Wielkie, skaliste góry i nieograniczone przestrzenie, kamienne pustynie i żyzne pola, zielone oazy, a tuż obok czerwień wyschniętej ziemi – Maroko.

Przygotowania trwały prawie 6 miesięcy, głównie było to zbieranie informacji, rezerwacja biletów na statek, szukanie sponsorów. Plany były o wiele ambitniejsze: Sahara Zachodnia i powrót przez Mauretanię. Życie zweryfikowało trasę naszej wyprawy, ale i tak jak się okazało, była to wyprawa przez dość duże „W”.


REKLAMA

Nadszedł ten dzień – 17 września 2009 roku. Godzina dziewiąta rano. Motocykle przyszykowane, zatankowane, ostatnie zdjęcie przed startem, życzenia szerokiej drogi, szczęśliwego powrotu i w drogę.

Pierwsze 1350 km to autostrady Polska -Niemcy, korytarz w Austrii, potem Szwajcaria i Włochy, nocleg w Genui. Port jak port, trochę biegania i bilety w ręku, wjazd na keję, pieczątki od policjantów i załadunek na statek. Motocykle jako pierwsze wjechały do ładowni. Pozostawiliśmy je zamocowane i bez bagaży. W czasie rejsu jest zakaz wchodzenia do ładowni, więc zabieramy wszystko.Pasażerami statku tylko w 10 procentach są turyści, pozostali to ludzie z Afryki i Azji. Wszystkie możliwe kolory skóry. Z górnego pokładu widać, do jakiej perfekcji doszli w pakowaniu swoich aut i busów. Jakim sposobem dojechali oni do portu, jak na to pozwala policja włoska – nie wiem. Ale jakoś tu przyjechali a teraz płyną do siebie.

Załadunek przebiega sprawnie i od kei odbijamy o czasie. Dziwne uczucie w sercu. To nie jest przejażdżka, to jest wyprawa. Nikt z nas nie wie, co nas tam czeka, jak będzie. Pada wiele pytań, ale nikt z nas nie zna na nie odpowiedzi. Na statku jesteśmy jedynymi Polakami. Emocje rosną wraz z każdym obrotem śruby okrętowej. Płyniemy. Z tej euforii nikt nawet nie zauważył, że w cenie biletów jest „papu” na całą drogę. W ten sposób uciekło nam kilka posiłków. Ale i tak kuchnia nie była najbardziej wykwintna. Brakowało nam tradycyjnego schabowego, ale Allah nie pozwala na takie cudeńka i menu w całości zostało podporządkowane Islamowi.

Mijamy Barcelonę. Już widać Afrykę po lewej, a Europę po prawej. Port Tanger. Statek przycumowany, otwierają się wrota ładowni i wyjeżdżamy. Na lądzie okazuje się, że brakuje nam jakiejś pieczątki. Paszporty zatrzymane i nic więcej nie wiadomo. Mój francuski na wiele się nie zdaje. Górę bierze „bakszysz” -kasa do rączki i pierwsi pojechali, a my stoimy w porcie. Po dwóch godzinach znalazłem nasze paszporty w ręku jakiegoś gościa, kilka słów wyjaśnienia i jest brakująca pieczątka. Już zaczyna się z nas lać, temperatura na starcie 28 stopni w cieniu. Jedziemy.

Tanger szybko pokazuje nam, jakimi prawami rządzą się tam pojazdy: kto sprytniejszy, ten szybszy. Przeżyjesz, jak masz oczy dokoła głowy. Nam się udaje, opuszczamy miasto. Pierwsza stacja paliw i szok. Poza kilkoma butelkami oleju, „toaletą” (jeśli można to tak nazwać) i pokojem modlitw nie ma wiecej nic. O mapie zapomnij. I tak jest na kolejnych stacjach, czyli większy albo mniejszy bałagan. Kilometry uciekają, jest dość późno, szukamy miejsca do spania, jakiegoś kempingu. Z otrzymanych informacji wiemy, że za 30 km nad oceanem jest coś takiego, ale czy będzie otwarty – tego nie wie nikt. Szczęście nam sprzyja, jest kemping i nawet ciepła woda. Namioty stają obok kamperów innych turystów, tak jest pewniej. Pierwszy wieczór w Afryce. Cieplutka noc i tylko w oddali słychać nawoływania do modlitwy. I tak pięć razy dziennie. W planowaniu pomaga nam przewodnik zakupiony w Polsce, dzięki niemu wiemy więcej o Maroku i o jego atrakcjach. Namiar na dzień następny – Casablanka i jeszcze dalej. Ranek ukazuje nam uroki Maroka po tej stronie Atlasu. Śmieci na ulicach, tysiące torebek foliowych na polach, jest brudno, ale ogrom brudu i biedy jaki pokazała droga do Casablanki i dalej do Al Djadida, był porażający.

Po drodze trafiamy na supermarket, w którym robimy zapasy towaru ekskluzywnego w tej części świata. Mamy też mapę Maroka. Droga do Al Djadida jest na mapie w kolorze białym, co oznacza prędkość 40 km/h. Przeróżne pojazdy na tej drodze i wiele oczekujących ludzi na podwiezienie, stragany, warsztaty samochodowe i jeszcze wiele innych nieznanych nam rzeczy. Poza miasteczkami bieda jest bardziej widoczna. Przedmieścia to slumsy zrobione z czegokolwiek, glina, blacha, folia i górujące nad tym wszystkim anteny satelitarne. Przejazd przez biedne dzielnice miasta, chwilowy postój, kilka fotek i uciekamy do meczetu nad morzem.

Ogrom budowli, jego piękno i rozmach nas zaskoczył. Jest to drugi meczet po Mekce. Biel ścian, potęga wrót i kolorystyka zdobień i wszechobecni chętni do modlitwy. Czas na obiad, więc  korzystamy z restauracji nad morzem. Wydawała się tania (135 DH na osobę, gdzie 1 euro to około 11 DH). Czas to zweryfikował, jak się później okazało, była najdroższą restauracją w czasie całego pobytu. Z okna widać przeogromny ruch miejski, trąbienie, jakieś piski. Widziałem nawet dwa motocykle, chyba tutejsze, bo jechali na nich ludzie bez kasku. W mieście stajemy na kempingu i transportem lokalnym „Petit Taxi” jedziemy do  medyny. Jest już po zachodzie słońca i chyba wszyscy mieszkańcy tu przyszli. Czuć zapach smażonego mięsa, słychać harmider przy straganach. Wszystko to robi niesamowite wrażenie. Nabieram odwagi i próbuję ich lokalną potrawę. Bułka faszerowana pikantnymi kiełbaskami z mięsa baraniego i wołowego wraz z cebulką. Wszystko przygotowane na grillu i załadowane gołymi rękoma. Zarazki? A kto je widział? Smak w porządku, ale wrażenia dziwne.

Ranek wita nas mocnymi wrażeniami. Nikuś ma głowę jak balon. Wczoraj podczas jazdy z otwartym kaskiem coś go ugryzło. Poszukiwanie apteki, okłady, wapno i o godzinie 12. jest jak nowo narodzony. Jedziemy do Marakeszu.Oddalamy się od wybrzeża, wybieramy główne drogi. Ich stan jest perfekcyjny, więc prędkość wzrasta do 130 km/h, a wolno tylko 100. Pogoda przecudna, temperatura 26 stopni, jest naprawdę miło. Poznajemy prawdziwe Maroko – kilometry prostych dróg bez jednej palmy i potężne połacie terenu z małymi kamyczkami. Pod wieczór wita nas Marakesz, jedno z większych miast Maroka. I z największą medyną (centralny plac, targ w mieście) w krajach arabskich.

Kemping daleko od miasta, miejsca na namioty brak. Decyzja – mały hotel, cena w porządku, motocykle postawiliśmy w budynku, a my w taxi i do medyny. Ludzi tam co niemiara, a jeszcze nie było zachodu słońca, po którym Marokańczycy wychodzą chętniej z domów. Teraz królują turyści i ci, co na nich zarabiają. Przewodnik Paskala podaje, że na przyległym placu kiedyś handlowano niewolnikami i kamienowano kobiety. Miało tam stanąć osiedle domów, ale pozostawiono ją w stanie pierwotnym dla przyjezdnych. Podstawowe atrakcje to stargany ze wszystkim, małe tarasy z tutejszą kuchnią, opowiadacze baśni, muzycy-żebracy i cały ten kram. Pozostajemy do późnego wieczora, racząc się w jednej z jadłodajni tutejszymi specjałami: Tarjin couscous i krewetkami pieczonymi na głębokim tłuszczu.

Ranek postawił przed nami nowe zadania – Atlas Wysoki. Zmierzamy tam, jadąc przez inną atrakcje wodospady. Droga robi się coraz bardziej kręta, coraz bardziej stroma, ale nie traci nic na jakości, więc zakręty pod górę to zabawa więcej niż przednia. Ruch minimalny, zatem cała droga nasza! Kafejka na wysokości 2612 m i zjazd. Góry niby te same, ale jest nieco inaczej. Jak się później okazało, po tej stronie Atlasu mieszkają już Berberowie. Połykamy kilometry na niezliczonych zakrętach. Mijamy grupę Hiszpanów. Znajomy gest pozdrowienia i więcej gazu, bo droga się wyprostowała. Nasz cel na dziś to zabytek chroniony przez Unesco, tysiącletnie miasto – Ait Be Haddou.

Po drodze spotkanie z rodakami w busie, kilka słów po polsku i szukamy noclegu. Jest hotel obok bajkowego miasta. Szybka kąpiel i ruszamy na zwiedzanie. Momentalnie pojawił się jakiś Mohamed i oznajmia, że będzie naszym przewodnikiem. Nie oponujemy i zwiedzamy. Opowieści jego były zajmujące, więc proponujemy coś do picia w naszym towarzystwie, ale odmawia, zapraszając nas do miasta po zmroku. Niby pozamykane, ale mieszka tam jeszcze 10 rodzin, więc istnieją sekretne przejścia. Zgadzamy się. Godzina 20, spotkanie i spacer w kompletnych ciemnościach. Ale przewodnik jest spokojny. Już po chwili wraz z kilkoma innymi Berberami i Nomadami słuchamy opowiadań o ludziach pustyni, o wędrówkach i życiu. Rozmowy nasze zakrapiamy wodą ognistą, której, o dziwo, nie odmawiają. Zaczyna się handel. Krzyś za koszulkę z małą dopłatą dostaje długą, męską kieckę „jadore”. Było sympatycznie i wesoło. Wspomnień na całe życie.

Poranek podobny do innych, pogoda przepiękna, jedziemy. Nasz cel na dziś – piaski Sahary. Droga wiodła w teranie płaskim między górami. Jechaliśmy 20 minut za deszczem. Kurz i woda dały mieszankę który okleił motocykle na kolor czerwony . Marzuga to koniec naszego etapu, niestety dopadła nas burza paskowa, a potem deszcz. Rzutem na taśmę wpadamy  na kemping i mamy schronienie do rana. Cena przystępna, komfort bardzo wysoki (właściciel Francuz). Zostajemy wiec na dwie noce. To pozwoliło nam na wyjazd na piaski Sahary bez kufrów. Droga na wstępie wiedzie przez gaje palmowe. Potem po sam horyzont płasko i nic tylko zjazdy w pustynię. Miasto Marzuga zapewne jest podobne do innych, więc opuszczamy asfalt i jedziemy w nicość. Chłopaki poszaleli. Nikuś odjechał na kilka ładnych kilometrów,  wszyscy pchamy się w kierunku jakiejś oazy. A w oazie cały kompleks hotelowy. Wypijamy herbatkę i dalej na pustynię, bo piaski kuszą. Mijamy kilka dromaderów, wolno i dostojnie spacerujących. W końcu to one są panami pustyni.

Kolejna oaza i początek wydm piaskowych. I stało się – dorośli faceci jak dzieci zabrali zabawki i w piach. Niestety, nasze zabawki są troszeczkę za ciężkie na takie szaleństwa. Krzyś glebi i woła o pomoc, Mariuszowi jakoś się udaje. Jeszcze jeden atak i zdobywa to, co zamierzał, gasi silnik. Radość, fotki, chwila odpoczynku. Chciałby więcej zabawy, ale „mechaniczna pomarańcza” odmawia, nie odpala. Może się zagrzała, a może silnik się zatarł? Nic nie wiemy, więc czekamy. A ona nawet nie zakręci. Około kilometra od nas widać oazę, więc idziemy po pomoc. Berber bierze linę i swoje 4×4. Ocena i diagnoza – koniec akumulatora. To halogeny załatwiły go na cacy. Odpalenie na pych nie wchodzi w grę, bo dookoła sam piach. Holujemy.

Gdzie jest akumulator w KTM? Szukamy, szukamy, demontujemy, szukamy i po trzech godzinach wiemy, gdzie go nie ma, ale gdzie jest – tego nie wie nikt. Rozpaczliwa próba odpalenia na pych. Dwie rosłe osoby na motocykl, odrobina twardego gruntu i… zawarczał cholernik! Radość była wielka. Jeszcze jedna herbatka, miłe uściski, zaproszenia i wracamy. Marzymy o kąpieli w naszym basenie. Po chwili już moczymy spocone ciała w orzeźwiającej wodzie. Już spokojnie, z uśmiechem na ustach wracamy raz jeszcze do wrażeń  na pustyni. Poranek jak co dzień, pakowanie i w drogę. Dziś przekraczamy Atlas Średni, droga na Fez. Widoki przecudne i nie do opisania, ten kontrast czerwieni skał, zieleni gajów palmowych i brunatnych rzek po deszczach sprzed dwóch dni. Droga szeroka i przyjemna. Tankowanie i smakowanie tutejszej kuchni. Chciałem coś zjeść, ale jak zobaczyłem, jak to się robi i z czego, zwątpiłem. .Jednak było nawet smaczne (kulki mielonego mięsa z grilla), a że palcami formowane?

Kolejne góry ukazały nam jeszcze coś więcej poza swoim pięknem – straszną biedę Nomadów. Nie mają nic poza namiotem i stadem kóz czy owiec. Czułem się bardzo nieswojo mijając tych ludzi. Droga prowadzi nas przez partie gór, gdzie w Maroko można sobie pośmigać na nartach.  Miasto jak w europejskich kurortach górskich, spadziste dachy, dużo zieleni, tylko te napisy nie takie jak na rodzimym kontynencie. Po przejechaniu łańcucha gór znowu pustynia i kamienie.

Wspaniała wiadomość czekała na nas w mieście Fez. Jest supermarket – będzie cola. Zakupy i na kemping. Zrobiło się dość późno, sen dopada nas wszystkich. Poranek witamy jadąc do rezerwatu Teze. Droga, którą jedziemy, to główny szlak z Tangeru do Algierii. Tu już nie jest tak łatwo, tu trwa walka o każdy wyprzedzany pojazd. Po chwili uciekamy w góry i szukamy kolejnej atrakcji – groty. Droga ostro pnie się w górę, zakręty po 180 stopni, ludzi brak, aut też nie widać. Grota jest potężna i według przewodnika, nie do końca zbadana. Zwiedzanie i powrót. Znowu zakręty. Marzymy o prostej drodze. Życzenie się spełnia – prosta droga doprowadziła nas na kemping, a po kolacji taxi i przejażdżka do, podobno, najpiękniejszej medyny. Kierowca odradzał, że to noc, że niebezpiecznie, ale co tam, cola dodaje odwagi. Po wejściu do medyny, po zmroku rzeczywiście nie jest zbyt bezpiecznie. Za schronienie obieramy restaurację z tarasem. Czekamy na kelnera, na dole jakaś  bójka, ale o co? Nikt nie wie. Język raczej mało zrozumiały.

Kolejny etap prowadzi nas do Szafszawan w górach Rif. To trzecie największe pasmo gór w tym kraju. Trasa na Tanger zwana jest „narkotykowym szlakiem”.  Przewodnik podaje, że miasto jeszcze w latach pięćdziesiątych było zamknięte dla turystów i aparat w ręku wywołuje popłoch wśród kobiet. Każda chowa twarz w rękawie lub chustce. Miasto przepiękne, nie wiedzieć czemu, stara część wraz z medyną pomalowana jest na niebiesko. Niebo zlewa się ze ścianami domów, wrażenie niesamowite. Kupujemy pamiątki. Noc mija, wracamy do miasteczka. Ranek i znowu inne odczucia, znowu inna gra kolorów.

Ostatni etap – na Tanger. Smutek w duszy, nawet nie rozbijamy namiotów, nocleg byle jak, byle gdzie, na kolację sardynki z grilla.  Załadowani na statek czekamy na resztę pasażerów. Trwało to do 21, tak więc już na starcie mamy 2 godziny opóźnienia. Statek ruszył, cola zaszumiała w głowie i wypatrujemy, gdzie Genua. Do brzegu dobiliśmy o 1 w nocy. We włoskim porcie  BMW odmówiło posłuszeństwa i nie odpaliło. Transalp posłużył jako bateryjka i w drogę.   Jechało się wspaniałe, temperatura spadała szalonym w tempie. W porcie było jeszcze 27 stopni, a już na Przełęczy Świętego Bernarda, w środku dnia, tylko 2 stopnie, a przejechaliśmy raptem tylko 150 km. Dlatego otrzymana od Modeki odzież została przetestowana w możliwie skrajnie rozbieżnych temperaturach i nie ukrywam, że się sprawdziła na medal.

 

Tekst i zdjęcia Krzysztof Balowski

ZOBACZ TAKŻE:

Motocyklem dookoła Turcji

Na południe Europy – Sardynia

Motocykle – ogłoszenia

Najnowsze relacje z motocyklowych podróży czytaj w Świecie Motocykli

KOMENTARZE


REKLAMA
Polecane artykuły
O starych motocyklach BMW można powiedzieć wiele. Są niezgrabne, niewysublimowane…
W Warszawie, w której wydzielone pasy jezdni tylko dla komunikacji…