Po wcześniejszej wizycie w Szwecji odkopaliśmy stary pomysł zwiedzenia krajów nadbałtyckich i dodaliśmy jeszcze jeden cel: Nordkapp. Oczywiście cała trasa miała być pokonana na Junakach.

Marzył mi się wyjazd w większym gronie, ale ostatecznie pojechaliśmy we dwóch. Ja, na moim Junaku noszącym jeszcze resztki fabrycznego lakieru i Łukasz na WSK 175, którą zakupił na dwa miesiące przed wyjazdem. Plan trasy był prosty – dotrzeć na Nordkapp, jadąc od wschodniej strony Bałtyku i wrócić przez Szwecję.


REKLAMA

Ze Szczytna wyruszyliśmy 19 lipca. Jeszcze w dniu wyjazdu kupiłem nowe rękawice i buty motocyklowe. Do granicy litewskiej dojechaliśmy bez problemów, przed przejściem wymieniliśmy walutę. Po minięciu Marijampola zatrzymaliśmy się na nocleg nad jeziorkiem.

Litwa trochę przypominała Polskę, tylko jakoś ogrodzeń mniej i drogi jakby lepsze. Jechaliśmy przez wioski. Podziwiając widoki, bo ruchu dużego nie było. Kierowaliśmy się na Rygę, unikając głównych dróg. W miejscowości Linkuva natrafiliśmy na ruiny niszczejącego młyna, a trochę dalej na kolejny. Podziwialiśmy w nich „gigantyczne skrzynie biegów” z drewnianymi kołami zębatymi.

Dojechaliśmy do przejścia granicznego umieszczonego gdzieś pośród pól. Były to dwa słupy graniczne na szutrowej dróżce. Aby wymienić walutę, musieliśmy pojechać na większe przejście, położone 30 km dalej. Przed Rygą zaczęła mi niedomagać prądnica. Przez Rygę jechałem na pozycyjnych. Już za miastem rozbiliśmy obóz nad jeziorkiem. Po wyjęciu prądnicy z trzewi stalowego 50-latka diagnoza była prosta: spalenie wirnika. Nie zniósł biedak trudów. Zapadający zmrok nie pozwolił jednak na kontynuowanie leczenia.

Po śniadaniu zamontowałem zapasową prądnicę, złożyłem Junaka do kupy i ruszyliśmy. Cel dnia – Tallin. Świeża prądnica ładowała jakby słabiej, a więc pozostała jazda na pozycyjnych. Tylko na chwilę zatrzymaliśmy się nad morzem, by nacieszyć oczy jego widokiem. Szybko dotarliśmy do granicy.

Po estońskiej stronie próbowałem się dopytać celnika, gdzie możemy wymienić pieniądze. Rozmowa szła topornie do momentu, gdy celnik zauważył nasze tablice rejestracyjne i zapytał: – Pa ruski gawaritie? – Da, kanieszno. Kantor znaleźliśmy w budce wielkości kiosku z gazetami. W Tallinie byliśmy po południu. Niestety, bilety na promy były już wykupione. Czekamy więc do 8. rano dnia następnego. Uciechy miasta nie dla nas, więc rozbiliśmy biwak w krzaczastym lasku. Na kolację mieliśmy zupki chińskie grzane na rosyjskiej kuchence, potem kąpiel w leśnym strumyku, a w ramach rozrywki walka z komarami.

Skoro świt ruszyliśmy w kierunku promu. Stanęliśmy na początku kolejki. Za nami motocykliści z Chorwacji oraz kilku Polaków w samochodzie osobowym. Wszyscy interesują się naszymi motocyklami. O dziwo, to WSK cieszyła się szczególnie dużym zainteresowaniem. Helsinki powitały nas zupełnie innym krajobrazem. Dobiliśmy do brzegu i poszliśmy po motocykle. Pomimo że nie czuliśmy bujania, WSK pojeździła troszkę po pokładzie. Junak stał w tym samym miejscu.

Z Helsinek kierowaliśmy się na północ, próbując omijać główne drogi, ale na dobre to nam nie wyszło. Trafiliśmy w plątaninę uliczek w małych miasteczkach. Postanowiliśmy więc jechać głównymi drogami. Widoki były niesamowite, odniosłem wrażenie, jakby było tu więcej jezior niż lądu.

Późnym popołudniem zatrzymaliśmy się na chwilę, aby zrobić rutynowy przegląd Junaka. Wykazał braki w oleju silnikowym, przy okazji sprawdziłem, dlaczego prądnica nie do końca poprawnie pracuje. Łukasza wysłałem na poszukiwanie oleju, a sam zająłem się bebeszeniem Junaka. Wyjąłem prądnicę, wyczyściłem dokładnie cały komutator, wszystkie styki w regulatorze i po złożeniu wszystkiego do kupy, ładowanie wreszcie zaczęło działać tak, jak powinno!

Łukasz dotarł z olejem. Jako że już zmęczenie dawało nam się we znaki, rozbiliśmy namiot. Był to prywatny teren, obok nas jakieś szopy i stare maszyny.

Rano coś na ząb, pakowanie i w drogę. Po drodze zauważyłem coraz więcej znaków informujących o reniferach, zmniejszyła się też ilość jezior.

Na jednej ze stacji benzynowych podjechał do nas starszy pan z żoną na H-D. O dziwo,  rozpoznaje Junaka, dużo wie na jego temat. Opowiada, że widział podobnego w Finlandii na zlocie. Jest to pierwsza osoba w trakcie tego wyjazdu, która rozpoznała mój motocykl. Po południu Łukasz zasygnalizował, że zaczyna ślizgać się sprzęgło. Po kilkudziesięciu kilometrach z jego silnika zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Odbiliśmy w las i po otwarciu lewej pokrywy silnika WSK wszystko stało się jasne. Poluzował się kosz sprzęgłowy i pękł łańcuszek. Wymiana jego przebiegła na tyle szybko, że postanowiliśmy tego dnia przejechać jeszcze kawałek. Na drodze coraz częściej spotykaliśmy renifery. Nie bały się niczego, nawet klaksonu i spacerowały leniwie po drodze.

Przed Rovaniemi zrobiło się zimno, zaczął wiać wiatr od północy. Mimo późnej pory cały czas świeciło słońce. Dojechaliśmy za późno, w wiosce świętego Mikołaja już była noc. Robimy zdjęcia i ruszamy dalej.

Coraz zimniej i jakoś tak szaro. Zatrzymujemy się na nocleg. Gdy zasypialiśmy, było już mocno po północy, a mimo to nie było ciemno. Z jeziorka, nad którym się rozbiliśmy, unosiła się mgła.

Rano było zimno, ale słonecznie. Spakowaliśmy klamoty i w drogę. Po drodze oczywiście stada reniferów. Mijane miejscowości były coraz mniej ludne, znaki specjalnie nie ograniczały prędkości w terenie zabudowanym. Dojechaliśmy do drogowskazu informującego, że do celu pozostało tylko 343 km. Zrobiliśmy kilka fotek, wysłaliśmy sms-y i w drogę.

Droga zmieniła swój charakter. Zaczęły się wzniesienia, górki, zaczęły się też długie podjazdy i zjazdy. Ale to był dopiero początek. Za którymś wzniesieniem przed nami ukazały się góry. Na niebie straszyły chmury, czasem pokropiło. Droga wiła się między skałami, pozwalając nam podziwiać przepiękne widoki. Im dalej na północ, tym drzewa robiły są coraz mniejsze, lasy coraz rzadsze. Zrobiliśmy krótki postój przy drodze, pod nami przepływał mały strumyczek – piękny widok.

Norwegię osiągnęliśmy późnym popołudniem. Mapa, którą mieliśmy, wprowadziła nas w błąd, przez co kręciliśmy się godzinę po małym miasteczku.

Było ciągle jasno, chwilami bardzo słonecznie. Mimo zmęczenia jechaliśmy dalej, robiąc tylko co jakiś czas krótkie przystanki. W pewnym momencie zauważyłem przy drodze tabliczkę z napisem „MC STOP GRATIS CAFFE”. Mimo północy zatrzymaliśmy się. Z domu wyszedł gospodarz. Porozmawialiśmy chwilę o motocyklach i ruszyliśmy dalej. Przed nami pierwszy z tuneli – do celu już blisko. Dźwięk Junaka z tłumikiem typu „rybka” w tunelu, to coś pięknego. Współczuję jednak tym, którzy jechali za mną.

W miasteczku Valan, chcieliśmy zatankować, stacja niestety była zamknięta. Musieliśmy skorzystać z automatu płacąc kartą. Jak tylko wyjechaliśmy ze stacji paliw, zauważyłem w lusterku niebieskie migające światło i usłyszałem wycie policyjnego koguta. Wystraszony zjechałem na prawo, zwolniłem. Policjanci wyprzedzili nas, wyłączyli koguta i pojechali sobie dalej. A już zrobiło nam się ciepło, mimo że było bardzo zimno, potęgowane wiejącym wiatrem.

Jedziemy, jedziemy, wkoło skały, kamienie, renifery, małe oczka wody, kamienie, renifery…. Droga wije się w prawo, w lewo, w górę i w dół. Ostatni przystanek zrobiliśmy na 19 km przed celem.

Przed ostatnim podjazdem wyjrzało słoneczko. Była 2. w nocy! Robimy zdjęcia i na pełnym gazie dojeżdżamy do celu. Motocykle zgasiliśmy o 2:10, było zimno, wietrznie, termometr wskazał 7 stopni Celsjusza. Świadomość, że jest to środek nocy letniej, kiedy słońce zerka sobie zza chmur, robi na nas dziwne wrażenie.

Dojechaliśmy na Nordkapp! Dalej na północ pojechać już się w zasadzie nie da. Rozstawiliśmy namiot i zmęczeni szybko zasnęliśmy. Rano, gdy wybieraliśmy się zwiedzać to pustkowie, podjechał do nas Niemiec na Triumphie. Ładny, nowoczesny klasyk, 900 cm pojemności. Jechał samotnie cały tydzień w deszczu, trasą, którą zamierzaliśmy wracać.

Po zwiedzeniu i spakowaniu tobołów poprosiłem cieciów na bramie o możliwość wjazdu motocyklami pod pomnik z „globusem”. Dali nam 15 minut. Niemiec na angliku, biorąc z nas przykład, zrobił dokładnie to samo. Przy pomniku spotkaliśmy grupkę Polaków i kolejnego motocyklistę zza Odry. Zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy, tym razem na południe.

Przy wyjeździe spotkaliśmy małżeństwo na Hondzie Gold Wing. Starszy pan bardzo mocno interesował się Junakiem. Robił zdjęcia jego szczegółów (dla kolegi – jak mówił, który interesuje się zabytkowymi motocyklami). Powiedział nam, że jesteśmy szczęściarzami, bo trafiła nam się słoneczna pogoda, a taka bywa tutaj zaledwie pięć razy w roku. Normą jest mgła, wiatr i zimno. Nasi rozmówcy przyjechali na Nordkapp już szósty raz. Nie wjeżdżali za bramę, zawrócili tuż przed nią. Ruszyliśmy w drogę powrotną.

Wijąca się w górzystym terenie droga zdawała się być teraz ładniejsza, a Junak jakby łatwiej połykał zakręty. To była czysta przyjemność z jazdy.

Opuszczając Nordkapp odbiliśmy na Altę. Droga prowadziła wśród gór, z lewej ściana skalna, z prawej kilkadziesiąt metrów w dół, rzeka. Droga była na tyle kręta, że jadący za nami Sportwagen przez prawie godzinę nie miał gdzie nas wyprzedzić.

Przejeżdżając Altę, skierowaliśmy się na południe. Gdy wjeżdżaliśmy do Finlandii, przywitał nas deszcz. Po kilkugodzinnej jeździe woda wyrzucana przez przednie koło Junaka zaczęła powoli przesiąkać przez buty. Chcieliśmy tego dnia dotrzeć do Szwecji. Do granicy nie było daleko, gdy zobaczyliśmy praktycznie pionowy kolorowy pas – to była tęcza w środku nocy, a za nami widać było czerwone od słońca niebo. Szwecja przywitała nas szutrówką z ograniczeniami do 90 km/h. Kilka kilometrów dalej w lesie na mchu rozbiliśmy namiot. Następnego dnia szutrówka zamieniła się w asfalt.

Szwecja już nie robiła takiego wrażenia jak Norwegia i Finlandia. Ruch tu większy, a i pogoda jakaś bardziej kiepska, kropiło, buty nam przesiąkały. Tego dnia po prostu jechaliśmy do ciemniej nocy. Biwak rozbiliśmy na kawałku płaskiego kamiennego wjazdu do lasu.

Rano ruszyliśmy dalej. Pogoda jak wczoraj, na przemian ładnie lub deszczowo. Sztokholm. Przez roboty drogowe musieliśmy jechać objazdami. Jednak polska ułańska fantazja każe nam omijać objazdy, improwizujemy, wjeżdżamy do centrum i… tracimy trochę czasu. Parę kilometrów dalej Łukaszowi zabrakło paliwa, bo miał wiele mniejszą rezerwę niż przewidywał. Dzielę się z nim resztkami swojego paliwa. Junak zatrzymał się 10 km od Nynashamm. Zostawiłem go  z Łukaszem, a sam na WSK pojechałem poszukać benzyny. Pod moją nieobecność zatrzymał się Szwed, który poratował kolegę paliwem. Ruszamy dalej. Dotankowałem, zanim wjechaliśmy na prom. Kupiłem bilety. Motocykle odpoczywały na najniższym pokładzie ładowni. Dostaliśmy pasy, którymi przypięliśmy naszą parkę do pokładu. Na promie, pierwszy raz od dziewięciu dni, zjedliśmy normalny obiad i troszkę się odświeżyliśmy. Po wypłynięciu, gdy pasażerowie zasnęli, wyszliśmy na górny pokład, zdjęliśmy buciory, wypiliśmy po małym piwku i zasnęliśmy.

Obudziliśmy się niewyspani. Deszcz przywitał nas, jeszcze zanim prom wpłynął do portu. Koło południa, gdy dobiliśmy do brzegu, przyszedł ktoś z załogi informując nas, że można schodzić do motocykli. W ładowni było strasznie gorąco. Dowiedzieliśmy się, że na najniższym pokładzie są zbiorniki paliwa podgrzewane do 60 stopni. Poddawaliśmy się tej obróbce termicznej grubo ponad pół godziny. Rozgrzani opuściliśmy prom na końcu i… wpadliśmy w ulewę. Zgubiliśmy drogę i dopiero po godzinie wydostaliśmy się z Trójmiasta.

Deszcz nie odpuszczał. Za Olsztynkiem tak lunęło, że widoczność spadła do 2 metrów. Do domu dotarliśmy przed 20. Mokrzy, zmęczeni, ale szczęśliwi. Motocykle powędrowały do garażu, a my w pielesze.

Tekst i zdjęcia Paweł Gołota

ZOBACZ TAKŻE:

Dookoła Bałtyku | Okiem plecaczka

Beskidy | Polska kresowa

Motocykle – ogłoszenia

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
Brno jest zawsze świętem wyścigów dla polskich kibiców, to właśnie…
Honda CBR 600F od dawna jest już pełnoletnia i trudno się…