Miała być Ameryka z kolegą – Kornelem, a wylądowałem sam w Afryce! Nic straconego. Podróż przez Zachodnią Europę i Zachodnią Afrykę to bezmiar przygód i doświadczeń, nie tylko motocyklowych.

Pod koniec lata wiedziałem, że w tym roku raczej nici z dalszych wypadów. Nieoczekiwanie pod koniec października okazało się, że projekt, który na mnie czekał, został odwołany. Nagle wyszło na to, że mam wolne od listopada do styczna. Co robić? Szukać zleceń czy ruszyć przed siebie?


REKLAMA

Niespodziewana zmiana planów

Z „dziurą w głowie”

Chwila zastanowienia, kurczę, jesień, za chwilę niespodziewanie jak co roku pojawi się zima, a dla mnie to żadna przyjemność marznąć na motocyklu. Gdzie jest ciepło? Ameryka Południowa odpada na transport motocykla nie ma już szans. A może Afryka i punkt zborny motocyklistów Maroko? Maroko może być fajne, ale nie będę przecież jeździł po Maroku przez prawie trzy miesiące.

Co mamy dalej? Sahara Zachodnia, Mauretania – no niby fajnie, ale trochę monotonnie – wyobrażałem sobie. Co dalej? Senegal! I tu na mapie pojawia się magiczna nazwa miasta Dakar! To jest pomysł – z Warszawy do Dakaru! Spoglądam niżej – Gambia! Hmmm. Będąc w Senegalu może warto jeszcze zahaczyć o Gambię? Wzrok pada jeszcze niżej – Gwinea Bissau. Pojawia się dziura w głowie… Hmmm, Gwinea Równikowa – coś wiem, o Konakry – coś wiem a Bissau? Biała plama. Nie pomogła wyszukiwarka, mało informacji w Youtoubie. I tak wybrałem ten cel!

Ekspresem przez Europę

W dobie Internetu znalezienie informacji na temat warunków wjazdu do danego kraju zajmuje dzień. Kolejne dwa to przygotowanie motocykla i pakowanie, które mam opanowane. Pozostaje jedynie sprawa carnet de passage, ale wychodzę z założenia, że dojadę dokąd dojadę, a ewentualne problemy będę rozwiązywał po drodze.

Niespodziewana zmiana planów

Pierwsze kilometry nie nastrajają optymistycznie – po prostu jest zimno! Pierwszy nocleg znajduję w Niemczech w lasku obok autostrady. Rano namiot pokrywa warstewka śniegu, który spadł w nocy. Diametralnie zmienia to mój plan i zamiast jechać przez Niemcy i Francję, postanawiam przelecieć przez przełęcz Brenner do Włoch, byle szybciej do ciepłego.

Byle na południe!

Przełęcz pokonuję szczękając zębami i starając się nie wypaść z żadnego zakrętu. Jestem jedynym motocyklistą na trasie. Dopiero nad jeziorem Garda spotykam następnych i razem cieszymy się pustą o tej porze roku, cudowną drogą, okalającą jezioro. W sezonie jest zapchana do granic możliwości. Po następnych dwóch dniach docieram na Riwierę Włoską. Zgodnie z zasadą „zero autostrad – zero hoteli”, szukając miejsca na nocleg, wjeżdżam na wzgórza pokryte winnicami, z przepięknym widokiem na Zatokę Genueńską. Po rozmowie (na migi) z panem, pracującym w winnicy, rozbijam namiot. W trakcie przygotowywania posiłku odwiedza mnie właściciel winnicy i obdarowuje butelką wina. Zajadając makaron i popijając wino o zachodzie słońca obserwuję wypłynięcie z portu pasażerskiego statku Costa Brava – widok za milion dolarów, niedostępny dla ludzi śpiących w hotelach… Następne dni to sielanka. Puste drogi Riwiery prowadzą mnie w stronę Afryki.

Najbardziej emocjonujące są momenty na godzinę przed zmierzchem, gdy zaczynam szukać noclegu. Kolejno śpię na plaży, u sympatycznej pani na podwórku i w gaju oliwnym. Docieram do miejscowości Torrevieja w Hiszpanii, gdzie dzięki uprzejmości Wojtka i Rafała spędzam kolejne dwa dni. Wypoczęty, ruszam w stronę Cieśniny Gibraltarskiej.

Świat jest taki mały!

Za Malagą na drodze majaczy przede mną dziwny, srebrny pojazd, zupełnie niepodobny do innych. Wyprzedzam go i zwalniam, pozwalając się wyprzedzić, żeby mieć czas i przyjrzeć się dokładniej. Oklejony srebrną folią, z namiotem dachowym, powiewając polską flagą, dostojnie sunie Polonez Caro z przyczepką Niewiadów. Świat jest pełen pozytywnie zakręconych ludzi. Polonezem na Wybrzeże Kości Słoniowej… Można? Można! Kolejną noc spędzam na parkingu w towarzystwie ekipy z Poloneza. Jutro razem przeprawiamy się do Ceuty.

Niespodziewana zmiana planów

Za czym kolejka ta stoi?

Mija piąta godzina w kolejce do przejścia granicznego z Marokiem. Przez ten czas przesunęliśmy się może o sto metrów. Nikt nie wie, co się dzieje na granicy. Ludzie powoli stają się nerwowi, a kolejka pojazdów ani drgnie. Znudzony, obserwuję życie w przydrożnym monopolowym. Najbardziej fascynujący był pan, któremu podano karton whisky. Ze stoickim spokojem zdjął kurtkę, z kieszeni wyciągnął srebrną taśmę i, po włożeniu sweterka do spodni, zaczął owijać się ściśle taśmą w pasie. Potem otworzył karton i zaczął upychać pod sweterkiem butelki. W kartonie było ich 12. Weszły wszystkie! Pan wykonał kilka głośnych od brzdęku podskoków, a na blacie stanął kolejny karton, z którego do dopakował jeszcze 6 flaszek. Założył kurtkę i oddalił się spacerkiem w stronę granicy… A my staliśmy dalej. Jedynym urozmaiceniem był co jakiś czas muezin, wzywający do modlitwy na przemian z kurantem pobliskiego kościoła.

Po godzinie 20 postanowiłem rozstać się z moimi nowopoznanymi towarzyszami i spróbować przebić się do granicy. Zapadła noc. Do przejścia – półtora kilometra. Ruszam, przeciskając się między pojazdami. Zły pomysł. Po 700 metrach utykam – z kuframi nie mam szans. Totalny chaos, krzyki. Przede mną kilkunastu chłopa próbuje obrócić samochód w miejscu. Ktoś wskoczył na dach samochodu i zaczyna coś krzyczeć po arabsku. Kątem oka widzę dwóch gości, okładających się pięściami. Wykorzystuję moment, kiedy gość, pchający wózek z połówką samochodu blokuje nim ruch w drugą stronę, zawracam i uciekam z powrotem do centrum Ceuty. Po drodze mijam konwój policji na sygnałach. Mam dość, jestem spocony jak mysz i trzęsą mi się ręce.

Za Malagą na drodze majaczy przede mną dziwny, srebrny pojazd, zupełnie niepodobny do innych. Wyprzedzam go i zwalniam, pozwalając się wyprzedzić, żeby mieć czas i przyjrzeć się dokładniej. Oklejony srebrną folią, z namiotem dachowym, powiewając polską flagą, dostojnie sunie Polonez Caro z przyczepką Niewiadów. Świat jest pełen pozytywnie zakręconych ludzi. Polonezem na Wybrzeże Kości Słoniowej... Można? Można! Kolejną noc spędzam na parkingu w towarzystwie ekipy z Poloneza. Jutro razem przeprawiamy się do Ceuty.

Po ciemku szukam noclegu, ale każdy możliwy zakamarek w Ceucie jest już zajęty. Wspinam się na koniec półwyspu i pod murami starego fortu znajduję wolny kawałek. Rano budzi mnie rytmiczny stukot butów i śpiew. Fort okazał się bazą wojskową, a przed moim nosem, wystającym ze śpiwora, biegają żołnierze na porannej zaprawie.

Granicę po wczorajszych ekscesach, jak gdyby nigdy nic, przekraczam i jestem w Maroku!

Bum! Otwarły się niebiosa!

Cholera, nie tak wyobrażałem sobie pierwszy dzień w Maroku. Mgła, nic nie widać i deszcze leje się strugami. Kieruję się w stronę Casablanki, a deszcz jest coraz większy. Zmęczony nocuję w rowie. Rano – to samo, cały dzień deszcz, dopiero przed samą Casablanką pojawia się słońce. Przypominam sobie Forresta Gumpa, opisującego rodzaje deszczu w Wietnamie. Maroko dało mi poznać je wszystkie! Lało tak, że po otwarciu kufrów ich wnętrze okazuje się również zalane. Poddaję się i znajduję kemping, gdzie mogę się wysuszyć.

„Co z tym deszczem? Przecież to nie ta pora roku” – zagaduję obsługę kempingu. „W tym roku był problem, nie było pory deszczowej. Raz chwilę pokropiło, więc super, że teraz pada!” – odpowiada mi gość z obsługi. „Tak, super!” – przytakuję, patrząc na mój schnący dobytek, rozwieszony między palmami.

Nie dam rady!

Kolejnym punktem na trasie jest piękna przełęcz Tizi n’Tichka, prowadząca przez Atlas Wysoki do Warzazatu, znanego z plenerów filmowych „Lawrence’a z Arabii”, „Asterixa” czy „Ben Hura”. Samo miasto nie jest ciekawe, jednak noc spędzam 20 km na południe od niego w uroczej oazie Fint otoczony zielenią i widokami zapierającymi dech.

Niespodziewana zmiana planów

Niedaleko znajduje się też najsłynniejszy ksar (ufortyfikowana osada wznoszona z gliny i kamienia) – Ajt Bin Haddu, w którym kręcono „Ben Hura” i „Gladiatora”. Z pobliskich wzgórz wygląda wspaniale, niestety z bliska widać, że część to dekoracja i atrapa dla turystów. Jeśli chcemy zobaczyć prawdziwe ksary, wystarczy się zagłębić w okoliczne doliny. Robię to jeszcze tego samego dnia.
Następnym obowiązkowym punktem dla turystów są wąwozy Dades i Todra. Dades mnie rozczarował i w poszukiwaniu wrażeń jadę dalej w góry. Słusznie! Okolica robi się coraz bardziej niesamowita. Droga w zboczu góry prowadzi wysoko ponad nurtem rzeki. Wspaniałe widoki i brak turystów.

Skrótem (NIE) zawsze szybciej

Zapada zmrok. Szukając noclegu, na mapie znajduję drogę przez góry, łączącą Dades i Todrę, około 30 km. Postanawiam pojechać skrótem. Błąd! Droga okazuje się wyschniętym korytem rzeki wypełnionym wszelkiego rodzaju kamulcami. Powoli włącza mi się tryb rezygnacji – nie dam rady! Robi się ciemno, a ja sam w środku Atlasu. Walcząc z „drogą”, ignoruję bloki lodu między skałami. W kompletnej ciemności sprawdzam, ile przejechałem przez godzinę. Zostało jeszcze ponad 20 kilometrów… Temperatura spada. Potwornie zmęczony zsiadam z motocykla i kładę się spać.

Niespodziewana zmiana planów

Po jakimś czasie budzi mnie przeraźliwe zimno. Wyskakuję ze śpiwora i zakładam wszystkie dostępne ciuchy. Jest druga w nocy. Chcę się ogrzać przy cieple silnika, ale… Motocykl nie odpala. W butelkach przyczepionych do kufrów zamiast wody jest lód. Zerkam na termometr – minus 12 stopni. Dygocąc z zimna czekam do rana, obserwując księżyc.

Kawa i na południe

O świcie okazuje się, że stoję na dnie doliny. Dopiero o 11 pierwsze promyki słońca zaczynają padać na motocykl. Około 12 temperatura zaczyna zbliżać się do zera. Zgrabiałymi palcami odkręcam osłonę akumulatora, podpinam booster (ostatnia rzecz, którą postanowiłem zabrać) i… Motocykl ożywa. Ogrzewam dłonie przy kolektorach. Nie jest źle, jeszcze 20 km i jestem „w domu”. Temperatura podnosi się do 2 stopni – „prawie upał”. Myślę tylko o gorącej kawie.

Jest! Budynek z napisem „CAFE”. Kiedy podjeżdżam, z kafejki wychodzi Berber. Walcząc z zesztywniałą twarzą zamawiam: „Coffee, big and strong please, please.” Facio znika, a ja próbuję ogrzać się w słońcu. Po chwili jest kawa, taka jak trzeba i nawet szklaneczka jakby większa. Próbuję siorbać, nie nadgryzając przy tym szklanki.

Jesteś głupi czy wariat?

Berber patrzy na mnie, na motocykl. „Z gór jedziesz?” – pyta. Kiwam głową. „Od Dades?” – dopytuje. Znów potakuję. Facet znowu patrzy na mnie i na motocykl. „Na tym motocyklu, z tym całym bagażem?” Kiwam, że tak. „Jesteś głupi czy wariat?” Nie odpowiadam, tylko piję, bo zęby już jakby mniej szczękają. „Musiałeś bardzo wcześnie wyjechać z Dades”. „Nie, nocowałem w górach” – tym razem odpowiadam. Facet patrzy jeszcze dziwniej i cofa się. „Przejechałeś tym motocyklem, z bagażami i nocowałeś między Dades i Todra? Ta droga to dno rzeki, nie na taki motocykl, a w górach zimno!” „Zimno” – potwierdzam. Facet milczy, potem powtarza pytanie „Jesteś głupi czy wariat?” „Jedno i drugie” – odpowiadam słabo.

Niespodziewana zmiana planów

Mam dość. W Afryka liczyłem na cieplejsze przyjęcie. Zmarznięty i brudny kieruję się w stronę Mauretanii. Tam musi być cieplej…

CDN…

Tekst i zdjęcia: Robert Pałka

KOMENTARZE


REKLAMA