fbpx
A password will be e-mailed to you.

Paweł Golec o muzyce w swoim zyciu Piotr Paryła: Powiedziałeś kiedyś, że ważne jest to, na ile lat człowiek czuje się mentalnie. Na ile Ty się czujesz? Paweł Golec: Wciąż czuję się „studentem”, jak na pierwszym roku. To, kim jesteśmy i na ile się czujemy, jest przede wszystkim w naszej głowie. Moja mama Irena ma […]

Paweł Golec o muzyce w swoim zyciu

Advertisement

Piotr Paryła: Powiedziałeś kiedyś, że ważne jest to, na ile lat człowiek czuje się mentalnie. Na ile Ty się czujesz?

Paweł Golec: Wciąż czuję się „studentem”, jak na pierwszym roku. To, kim jesteśmy i na ile się czujemy, jest przede wszystkim w naszej głowie. Moja mama Irena ma 76 lat. Mimo swojego wieku mentalnie jest bardziej rześka od niejednego dwudziestoparolatka. Jest osobą bardzo energiczną, pełną radości życia, ciągle zwiedza świat. To przykład, że wiek jest rzeczą drugorzędną. Liczy się to, co w środku człowieka, ten tzw. wigor.

P.B.: Masz swoją receptę na życie?

P.G.: Jest kilka takich recept. Przede wszystkim poczuć wdzięczność za to, co mam. Za to, że jestem, że żyję. Kiedy wstaję rano, dziękuję, że jestem zdrowy, że otworzyłem oko i że mogę tym okiem popatrzeć na żonę, dzieci. Poza tym czuję wdzięczność za pracę, którą kocham. To bardzo ważne, żeby robić to, co się lubi. Ja mam to szczęście. Przecież jesteśmy na tym świecie tylko na chwilę, dlatego warto każdy dzień dobrze przeżyć. Poza tym trzeba się zastanowić, po co w ogóle tu jesteśmy, jaką mamy misję. Każdy z nas został do czegoś powołany.

P.B.: Czy jest poza muzyką coś, czemu poświęcasz się w szczególny sposób?

P.G.: Muzyka nam – mnie i bratu – w sercu gra i z nią się utożsamiamy. Wielu ludzi próbuje teraz udawać i coś budować na fali popularności folku. U nas to jest autentyczne. Poza tym mamy od 2003 roku Fundację Braci Golec, w której działają cztery Ogniska Twórczości Artystycznej na Żywiecczyźnie. Są to małe szkoły muzyczne, w których obecnie uczy się grać 160 dzieciaków. Jeżeli poczują tzw. nutę, później mogą nadać swojemu graniu kierunek. My pokazujemy im i uczymy je tradycji góralskiej, dbania o stroje regionalne, gwarę, obyczaje itp…

Przede wszystkim pokazujemy, że muzyka czy sztuka ludowa jest sama w sobie czymś pięknym, wręcz towarem eksportowym. Poza tym wydajemy książki – albumy o strojach ludowych w polskich Karpatach (wydaliśmy już pięć tomów). To wszystko można zobaczyć na naszej stronie internetowej www.fundacjabracigolec.pl.

P.B.: A czego słuchałeś w drodze na nasze spotkanie?

P.G.: Muzyki klasycznej, ale lubię też np. dobry rock’n’roll. Jestem otwarty na różne gatunki, od heavy metalu po jazz i gospel. Nigdy nie mówię, że jakiś rodzaj muzyki jest zły. To kwestia świadomości i gustu. Lubię odpoczywać przy muzyce, ale też w zupełnej ciszy.

P.B.: Przyniosłeś ze sobą bardzo oryginalny instrument…

P.G.: To puzon tenorowo-basowy austriacko-szwajcarskiej firmy Schagerl. Jedyny taki model na świecie. Prawdziwy Rolls-Royce wśród puzonów.

Motocyklowe inspiracje

P.B.: Trudno wydobyć z puzonu dźwięk? Mogę spróbować?

P.G.: Muszę ci pokazać, jak to zrobić, bo ten instrument jest trudny. Jest inaczej niż na przykład w fortepianie, w którym naciskasz klawisz i masz gotowy dźwięk. Tutaj trzeba dźwięk wydobyć z siebie. Kontrolować go…

P.B.: Poproszę o pierwszą lekcję…

P.G.: Pozycja przy instrumencie dętym wygląda, jakbyś stawał do walki. Trzeba być drapieżcą na scenie. Musisz nabrać powietrza, zrobić odpowiednią szczelinę w ustach i dmuchnąć. Zacisnąć obie wargi jak do wymówienia słowa „mama” i ten słup powietrza wdmuchać w puzon. Ale to dopiero początek. Później dochodzi prowadzenie frazy, melodii. Instrument to tylko przekaźnik, wzmacniacz. Muzyka powstaje w głowie.

P.B.: Możesz nam zdradzić, nad czym teraz pracujecie?

P.G.: Od dwóch lat pracujemy nad wielkim projektem symfoniczno-etnicznym. Nagrywamy 20-21 czerwca w Bukowinie Tatrzańskiej. Będą: Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, 50-osobowa orkiestra dziecięca, chór gospel i muzycy etniczni z różnych części świata. W sumie 300 osób na scenie. Koncert nagramy na tle Tatr. Chcemy wydać płytę i DVD. Naszym celem jest wydanie tej płyty jeszcze w tym roku.

P.B.: Czy motocykl inspiruje Cię muzycznie?

P.G.: Oczywiście, że tak. Podczas jazdy na motorze sporo sobie nucę różnych melodyjek, później je nagrywam na dyktafon. Kto wie, może w niedalekiej przyszłości napiszę utwór o tych przyjemnych doznaniach, jakie towarzyszą mi podczas podróżowania na moim chopperze. Wszystko przede mną!

P.B.: Człowiek z tak wyczulonym słuchem zapewne przywiązuje wagę do dźwięku motocykla…

P.G.: Tak, chociaż w swoim sprzęcie mam wydech prosto z fabryki (śmiech).

Advertisement

Motocykl Pawła Golca

P.B.: Kiedy w Twoim życiu pojawiły się dwa kółka?

P.G.: W dzieciństwie. Sąsiad miał Junaka i woził nas uliczkami dookoła naszego domu. Pamiętam, jak trzy ulice dalej położony został nowy asfalt i nasza radość była jeszcze większa. Nie prowadziłem, tylko siedziałem z tyłu. Raz nawet spadłem, gdy sąsiad za szybko ruszył…

P.B.: A pierwsza samodzielna jazda?

P.G.: W Milówce, Komarem. Później była bardzo długa przerwa. Dopiero mój sąsiad z Bielska-Białej, Krzysiek, który jest zafascynowany motocyklami, przypomniał mi o nich. Połknąłem bakcyla na nowo. Identycznie miałem z nartami. Jeździłem w dzieciństwie, dopóki brat nie złamał nogi. Zrobiłem sobie długą przerwę i dopiero niedawno znów spróbowałem. Teraz jeżdżę regularnie.

P.B.: Motocykl masz od kilku lat. Jaki to sprzęt?

P.G.: Yamaha Midnight Star 1300. W zeszłym roku zrobiłem niewiele kilometrów, cztery i pół tysiąca. Urodziła mi się druga córeczka, więc musiałem poświęcić jej dużo uwagi. Jeżdżę głównie po górach, do Milówki, na Słowację. Zabieram ze sobą starszą córkę. Maja ma 11 lat i uwielbia ze mną jeździć. Cały czas ze sobą rozmawiamy przez system komunikacji w kaskach.

P.B.: Myślisz niekiedy o przesiadce na inny rodzaj sprzętu?

P.G.: Mógłbym spróbować czegoś typowo turystycznego, może jakieś BMW. Chociaż ostatnio zobaczyłem na żywo nowego Indiana. Świetny sprzęt. Myślę, że niedługo będzie okazja go przetestować. Najmniejszy sentyment mam chyba do ścigaczy.

P.B.: Co sprawiło, że polubiłeś motocykle?

P.G.: Na co dzień mam mnóstwo zamieszania, a na motorze odnajduję spokój, uciekam od wszystkiego. Latem lubię przejechać się przez małe miejscowości, poczuć zapach ogniska, grilla, chłonąć pejzaże, zakosztować kontaktu z naturą, wręcz dotykać przyrody. To jest właśnie ta wolność, której nie poczujesz, jadąc samochodem. Porównywalny poziom adrenaliny, emocji i wolności daje mi jazda na nartach. Fantastyczną sprawą są też katamarany. Chcę zrobić kurs i na pewno kiedyś kupię katamaran. Choć to daje już zupełnie inny rodzaj poczucia wolności.

motocyklowe, i nie tylko, podróże

P.B.: Sporo podróżujesz. Na pewno odwiedziłeś mnóstwo ciekawych miejsc?

P.G.: Jeździłem na przykład po greckiej wyspie Kos. Wypożyczyłem tam na tydzień jakiegoś lekkiego choppera. Świetna sprawa, tylko trzeba uważać na pijanych turystów… Byłem też na Jamajce, ale tam już nie na dwóch kółkach.

P.B.: Na Jamajce? Od razu nasuwa się kluczowe pytanie: zapaliłeś skręta?

P.G.: Nie. W ogóle mnie do tego nie ciągnie. To nie moja bajka (śmiech). Wolę inną wolność. Chociażby choppera…

P.B.: Grzeczny chłopak z Ciebie… Zawsze tak było?

P.G.: Chłopie, tyle razy musiałem zmieniać akademik, że nie masz pojęcia… W młodości prowadziliśmy rozrywkowe, trochę zbójeckie życie. Teraz się to zmieniło, bo przyszedł czas na zupełnie inną odpowiedzialność. Ale wtedy działy się cuda. Raz hodowaliśmy w internacie szczury, które zaczęły się bez opamiętania rozmnażać. Szybko nas wyeksmitowali. Poza tym – impreza za imprezą. A że górale lubią się bawić, to chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Studiowałem na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, więc możesz sobie wyobrazić… Byliśmy wtedy bardzo rock’n’rollowi, a tę cechę ma się w duszy.

P.B.: Ostatnie zdanie bardzo mi się podoba. Dzięki za rozmowę i udanego sezonu!

P.G.: Dziękuję, wzajemnie!

KOMENTARZE