fbpx
A password will be e-mailed to you.

Biznesmen, przewodnik, organizator, a przede wszystkim koneser życia i dobrej zabawy. Podróżując z Tomkiem masz wrażenie, że wszędzie już był, każdego zna i żadna sytuacja nie jest go w stanie zaskoczyć. Przy okazji wspólnego wyjazdu do Kirgistanu porozmawialiśmy o tym, jak ważna jest pasja połączona z konsekwencją i budowaniem na solidnych podstawach.

Chyba każdy, kto interesował się wyjazdem motocyklowym w mniej uczęszczane rejony świata kojarzy markę Dragons. To uznany organizator wypraw m.in. po Indiach, Gruzji, Tadżykistanie, Wietnamie, Maroku, a nawet Kolumbii, a także koordynator tegorocznej edycji Motul Tour, która zawitała do Kirgistanu. Za wszystkim stoi jeden człowiek – Tomek Madej, którego działalność cechują dwie rzeczy: rozmach i profesjonalizm. Dragons to tylko wierzchołek budowanej przez lata potężnej góry lodowej…

KB: Nazywasz się Tomasz Madej i jesteś jedynym właścicielem tego zamieszania?

TM: Dokładnie tak. Urodziłem się w Łodzi, mieszkam w Lublinie i generalnie od ponad 20 lat podróżuję po świecie, organizując przy tym różnego typu aktywności.

KB: Od początku działasz pod marką Dragons?

TM: Nie, marką główną było i pozostaje Funsail, pod którą organizujemy wyjazdy na jachty, surfing, kitesurfing czy nurkowanie. Dragons, zajmująca się organizacją wypraw motocyklowych, jest jedną z naszych marek własnych, których mamy w tej chwili ponad 90 – skutery śnieżne, wyjazdy 4×4, supersamochody, skutery wodne, wypożyczalnię przyczep i wiele innych.

KB: Czyli w tym momencie twoja firma to już nie jest firemka tylko potężne biuro?

TM: Wiesz co? Teraz to znów się zrobiła firemka. Wszystko przez pandemię, musiałem pozwalniać ludzi, natomiast mam nadzieję, że to wszystko się odwróci i odbuduje. Cały sprzęt mamy kupiony za gotówkę, nie leasingujemy go, także w warunkach kryzysu to jest dla nas bezpieczne. Aczkolwiek wiadomo – pandemia mocno ukróciła wszystkie wyjazdy zagraniczne. To wszystko, co się dzieje w Polsce, fajnie funkcjonuje, nie ma żadnych problemów, ale zagranica była ucięta przez dłuższy czas.

KB: Jak do tego doszło, nie wiem. Ale ty wiesz na pewno. Opowiedz o pomyśle na taką działalność i jej początkach.
TM: Już ci mówię. Wracając w ogóle do początku – gdy miałem siedem lat, umarł mój tata. W naszym domu się nie przelewało, a wręcz po prostu nie było niczego. Obiecałem sobie, że życie moich dzieci będzie całkowicie inne od mojego. Już jako student pracowałem, również w korporacji, szybko pnąc się po szczeblach kariery, miałem pod sobą kilkaset osób. W wieku 24 lat odszedłem, bo uznałem, że szkoda mi życia dla pracy w korpo, tylko dla kasy. Wolałem nie zarabiać, a podróżować.

KB: Kiedy to było?

TM: Dawno, ze 20 lat temu… Zaczęło się od tego, że jeszcze pracując w korporacji farmaceutycznej organizowałem wyjazdy dla moich ważniejszych klientów. To były czasami proste wypady, na spływ kajakowy, na Mazury, do Chorwacji czy na narty, gdzie uczyłem ich jeździć. Zauważyłem wtedy, że relacje, które się tam wytwarzają, są sto razy fajniejsze niż te czysto zawodowe czy finansowe. Dobrze na mnie wpływało i dawało mi niesamowicie dużo radości to, jak ci ludzie po wyjeździe byli zadowoleni, jak dziękowali. Nawet teraz, po tylu latach, wciąż wysyłają mi pocztówki, piszą na na messengerze, pozdrawiają skądś i wspominają właśnie te początki, narty czy też innego typu aktywności, w których brali udział ze mną.

KB: Spróbuj podsumować swoją aktualną działalność, miejsca w Polsce i na świecie, co tam robisz?

TM: Przede wszystkim jachty – to jest w ogóle temat rzeka, bo od tego się wszystko zaczęło i tak naprawdę nie ma miejsca na świecie, gdzie pływa się na jachtach, a my tam nie byliśmy. Na samych Karaibach poprowadziłem ponad 160 rejsów, na Seszelach ponad 40. Rejsów wokół Sardynii i Korsyki czy w Chorwacji nawet nie zliczę. Mam oczywiście wszelkie polskie i międzynarodowe uprawnienia, jestem też instruktorem motorowodnym i egzaminatorem. 

W Polsce mamy quady, organizujemy na nich wyprawy i szkolenia. Robimy tego dość dużo, szczególnie imprezy dla firm i wyjazdy szkoleniowe dla osób indywidualnych. Organizujemy wyprawy na skuterach wodnych polskimi rzekami, np. na popularnych trasach Warszawa-Kazimierz Dolny czy Warszawa-Mazury. Dają one sporą dawkę adrenaliny i otwierają oczy na Polskę. Miałem taką przygodę, tak na szybko ci wrzucę, że wróciliśmy z ekipą z Amazonii i pojechaliśmy na skutery wodne, a oni stwierdzili, że po co pakowaliśmy się do Amazonii, skoro mamy ją w Polsce. Bo ludzie Polski nie znają, a ona też jest fajna, tylko trzeba ją trochę inaczej zobaczyć.

Zimą popularne są skutery śnieżne, mamy trzy bazy w Polsce, największą w Tyliczu, gdzie dzierżawię kilka tysięcy hektarów jako legalne miejsce do jazdy, mam masę zadowolonych klientów. Oprócz tego niedawno otworzyłem firmę z rowerami elektrycznymi.

KB: Pozostałe bazy ze skuterami masz w Rumunii, tak?

TM: Tak, w marcu jesteśmy w Rumunii i tam organizuję takie trzydniowe wyjazdy, cieszą się dużą popularnością. W rumuńskich i ukraińskich Karpatach robimy to, co w Polsce, szkolimy też w jeździe samochodami terenowymi, organizujemy wyjazdy dla firm i osób prywatnych. Jeżeli chodzi o motocykle, to w tej chwili mamy bazy w Kirgistanie, Hiszpanii, w Himalajach i w Gruzji.

KB: W twoich opowieściach przewija się również Dubaj…

TM: W Dubaju jesteśmy od prawie 10 lat, choć teraz pandemia nas przyhamowała. Organizujemy tam wiele eventów czy też wyjazdów turystycznych dla osób prywatnych i firm. Od prostych wycieczek z przewodnikiem po wyprawy luksusowymi samochodami typu Lamborghini, Ferrari czy Bugatti Veyron. Do tego oczywiście jazda terenowa po pustyni.

KB: Opowiedz jeszcze o projektach specjalnych typu podróż z Polski do Omanu. Czy to jest na zasadzie „czarteru”, ktoś ci zleca coś takiego?

TM: Nie, to jest tak, że ja jestem na takim etapie życia, że przede wszystkim robię to, co kocham. Pandemia otworzyła mi oczy na to, że muszę jeszcze więcej robić dla siebie. W związku z tym, że lubię dalekie podróże motocyklowe, wymyślam sobie różne fajne trasy, które chciałbym przejechać. Między innymi właśnie z Polski przez Turcję, Iran, Dubaj do Omanu i z powrotem.

I tutaj robimy to dwukierunkowo, jedna grupa jedzie w jedną stronę, druga w drugą. Teraz przygotowujemy wyprawę z Wielkiej Brytanii przez Kirgistan i Chiny do Indii, w Himalaje, gdzie również nastąpi zmiana grup. Będą jechały motocykle i dwa albo trzy samochody z osobami, które nie jeżdżą jednośladami, ale chcą wziąć udział w tej wyprawie.

KB: Czy jest jakiś kierunek na świecie, którego motocyklowo jeszcze nie odkryłeś? Gdzie chciałbyś pojechać?

TM: Świat jest olbrzymi i tak naprawdę tych miejsc jest jeszcze bardzo wiele. Teraz bardzo mocno przymierzam się do eksploracji Ameryki Południowej, chcę tam otworzyć bazę. Zresztą kupiłem już motocykle, właśnie są przygotowywane do wysyłki.

KB: Po Kirgistanie jeździmy na Suzuki DR 650 SE. W Ameryce Południowej też będziesz z nich korzystał?

TM: Tak, uważam, że to są fajne motocykle do jazdy po szutrach, po górach. One się sprawdzają, nawet jak przyjeżdżają ludzie, którzy na co dzień jeżdżą nowiutkimi, pachnącymi GS-ami. Początkowo z politowaniem patrzą na te DR-ki bez kolorowych wyświetlaczy. A gdy wracają, każdemu gęba się cieszy, są zadowoleni.

 

KB: Opowiedz proszę o współpracy z władzami w tak zwanych egzotycznych krajach. Zauważyłem, że stać cię na coś takiego, żeby np. z całą grupą nie zatrzymać się do kontroli drogowej. Powiedz mi, jak to „charakterologicznie” ogarniasz?

TM: Słuchaj, to jest tak, że jak jeździsz tyle, ile ja jeżdżę i znasz dane kraje i to, jak się tam policja zachowuje, to wiesz co można, a czego nie można. Miałem tu kiedyś sytuację, że ścigali nas helikopterami i w kilkanaście radiowozów, bo akurat na miejscu był prezydent Turcji. Standardowo jest tak, że w Kirgistanie turyści są bardzo mile widziani i traktowani trochę jak dojne krowy, więc tak naprawdę jeśli policja nas zatrzyma, to zawsze wydębi jakąś kasę, zawsze się do czegoś próbuje doczepić. Nie zachęcam oczywiście do takiego sposobu jazdy, aczkolwiek my wiele razy tak robimy, głównie po to, żeby zaoszczędzić czas. Oni chcą sobie fotki porobić, pogadać. Taka kontrola całej grupy potrafi trwać nawet 1,5 godziny.

KB: Powiedz mi, jak tworzysz takie relacje z miejscowymi władzami? Po prostu „wysiadujesz” je spędzając w każdym kraju dużo czasu? 

TM: Wiesz co? Jak zaczynam jakiś nowy kierunek czy organizację wyjazdów to wiadomo, że tak. Ale nawet tutaj, do Kirgistanu, który bardzo dobrze znam i organizowałem tutaj bardzo dużo wyjazdów, zawsze przyjeżdżam wcześniej i sprawdzam, co się pozmieniało – zwłaszcza teraz, w pandemii. Jestem zwyczajnie miły dla lokalnych ludzi. Tu przybiję piątkę, tu pogadam, tutaj dostanę posiłek… 

 

KB: Traktujesz ich normalnie.

TM: Traktuję nawet lepiej. Wielu turystom, którzy przyjeżdżają do biednych krajów, wydaje się, że są lepsi, bo mają pieniądze. Nie, to właśnie ci ludzie na miejscu są wspaniali i oni mają to, czego my nie mamy, czyli dużo wolnego czasu. Tak naprawdę są szczęśliwi. Oni nie potrzebują tych pieniędzy, tej pogoni, tak jak czasami my gonimy w Europie. Ja ich bardzo szanuję i jak widzieliście wiele razy, to działa również w drugą stronę. Ludzie są nam wdzięczni i to jest fajne, tak budujemy te relacje.

Tak samo gdy zatrzyma nas policja – jeżeli jesteś dla nich miły, oni też są mili, jeśli jesteś chamski, oni też potrafią być chamscy, więc trzeba ludzi traktować przyzwoicie, bo karma wraca. Również moje dzieci wychowuję od początku tak, że jak jeżdżą ze mną po świecie, to mają być bardzo mili dla ludzi w miejscu, w którym jesteśmy, bo oni są tacy jak my i trzeba być po prostu w porządku.

KB: Miałem cię jeszcze zapytać o twoje patenty na zapanowanie nad grupą.

TM: Robię to od 20 lat, czasami mam nawet kilkadziesiąt grup w miesiącu. Tutaj na pewno jest potrzebna umiejętność rozmowy z ludźmi, ale też wprowadzenia takiej trochę wojskowej musztry. Są pewne zasady, które na początku przedstawiasz, a potem zwracasz uwagę jeśli ktoś ich nie przestrzega, trzeba to egzekwować. Najważniejsze jest trzymanie odstępów. Sami zauważyliście, że jak były odstępy, to było bezpiecznie i miło, a jak ich nie było, to zwracałem uwagę, a potem po prostu opieprzałem. To jest niesamowicie ważne, szczególnie w jeździe offroadowej, gdzie jest dużo pyłu, brakuje widoczności. Odstęp robi robotę.

KB: Musisz też zapanować nad ludźmi, którzy przywykli do tego, że to ich się słucha, chociażby nad szefami poważnych firm.

TM: Oni akurat są tak naprawdę najłatwiejsi do „obsługi”, z tego względu, że najczęściej są to ludzie wykształceni i myślący, a będąc nawet na bardzo wysokim stanowisku wciąż mają kogoś nad sobą, więc wiedzą, że trzeba przestrzegać zasad współpracy. Gorzej jest z tymi, którzy świeżo awansowali, od niedawna pracują na stanowiskach kierowniczych czy dyrektorskich. Są bardzo często najmądrzejsi, wszystko wiedzą najlepiej, ale tak naprawdę już po pierwszym dniu, czy to na motocyklach, czy na jachcie, kiedy tylko powieje wiatr i zaczynają się warunki sztormowe, nagle każdy zaczyna słuchać. Bo oni widzą, że wiesz, co robisz, a to, co mówisz ma sens.

Bardzo ważne, żebyś autorytet, którym jesteś dla tych ludzi, wypracował a nie narzucał. Jeśli będziesz opowiadać, jaki to jesteś boski, ale nie ma to pokrycia w kolejnych dniach wyprawy, to ten autorytet momentalnie stracisz i już go nie odzyskasz. To jest chyba klucz do pracy z absolutnie każdą grupą.

KB: Fajne jest to, że podkreślasz, że jeśli chodzi technikę jazdy czy obsługę motocykla, nie jesteś lepszy od nas. W sytuacjach awaryjnych dajesz się wykazać.

Tak, to nigdy nie jest tak, że ktoś jeździ lepiej. Ja na pewno mogę powiedzieć, że jeżdżę skutecznie. Nawet moje obuwie na to wskazuje (tu patrzymy na jego „profesjonalne” sandały, przyp. red.), jeżdżę w nim w najróżniejszych miejscach świata od kilkunastu lat i jest OK. Natomiast ważne jest to, żebyśmy jadąc tworzyli zespół. To nie zawody, jedziemy zobaczyć coś fajnego, a ja mogę wam to pokazać. Jeśli tylko ktoś nie próbuje sobie i innym czegoś udowadniać, tworzymy zgraną i bezpieczną ekipę.

Jeśli chodzi o naprawy, większość rzeczy przy DR-ce jestem w stanie zrobić sam. Natomiast fajne jest to, że jak mam ludzi na wyjeździe, to zawsze trafi się lepszy mechanik ode mnie. Uczestnicy chcą w jakiś sposób pomóc, wykazać się, a ja nie wchodzę w ich kompetencje. To buduje grupę. 

KB: Dziękuję bardzo za rozmowę. Do kolejnego wyjazdu!

TM: Dzięki, do zobaczenia!

Zdjęcia: Tobiasz Kukieła, autor, FB Tomka Madeja

 

KOMENTARZE