Podróż dookoła Europy na dwunastokonnym motocyklu? To musiało wyglądać ryzykownie. Lecz czy do realizacji marzeń nie wystarczą po prostu „dwa kółka”?

Trzy lata temu wyruszyłam w swoją pierwszą, zagraniczną podróż motocyklową. Wyszedł z tego „wyskok” na kawę do Włoch. Gdzieś pod Wenecją zawładnęło mną marzenie: zobaczyć Europę z siodełka motocykla. Po połączeniu na mapie wszystkich punktów, które chciałam przemierzyć, od Rumunii przez Albanię po Gibraltar i Portugalię, do pokonania wyszedł dystans 12 000 km.


REKLAMA
Advertisement

Potrzebna bratnia dusza

Po wytyczeniu trasy rozpoczęłam poszukiwania motocykla. W marzenie drobnej motocyklistki uwierzyło Suzuki. Wybór padł na model VanVan, motocykl o klasycznej, nostalgicznej linii, z silnikiem 125 ccm o mocy 12 KM. Przy V-Stromie, Bandicie czy GS-ie wygląda niepozornie, ale czyż do realizacji marzeń nie wystarczy po prostu motocykl? Chciałam pokazać, że liczy się tylko pasja.

Zobacz także: Suzuki RV 125 VanVan

Mając wsparcie techniczne japońskiego potentata motocyklowego, do wspólnej podróży potrzebowałam jeszcze bratniej duszy. Podróż podejmowana nawet w najmniejszej grupie zawsze jest przyjemniejsza i co ważniejsze bezpieczniejsza. A gdy się kończy, to w duszach uczestników dalej trwa, bo jest z kim dzielić się wspomnieniami.

Te poszukiwania wcale nie były łatwe. Większość moich znajomych motocyklistek nie mogła zdecydować się na taką podróż ze względu na pracę, uczelnię czy inne zobowiązania. Wówczas nie wyobrażałam sobie samotnej jazdy, dlatego zaczęłam szukać w Internecie. Na portalu motoryzacyjnym motocaina.pl znalazłam relację innej motocyklistki. Odezwałam się do niej. Od słowa do słowa, zaczęłyśmy rozmawiać o podróży dookoła Europy.

Spóźniony start

Jednak ostateczna decyzja nie zapadała. Początkowo start wyprawy miał nastąpić na początku wakacji, lecz z tygodnia na tydzień wszystko wskazywało na to, że nie wystartuję wcześniej niż we wrześniu. Niby w południowej Europie sezon motocyklowy trwa w zasadzie cały rok, lecz chciałam uniknąć spotkania ze śniegiem w Rumunii czy w Niemczech albo w Polsce, gdy będę wracać.

Wyprawa w skrócie:Długość trasy: 12 000 kmCzas trwania: 48 dniIlość zużytego paliwa: 288 litrówKoszt noclegów od osoby: pensjonaty (20-30 euro), hostele (12-27 euro), campingi (6.5-24 euro), couchsurfing (free)Najprzydatniejsza rzecz: GPS i podgrzewane manetkiZbędny gadżet: statyw do aparatu fotograficznego (ani razu go nie użyłam – zawsze znalazłam jakiś murek, kamień, na którym mogłam postawić aparat, aby zrobić zdjęcie)

Karolinę poznałam w dniu wyjazdu. Nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy. Wystartowałyśmy 4 września 2011. Wyprawa rozpoczęła się od wizyty w obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Przygniata swoją wielkością. Na 140 hektarach zostało zamordowanych – według różnych danych – od 2 do 5 mln ludzi. Dotarło do mnie, jakie mam szczęście żyć w wolnym kraju, w którym mogę realizować swoje marzenia.

Fałsz stereotypów

Przez Słowację i Węgry dostałyśmy się do Rumunii. Kraju, o którym słyszałam wiele: „Uważaj na złodziei! Dzieci będą ci grzebać w kieszeniach. Okropne drogi. Chrzczone paliwa” itd. Dla mnie Rumunia okazała się przepięknym krajem, zamieszkanym przez przesympatycznych ludzi. A stereotypy? Można je wsadzić między te o białych niedźwiedziach chodzących po ulicach Warszawy. Wielu miejscom na świecie łatwo jest przylepić opartą na nich łatkę, którą trudno jest później oderwać.

Przemierzając ten kraj, z każdym zakrętem odkrywałam jego piękno. A pokonanie Trasy Transfogarskiej było czymś w rodzaju wisienki na torcie. VanVan całkiem dobrze spisywał się na serpentynach i stromych podjazdach pomimo swojej małej pojemności i niedużej mocy. Jeśli ktoś kocha nieśpieszną, sielankową jazdę motocyklem, powinien odwiedzić ten kraj. Odpocznie tutaj, chłonąc piękno natury.

Odwaga zwyciężyła

W podróży przez Bułgarię, kraj Złotych Piasków, skupiłam się na wschodniej części, mniej znanej turystycznie, która oczarowała mnie swoimi pejzażami. Jednak na każdym zakręcie trzeba było mocno uważać. W Rumunii większość kierowców jeździła bardzo szybko. W Bułgarii obowiązywała „wolna amerykana”. Kierowcy poruszali się chaotycznie, nigdy nie było wiadomo, kto i jaki ruch wykona i czy przypadkiem nie będzie chciał wymusić pierwszeństwa. A drogi czasami bardzo odbiegały od polskich standardów.

Nie polecam jazdy po zmierzchu. Ja niestety złamałam to przykazanie i momentami musiałam się ratować cyrkowymi manewrami, aby nie wpaść w dziurę na środku drogi.

O Macedonii przed wyjazdem słyszałam wiele, najczęściej niepochlebnych lub wręcz przerażających opowieści: o rabunkach czy wycinaniu narządów na handel. Lecz coś w duszy mówiło mi, że muszę zobaczyć to miejsce. I cieszę się, że odwaga zwyciężyła. Kraj okazał się jednym z najprzyjemniejszych zaskoczeń podczas całej podróży. Równe jak stół drogi, przemili ludzie, diabelsko tanie owoce i warzywa. Czego chcieć więcej nad Jeziorem Ochrydzkim otoczonym wzgórzami?

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie także Albania. Przejechałam kilka bajkowych tras i myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy, jednak bardzo się myliłam. Trasa z Elbasan do Tirany jest po prostu boska. Pełna winkli, przepaści niezabezpieczonych barierkami oraz starych Mercedesów. Do tego kozy chadzające po jezdni oraz małe straganiki z miejscowymi specjałami. Droga ta ma niesamowity klimat, czego może jej pozazdrościć Trasa Transfogarska (a dopiero co pokonałam ją w Rumunii) czy Droga Trolli (w Norwegii).

Jeśli chodzi o mieszkańców, nie brakowało trąbienia i pogwizdywania na widok dwóch blondynek na motocyklach, lecz w bliższym kontakcie okazywało się, że do obcych podchodzą raczej z dystansem. Gdy dotarłyśmy do Czarnogóry, poczułyśmy ulgę, bo znów znalazłyśmy się w kraju, gdzie ludzie spoglądali na nas z uśmiechem, a temperatura z ekstremalnego pułapu 45°C spadła do bardziej ludzkiego poziomu.

Dolce vita

Z Baru wypłynęłyśmy promem do Bari. Zawsze marzyłam o tym, by zobaczyć południowe Włochy. Jednak region ten rozczarował mnie. Brud, śmieci i powszechna obecność pań uprawiających „najstarszy zawód świata”, rozstawionych wzdłuż dróg pod parasolami – to nie najlepsza wizytówka. Nie tak wyobrażałam sobie tę część Europy!

Lecz im dalej na północ, tym ten kraj wydawał mi się bardziej atrakcyjny. W takich regionach jak Molise, Abruzja, Umbria czy Toskania chcesz się zatrzymać, aby rozkoszować się chwilą i zatrzymać ją na dłużej. Włosi są bardzo żywiołowi i pozytywnie nastawieni do życia. Cieszą się każdą chwilą i to się udziela!

Nigdy sama

Droga z Genui do Nicei, przebiegająca wzdłuż Lazurowego Wybrzeża, czarowała nas swoim urokiem. Po jednej stronie góry, po drugiej morze. Przy takich atrakcjach nawet zmęczenie schodziło na dalszy plan.

W Nicei Karolina postanowiła zrezygnować z dalszej podróży. Zostałam sama ze swoim marzeniem. Początkowo miałam obawy, czy podołam samotnej wędrówce, bo do przejechania zostało jeszcze 8 000 km. Lecz już pierwsze kilometry uświadomiły mi, że jeśli nawet ruszamy solo, to i tak nigdy nie jesteśmy sami! Wtedy bardziej otwieramy się na otoczenie, a ono bardzo pozytywnie potrafi nas zaskoczyć.

I tak pewnego dnia w Prowansji, dzięki pomocy pary Francuzów, którzy przygarnęli mnie pod swój dach, spędziłam noc w starym, blisko 200-letnim domu otoczonym wielkimi cyprysami i krzewami charakterystycznymi dla tego regionu. Takich magicznych spotkań było wiele podczas mojej podróży. Ludzie wyciągali dłoń w najmniej oczekiwanych momentach. Zmieniały się tylko języki i granice. I to jest piękne w podróżach motocyklowych, gdyż pokazują, że nie wszyscy, jak w wielkich miastach, zamykają się za parkanami zamkniętych, strzeżonych osiedli.

Centralną Francję przemierzałam już w drodze powrotnej. To idealne miejsca do wycieczek motocyklowych. Warto jest tam zabłądzić. Nigdy nie wiadomo, jaka niespodzianka będzie czekać za kolejnym zakrętem: wielki zamek, stara karczma czy bajkowa droga, biegnąca tuż nad rzeką. Szkoda tylko, że tak wysokie są tam ceny paliw (w przeliczeniu – ponad 7 zł za litr benzyny). W takich chwilach cieszyłam się, że spalanie mojego VanVana oscylowało w przedziale 2,1-2,6 l /100 km.

Po kraniec Europy

Hiszpania zauroczyła mnie cudownymi miastami, wspaniałymi ludźmi oraz boskimi trasami, od Pirenejów, przez Barcelonę, Walencję, Marbellę, Sewillę do San Sebastian. Każde miasto inne, każde kolorowe dzięki jego mieszkańcom. Żyje się tu dwadzieścia cztery godziny na dobę. Noc przeplata się z dniem, a dzień z nocą. Miasta tętnią życiem. Ludzie lubią spędzać wspólnie czas przy szklaneczce regionalnego alkoholu oraz wyśmienitych tapas (przekąskach).

Zupełnie inna jest Portugalia. Faro, znane w Europie z jednego z największych zlotów motocyklowych, poza sezonem rozczarowuje brakiem klimatu. Wszystko w porównaniu do Hiszpanii jest skromniejsze. Ludzie również żyją oszczędniej. Nie powinno nikogo dziwić, że jeśli zjawisz się w mniejszej miejscowości, to po godzinie 22 knajpa będzie zamknięta. Natomiast Portugalia oczarowuje dziewiczymi plażami, skalistymi klifami (bajkowe Cabo da Roca – przylądek Roca, najbardziej na zachód wysunięty skrawek stałego lądu Europy) oraz trzema magicznymi miastami: Lizboną, Sintrą i Porto.

Wspomnień na lata

W Brukseli czy Amsterdamie warto spędzić trochę więcej czasu, aby poczuć klimat tych miast i spróbować ich wyjątkowych specjałów. Niemcy powitały mnie chłodną, deszczową aurą. Niestety, jazda w gradowej burzy nie jest najprzyjemniejsza, tym bardziej, gdy temperatura spada do 3-4?C. Na szczęście atmosfera w Berlinie była zdecydowanie gorętsza i widok Bramy Brandenburskiej sprawił, że uświadomiłam sobie, iż wszystko, co dobre, szybko się kończy. Do końca zbliżała się też moja wyprawa.

Poznań był ostatnim przystankiem na trasie Riding Across Europe. W stolicy Wielkopolski byłam po raz pierwszy. To miasto uzmysłowiło mi, jak bardzo Polska się rozwija, jak piękny mamy kraj i jak powinniśmy być z niego dumni.

Wyprawa Riding Across Europe była spełnieniem moich marzeń. W każdym kraju, przez który przejeżdżałam, poznałam wyjątkowych ludzi. Oni po części tworzyli tę podróż. Dotarło do mnie również, że nieważne, jaki kierunek obierzemy i czego będziemy szukać, czy miejsc egzotycznych, nowoczesnych czy zabytków – motocykl, nawet ten najmniejszy, taki jak Suzuki VanVan sprawi, że pokonując kolejne kilometry, przeżyjemy wiele wspaniałych przygód. Będzie je można wspominać latami.

Serdecznie dziękuję redakcji Świata Motocykli, która wspierała mnie na każdym kilometrze. A także portalom: Motocaina.pl, Kolumber.pl, Podroze.Gazeta.pl. Wielkie podziękowania kieruję do Partnerów wyprawy, firm, które uwierzyły w realizację mojego marzenia – Suzuki, Samsung, Modeka oraz Moto-Akcesoria.pl

Tekst i zdjęcia Weronika Kwapisz

Publikacja w numerze 3/2012 Świata Motocykli

Zobacz także:

Chopin we mgle, czyli wyprawa w Alpy

U stóp dachu świata

KOMENTARZE


REKLAMA
Polecane artykuły
Tadeusz Błażusiak wygrał VI rundę Mistrzostw Ameryki Endurocross i już…
Najszybciej wystartował Lorenzo, ale szybko wyprzedził go Pedrosa, a zaraz…