obudzą nas promienie słońca.

Niestety następny dzień przyniósł nam chyba najgorszą pogodę w czasie naszego wyjazdu. Było mokro, pochmurno i od czasu do czasu padał deszcz. Nie pozostawało nam nic innego jak tylko spakować się i ruszyć na Grossglockner. Na parkingu pod tym najwyższym austriackim szczytem (3798 m) widzieliśmy grupę osób, które wybrały się na wyjazd starymi skuterami Vespa. Jak widać, nieważne czym, byle dojechać.

Wracamy do domu

Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym warunki do jazdy były coraz gorsze, aż w końcu przyszło nam zjeżdżać w deszczu oraz przy kiepskiej widoczności. Po dotarciu do miejscowości Zell am See po deszczu nie było już śladu, a droga zaczęła przesychać, więc można było nieco podkręcić tempo. Tego dnia do pokonania mieliśmy dystans około 420 km do Nurnberg w Niemczech na nocleg u rodziny.

W drodze powrotnej do Bydgoszczy zawitaliśmy jeszcze do naszego kolegi Marcina ze Szklarskiej Poręby oraz do Piotra poprzedniego właściciela Suzuki DL 650.

Motocykl spisał się doskonale, nie było z nim żadnych problemów, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że był to trafny wybór. Łącznie w czasie dwóch tygodniu przejechaliśmy prawie 5 tys. kilometrów, zaliczyliśmy kilka mniej lub bardziej znanych przełęczy z niesamowitymi widokami.

Słowa uznania należą się drugiej połówce, która jako plecaczek dzielnie znosiła kolejno nawijane kilometry i od czasu do czasu temperowała moje chęci mocniejszego odwijania manetki gazu.

Tekst i zdjęcia Tomasz Kropiński

KOMENTARZE

REKLAMA