fbpx
A password will be e-mailed to you.

Madagaskar to czwarta co do wielkości wyspa świata, o powierzchni prawie dwukrotnie większej od Polski. Leży na Oceanie Indyjskim, 400 km na wschód od Mozambiku. To także suwerenne, choć niezbyt bogate państwo, liczące ponad 20 mln obywateli. Kraj pełen kontrastów przyrodniczych i kulturowych, gdzie każda błaha czynność to potencjalnie początek przygody. 

Na wyspę przyleciałem pod koniec kwietnia i na zakup motocykla dałem sobie tydzień. Plan był ambitny, zwłaszcza że ogłoszeń w internecie jak na lekarstwo, a same sprzęty – albo chińczyki, albo po przejściach. Szczęście jednak dopisało i ostatecznie wybór padł na leciwe, sprowadzone z Japonii Suzuki DR200 SE z pierwszej połowy lat 90., które nazwałem Suzi. Pierwsze kilometry po opuszczeniu stołecznego chaosu przebiegały pięknymi serpentynami z dobrej jakości nawierzchnią – na Madagaskarze tylko kilka głównych dróg jest pokrytych asfaltem, reszta to lepsze lub gorsze drogi gruntowe. Centralną część wyspy tworzy górzysty rdzeń o wysokościach przekraczających 2000 m n.p.m., z malowniczymi wioskami, polami ryżowymi i coraz bardziej przerzedzonymi lasami. Dużo frajdy dał odcinek drogi RN25 prowadzącej do Manakary – dobrej jakości asfalt, serpentyny jak z włoskich przełęczy i tropikalne pejzaże, w których dominuje jeden z symboli wyspy – ravenala, czyli pielgrzan madagaskarski, palma z liśćmi rozłożonymi na kształt wachlarza. 

W Manakarze spotykam się z dawnym znajomym Jean Claudem (JC), z którym jadę do odległej o ok. 40 km Ankaramalazy. Po opuszczeniu asfaltu po raz pierwszy doświadczam malgaskiej „route secondaire”– dziurawej drogi lokalnej, błotnistej po opadach, z licznymi kałużami. Motocykl zostawiam na chronionym „parkingu”, a do samej wioski przedostajemy się pirogą przez rzekę. Ankaramalaza robi wrażenie miejsca schludnego i dobrze zagospodarowanego: wybrukowane ulice, ładnie utrzymane domostwa, szkoła, szpital i oczywiście targowisko.Moimi przewodnikami pod nieobecność JC są Jeanne i Eveline. Od nich dowiaduję się, że wioska była założona w XIX w. przez norweskich misjonarzy wyznania luterańskiego i do dziś obowiązują tutaj prohibicja oraz zakaz palenia papierosów. Nie ma też baru czy dyskoteki. Z powodu braku prądu rytm życia nadaje przyroda – wstaje się o świcie, w ciągu dnia się pracuje, uczy i bawi, żeby krótko po zmroku zniknąć w chałupie i przy świeczkach przygotować się do snu. 

Z audiencją u króla

Nazajutrz opuszczamy osadę w celu złożenia wizyty u króla. Przed francuską kolonizacją  wyspy z końca XIX w. kraj ten dzielił się na mniejsze i większe królestwa, wydzielone najczęściej ze względu na przynależność do jednej z 18 głównych grup etnicznych. Obecnie Madagaskar jest republiką z prezydentem na czele, gdzie monarchowie sprawują funkcję symboliczną, pozostając przywódcami duchowymi lokalnych społeczności.Nasza audiencja wymagała odpowiedniej etykiety – po pierwsze należało przygotować „wyprawkę” królewską, czyli: 2 l alkoholu, 4 l napojów słodkich (cola) i jakieś ciastka. W kopercie należało przekazać królowi 20 000 ar (ok. 20 zł), kolejne 10 000 ar dla świty i 10 000 ar wsunięte z odpowiedniej strony pod misę z wodą święconą. Cała ceremonia to liczne przemówienia, masa uścisków dłoni, zdjęć i oczywiście samo błogosławieństwo (kropidłem z ogona zebu). Każdy pozował tym chętniej, że w zamian mógł otrzymać swój wizerunek uwieczniony polaroidem (moim zdaniem najlepsza forma „prezentu” dla mieszkańców, zwłaszcza dzieci). 

Futaka znaczy błoto…

Za Vangaindrano kończy się asfalt i rozpoczyna „zabawa”. Z początku ubity lateryt, parę przepraw przez zalaną drogę i lawirowanie między dziurami, ale im dalej na południe, tym gorzej. Pierwsza gleba i grzęznę w błocie – dzięki pomocy drogowców i przypadkowych przechodniów moto udaje się z trudem wydobyć. Tragedia, ale łudzę się, że najgorsze za mną. Kolejny upadek… Jedną z przepraw biorę ze złej strony i ląduję po pas w błocie.

Malgasze pomagają mi wydostać moto, ale tutaj nie ma już mowy o dalszej jeździe. Zalałem silnik, więc bez oczyszczenia komory spalania i gaźnika się nie obejdzie. Na szczęście mam narzędzia, a właściciel pobliskiego sklepu oferuje podwórko. Cały dzień upływa na rozkręceniu i oczyszczeniu silnika, w międzyczasie mój gospodarz z rodziną i znajomymi karmią mnie, piorą odzież z błota i ogólnie pomagają. Wieczór kończy się barowo – głośna muzyka ze sprzętu zasilanego prywatnym generatorem prądu i THB (marka piwa) w malgaskim towarzystwie. Kolorytu dodaje fakt, że jeden z domowników łapie i zabija kurę, w dwie minuty skubie i po niecałej godzinie podaje na talerzu z ryżem,  rosołem i ranovulą (napój z przypalonego ryżu).Następnego dnia moto udaje się odpalić, ale z racji późnej pory dojeżdżam tylko do pierwszej przeprawy promowej. Kolejne dni upływają pod znakiem problemów z silnikiem – ostatecznie wracam do Vangaindrano na przyczepie ciągniętej przez traktor 4×4, jedyny sensowny tutaj środek transportu. Nocą, w miejscu w którym wcześniej ugrzęzłem, mijamy dwa motocykle – jeden z pasażerem, drugi objuczony towarem… spokorniałem.  

Znowu w siodle

Moto  udaje się naprawić, więc następnego dnia obieram kurs na zachód do Ihosy, ponad 260 km po RN27 – „route secondaire”. Pierwszy, 140-kilometrowy odcinek do Ivohibe, który według mapy Google powinien zająć ok. 2,5 h, w rzeczywistości pokonuję przez cały dzień. RN27 jest nieprzejezdna dla samochodów, ponieważ mosty zredukowane są do dwóch desek: dla pieszego i jego roweru, a etap przez las deszczowy jest niczym więcej jak wąską, wydeptaną przez pieszych ścieżką między drzewami.Bogatszy w doświadczenie w podejrzanych miejscach zostawiam Suzi i pieszo badam przeszkodę – taktyka mozolna, ale się sprawdza. Wrażenia super i tylko gdzieś z tyłu głowy siedzi myśl, że jeżeli silnik padnie albo ja nie podołam, to najbliższa wioska znajduje się ok. 30 km dalej, a mechanik o dzień drogi stąd. W wyniku wycinki szlachetnych gatunków drzew, jak palisander, oraz dla pozyskania gruntów pod wypas bydła i uprawę ryżu, na wyspie zachowało się mniej niż 20% pierwotnych lasów. Noc spędzam w Ivohibe, ładnej miejscowości położonej pośród malowniczych gór na obszarze kojarzonym z dahalo – miejscowymi rabusiami, którzy mają jakoby napadać i okradać podróżnych – tak przynajmniej twierdzą Malgasze zamieszkujący inne części kraju. Z kolei gospodyni, u której nocuję zapewniła mnie, że jest bezpiecznie. Kolejne 120 km do Ihosy Suzi pokonuje na dachu Toyoty Land Cruiser w towarzystwie gęsi i 16(!) osób w kabinie.

Po raz kolejny rozpływam się  nad umiejętnościami Malgaszy w off-roadzie. Ihosy to węzeł komunikacyjny i ośrodek gospodarczy, co przekłada się na trzy stacje benzynowe, zakład dystrybucji browaru THB, liczne garaże naprawcze i infrastrukturę gastronomiczno-noclegową. Moto ponownie ląduje u mechanika, z podejrzeniem uszkodzenia cylindra – wnętrze jest na tyle porysowane, że przepuszcza olej, ale wymiana pierścieni powinna na jakiś czas załatwić sprawę. Należy dodać, że mechanik na Madagaskarze to najczęściej podwórze, podstawowe narzędzia i dużo własnej inwencji twórczej (np. uszczelka wyklepana z kalendarza) – koszt robocizny to 60 000 ar (60 zł). Za Ihosy rozpoczynają się tereny coraz bardziej płaskie i suche, pojawiają się też pierwsze baobaby. 

Tsimanampetsotsa znaczy bez delfinów

Południowy zachód wyspy otrzymuje najmniej opadów, co przekłada się na tutejszy krajobraz, zdominowany przez trawy, sukulenty i termitiery. Kolejnym celem jest położony parę kilometrów od Kanału Mozambickiego Park Narodowy Tsimanampetsotsa. Jego nazwa pochodzi stąd, że podobno w dalekiej przeszłości wody obecnie słonego jeziora zamieszkiwały delfiny. Droga do niego prowadzi przez grząskie piaski, co wymaga ciągłej walki z przednim kołem i skupienia – pokonanie dystansu 120 km zabiera dziewięć godzin…Im jednak trudniej, tym większa satysfakcja, a już najlepiej, gdy drogę kończy się w knajpie przy drodze z zimną colą, widokiem na ocean i dobiegającym z radia akompaniamencie Celine Dion z „My heart will go on”. Epicko! Krajobraz tej części wyspy jest niepowtarzalny, dosłownie nie z tego świata! Opasłe baobaby, fikuśne octopus tree i pachypodia wyglądem przypominające olbrzymie ukwiały robią piorunujące wrażenie. To wszystko w otoczeniu bieli słonego jeziora i koralowego piasku oraz lokalnej fauny, reprezentowanej m.in. przez żółwie promieniste i wszędobylskie lemury. 

Morskie opowieści

Kolejny etap podróży można osiągnąć w dwojaki sposób, tj. wracać drogą, którą przyjechałem do RN7 i kontynuować dalej na zachód, lub podjechać 40 km na północ do Anakao i tam spróbować załadować się na pirogę do Toliary. Ponieważ Suzi dymi jak lokomotywa, postanawiam wybrać drogę wodną. Piaszczystą trasę do Anakao udaje mi się pokonać całkiem sprawnie – obieram taktykę „gaz do dechy i walka z kierownicą”. Pomagają wczesna godzina i fakt, że piasek jest jeszcze lekko wilgotny, przez co nie ucieka spod kół jak poprzednio.

Na miejscu znajduję pirogę z żaglem, w której pomimo kompletu pasażerów udało się wygospodarować miejsce dla mnie i motocykla. Sprawność, z jaką piroga sunie po wodzie, zaskakuje. Drewniana dłubanka z doczepioną dla stabilizacji płozą i prostym, poszarpanym żaglem – podobno właśnie w ten sposób ponad 1500 lat temu na wyspę przybyli pierwsi osadnicy z Archipelagu Malajskiego. Podróż trwa jakieś 4 h, w przeciągu których pokonujemy ok. 35 km. Lądem do przejechania byłoby ich ponad 270! 

Raz kozie śmierć…

W Toliarze moto ponownie trafia do mechanika na wymianę pierścieni. Miasto ma klimat kolonialny, duża liczba imigrantów, biznesmenów i turystów wpłynęła na jego witalność, liczne są bary, restauracje i hotele. Z Toliary na północ do Morondavy jest w linii prostej niecałe 350 km, przy czym w porze deszczowej, ze względu na wezbrane rzeki i brak mostów, jedyna możliwa droga prowadzi objazdem liczącym ponad 1200 km. Jest koniec tej pory, więc próbuję. Trasa malownicza, ale męcząca, ze względu na koleiny. Pierwsza przeprawa przez rzekę na połączonych kładką dwóch pirogach. Moto dymi, ale bez tragedii.

I wszystko byłoby pięknie gdyby nie… koza. Ze zwierząt najbardziej nieprzewidywalne na drodze są kury – nieważne, jak blisko jesteś, czy z której strony podjeżdżasz, nie da się przewidzieć jak zareaguje. Zebu, czyli lokalne bydło, są większe, powolniejsze i tym samym bezpieczniejsze przy wymijaniu. Kozy wydawały mi się równie roztropne na drodze co zebu – aż do tej jednej, która nagle zmieniła kierunek i wpadła prosto pod koło! Na szczęście udało się częściowo wyhamować więc impet był niewielki. Koza padła, powstała i uciekła, a ja – poobijany – potrzebowałem chwili żeby się pozbierać.

Rzeczne przeprawy

Na Madagaskarze zaczyna się doceniać cuda współczesnej inżynierii, jakimi są mosty, bo tam ich nie ma. Dawniej granice plemienne czy później państwowe zwykle przebiegały na rzekach, ponieważ stanowiły one naturalną barierę, zapewniając tym samym bezpieczeństwo mieszkańcom jednej czy drugiej strony. Tutejsze rzeki pokonać można jedynie w porze suchej, a i wówczas nie ma lekko, bo są szerokie, mają grząskie dno, a trasę zwykle wyznaczają wbite w grunt kije.

Taktyka przeprawy jest dosyć prosta, tzn. gaz w podłogę i ile fabryka dała – oczywiście sprawdza się to przy dobrym 4×4, a i wówczas auto bez snorkela nie przejedzie. Pokonując wodę motocyklem najpierw obserwowałem trasę, jaką pokonuje auto, żeby dalej samemu ruszyć w jego ślady. Zwykle się to sprawdzało, jednak w sytuacjach, gdy auta zalewało po maskę nie ryzykowałem i zlecałem za równowartość 10 zł przeniesienie motocykla na drugi brzeg – sprawnie i bezpiecznie.

Aleja Baobabów

Morondava słynie przede wszystkim z jedynej na świecie alei baobabów. Docieram tam o świcie i widok faktycznie zapiera dech w piersiach! Wysokie na ponad 10 m, potężne drzewa rosną po obu stronach głównego, istniejącego od wieków szlaku komunikacyjnego, prowadzącego wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy. Aria kolorów malowana przez wschodzące słońce dodatkowo potęguje i tak już niesamowite wrażenie. Pięknie! 

Byle do końca

Do Antsirabe jest prawie 500 km, co przy średniej prędkości podróżnej rzędu 65 km/h powoduje, że na miejsce dojeżdżam już po zmroku. Trasa przepiękna, z krajobrazem przechodzącym z pustynnych nizin w góry. Niezłej jakości asfalt i serpentyny, tylko mocy mało… W Antsirabe wraz z poznaną Francuzką Eclair oraz Malgaszami Francois i Feno idziemy do klubu. Karaoke jest tu główną formą spędzania wolnego czasu. Śpiewają wszyscy, a impreza trwa do rana. 140 km, jakie dzielą mnie od Antananarywy, pokonuję na ostatkach sił Suzi, która dymi jak lokomotywa, a na każde 50 km muszę dolewać litr oleju… Ostatecznie udaje się wrócić do stolicy. Ostatnie dni przed wylotem spędzam w Ambohidratrimo, w domu wolontariusza fundacji Dzieci Madagaskaru (www.dziecimadagaskaru.pl). Z planowanych 3700 km udało mi się zrobić 2900. Suzi, ze względu na brak części zamiennych, została na wyspie w oczekiwaniu na nowy cylinder. Może jeszcze będzie szansa powalczyć z malgaskimi bezdrożami… 

KOMENTARZE