Tę wycieczkę trudno nazwać wyprawą. Jeśli tak, to raczej w przeszłość, kiedy obok Warszawy, Krakowa czy Wilna to Lwów był najważniejszym polskim miastem.

Z Ustrzyk Dolnych to około 130 km. Niby niewiele, lecz tej drogi nie można lekceważyć. Nie pokona się jej szybko, jak u nas. Do przekroczenia jest też granica Unii Europejskiej i strefy czasowej, więc trzeba mieć zapas cierpliwości i pamiętać o przestawieniu zegarków o godzinę do przodu.

„Drogi” jak „autostrady”

Trzeba liczyć się z dość długą odprawą na granicy. Niezbędny jest paszport oraz „zielona karta” ubezpieczenia właściciela pojazdu od odpowiedzialności cywilnej za granicą. Wnikliwie sprawdzane są numery ramy motocykla. Dopiero po zebraniu kompletu pieczątek i karteczek ruszamy dalej. I tu czeka nie lada niespodzianka: na Ukrainie pojęcie „droga” jest tak abstrakcyjne jak u nas „autostrada”.

Naszą podróż zaplanowaliśmy drogami T1401 a potem H13, na którą odbiliśmy przed Starym Samborem. Po drugiej stronie granicy, którą przekroczyliśmy w Krościenku, asfalt zniknął, a jego miejsce zajęła rozjeżdżona masa kamieni, ziemi i dziur, których dna na próżno wypatrywać. Jazda jest mozolna. Duże prędkości nie wchodzą w grę, gdyż cały czas trzeba omijać wyrwy. Gdy tylko pojawia się kawałek asfaltu, wraz z nim zaczynają się koleiny, które cały czas czyhają na koła maszyn. Dopiero ważniejsza droga H13 miała lepszą nawierzchnią i w dość znośnych warunkach doprowadziła nas do Lwowa.

Asfaltowa euforia

Na Ukrainie poza terenem zabudowanym można jechać z prędkością 90 km/h, a w terenie zabudowanym 60 km/h. Szybkości te z rzadka udaje się osiągnąć, a tym trudniej wyobrazić sobie ich przekroczenie. Kolejną cechą charakterystyczną dla szlaków „drogowych” u naszych sąsiadów jest deficyt znaków. Jadąc do Lwowa, minęliśmy może cztery tablice, z czego tylko na dwóch znaleźliśmy interesujące nas miejscowości. Na Ukrainie należy też pamiętać, że na stacjach benzynowych najpierw płacimy za zadeklarowa-ną przy kasie ilość benzyny, a tankować możemy potem.

Tak naprawdę, dopiero we Lwowie pojawiła się dobra nawierzchnia, a liczba pasów rozmnożyła się do trzech. Jeszcze nigdy zwykły asfalt nie wzbudził w nas takiej euforii.

przodków. We Lwowie był więziony za działalność niepodległościową, potem pracował tu przez kilka lat. Napis na pomniku nazywa go wybitnym „galicyjskim” chemikiem

Zaledwie zatrzymaliśmy się na osiedlowym parkingu na krótką przerwę przed wjazdem do centrum, a natychmiast mogliśmy się przekonać o życzliwości, z jaką spotykają się tam Polacy. Gdy tylko wspomnieliśmy między sobą o kawie, zza pleców usłyszeliśmy łamaną polszczyznę. Młoda kobieta wyglądająca przez balkon zapraszała nas na nią do siebie!

Droga pogarsza się niestety wraz ze zbliżaniem się do ścisłego centrum. W starym Lwowie zachowany został zabytkowy bruk, przypominający fale Dunaju. I  kto wie, może nawet pochodzi on z czasów, gdy i tu, i  nad Dunajem rządził ten sam cesarz.

Wśród zabytków

Ze znalezieniem miejsca parkingowego nie ma problemu. Motocykle zostawiliśmy przed samym rynkiem, przy katedrze Łacińskiej, w pobliżu kaplicy Boimów.

W narożnikach rynku (wpisanego ze Starówką na listę światowego dziedzictwa UNESCO) można zobaczyć cztery fontanny z początku XIX wieku, przedstawiające postacie mitologiczne: Neptuna, Dianę, Amfitrytę, Adonisa. Otaczające go kamienice reprezentują różnorodne style, od renesansu do modernizmu. Szczególnie godne uwagi są dwie z nich, zlokalizowane w pierzei wschodniej: Kamienica Czarna, której nazwa pochodzi od poczerniałego piaskowca, uważana za jeden z najpiękniejszych zabytków mieszczańskiej architektury Lwowa oraz renesansowa Kamienica Królewska, zwana też Małym Wawelem z uwagi na arkadowy dziedziniec. W budynku działa lwowskie muzeum historyczne. W pierzei zachodniej uwagę przykuwa XVIII-wieczna Kamienica Mazanczowska (Baczewskich) z fasadą z lat 20. XX w. w stylu art-deco czy renesansowa kamienica Janszolcowska.

Warto wejść na wieżę Ratusza w samym sercu placu. Rozciąga się z niej widok na Lwów. To najlepsza alternatywa zobaczenia panoramy miasta, jeśli nie ma czasu, żeby wspinać się na kopiec Unii Lubelskiej na Wysokim Zamku.

Śladów polskości jest wiele. W Alei Wolności (Prospiektie Swobody, dawniej Wały Hetmańskie) obowiązkowym punktem programu jest plac i kolumna Adama Mickiewicza. Po drodze w stronę Teatru Wielkiego minęliśmy charakterystyczny pomnik Tarasa Szewczenki. Pyszny gmach robi wrażenie, podobnie jak jego wnętrza z widownią na ponad tysiąc osób (wejście kosztuje ok. 3,3 zł).

Charakterystycznym widokiem na Prospiektie Swobody są starsi panowie, grający na ławkach w szachy, często obwieszeni czerwieniącymi się na klapach marynarek orderami z młotem i sierpem.

Na obiad i zakupy

Na obiad zatrzymaliśmy się w Puzatej Chacie, mieszczącej się nieopodal prospektu. Miejsce to możemy polecić wszystkim zwiedzającym miasto, gdyż jedzenie jest bardzo dobre, a ceny Niech wystarczy, że  za cztery porcje zapłaciliśmy ok. 24 zł. Większość lwowian zna Puzatą Chatę i bez problemu wskaże do niej drogę.

Na placu nieopodal Arsenału jest targ książek i staroci. Targowanie się jest tu po prostu obowiązkiem, a podane ceny można zbić nawet o ponad połowę. Wskazane jest także mówienie po polsku. Najgorsze, co można zrobić, to mówić po rosyjsku. Kto używa rosyjskiego, nie ma co liczyć na większą pomoc ze strony sprzedawcy.

Będąc na Ukrainie, nie mogłem odmówić sobie wizyty w sklepie muzycznym. Tamtejsze wydania płyt kosztują w przeliczeniu od 6 do 15 zł. Wkładki pozostawiają trochę do życzenia, jednak jeśli chodzi o jakość nagrania, jest ona idealna. Kogo można spotkać przy dziale „Rock”? Oczywiście innego Polaka. W sklepie spotkaliśmy motocyklistę z grupy, która, jak się potem okazało, także zamieszkała koło Ustrzyk Dolnych i  podobnie jak my wybrała się na jednodniowe zwiedzanie Lwowa.

Warto wrócić

Po krótkich zakupach pojechaliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Tu pochowana jest m. in. Maria Konopnicka, Artur Grottger czy Gabriela Zapolska, a w północnej jego części znajduje się Cmentarz Orląt Lwowskich, gdzie pochowani zostali młodzi, polscy obrońcy miasta z okresu walk z Ukraińcami i bolszewikami.

Na granicy byliśmy późnym wieczorem. I znów spotkaliśmy się z grupą z forum Hondy Shadow z Wrocławia. Wspólne oczekiwanie na odprawę nie trwało długo. Podaliśmy się za grupę zorganizowaną i zostaliśmy przepuszczeni bez kolejki. Sama odprawa 12 motocykli trwała ok. 30 minut.

Koszty wyprawy nie były wysokie. Wiosną paliwo na Ukrainie kosztowało około 3,5 zł/l. Jeśli zdecydujecie się jechać, pamiętajcie, że najlepiej wymienić dolary amerykańskie na hrywny w samym Lwowie. Wtedy jest najkorzystniejszy przelicznik.

Liczne zabytki i specyficzny charakter Lwowa sprawiają, że jeden dzień to stanowczo za mało, aby zobaczyć choć najważniejsze jego miejsca i poczuć wyjątkowy klimat Starego Miasta. Taki wypad może tylko rozpalić pragnienie, by tu wrócić.

Tekst i zdjęcia: Kamil Dzięga | Publikacja ŚM 09/2011

ZOBACZ TAKŻE:

Na południe Europy – Sardynia

Maroko – kraj kontrastów

Ostra jazda – Rzym

KOMENTARZE

Polecane artykuły
Kolekcja 2012 podąża za trendami. W tym roku marka Zipp…
Harley-Davidson stworzył dwa nowe modele: Seventy-Two oraz Slim. Amerykańskie maszyny …