Ucieszyłem się na propozycję pojeżdżenia nowym Junakiem. Byłem bardzo ciekawy, czy choć w małym stopniu jazda na nim przypomni mi czasy, kiedy na zlotach motocyklowych snuło się rozmowy o tej marce.

Przypomniał mi się dreszczyk emocji, kiedy pierwszy raz zasiadłem za kierownicą pol-chopera, czyli gruntownie przebudowanego M10 na sztywnej ramie, z tylnym kołem od Syreny.


REKLAMA

Pierwsze wrażenia

Koła, rama, kierownica M16 – to wszystko tworzy zwartą bryłę i dopiero po czasie widać, że zamiast kultowego silnika V2 w ramie tkwi R2. Siedzi się nisko, w lusterkach wszystko widać, kąty ugięcia kierownicy i umiejscowienie stopek są wygodne. Mamy poczucie kontroli nad motocyklem dzięki bardzo niskiemu środkowi ciężkości. Ale to już chyba wszystkie jego zalety.

Choć stacyjka imituje wyglądem H-D, to obok kluczyka do niej trzeba mieć drugi, do wlewu paliwa. Po ruszeniu odczuwamy wyraźny brak mocy. Pomimo kręcenia silnika do krańca możliwości, M-16 przyśpiesza dość ospale. Potwierdziły się (dostrzeżone już wcześniej) problemy z włączaniem biegów.

Mały jest skok tylnego zawieszenia, którego wahacz stylizuje Junaka na sztywną ramę. Hamulce przednie już nie piszczą, lecz wyją, choć Junak ma 3 tys. km przebiegu, a okładziny mają jeszcze 90% grubości. Wlew paliwa został umieszczony nie w najwyższym punkcie zbiornika i nie da się go wypełnić. Po pierwszej jeździe przepaliła się żarówka przednia i nie mogłem jej dostać przez 2 dni. Lewy tłumik ma na sobie pół mojej podeszwy, przypalonej podczas stawiania na boczną stopkę.

Lecz czy to ważne? Ważne, że za każdym razem, kiedy dosiadałem Junaka, ogarniał mnie sentyment do marki i przypominałem sobie te czasy, kiedy szczytem kaskaderskich umiejętności było wkopanie go na zlocie po sam wahacz.

Postawiłem przed testowym Junakiem trudne zadanie obalenia mitu, że niezawodnymi maszynami są tylko konstrukcje japońskie. Jeździłem nim codziennie. Kolejne kilometry ujawniały pewne niedociągnięcia.

Uwaga przy skręcie

Siadałem na Junaka przy każdej możliwej okazji: w deszczu, trasie, z pasażerem czy do pracy. W większości przypadków radził sobie dość dobrze. W większości.

Po raz kolejny przepaliła się żarówka reflektora przedniego i dodatkowo podświetlenia zegarów. Pokrywka schowka narzędzi otworzyła się podczas jazdy i nadtopiła o tłumik. Kiedy nasz dzielny chopper postał kilka godzin na deszczu, siedzenie tak namokło, że do tej pory, jak tylko na nie usiądę, pojawia się plama na moich spodniach, akurat w tym miejscu, które wzbudza ogólny śmiech i pytania, czy przypadkiem nie miałem „małego wypadku”.

Kolejną niepokojącą rzeczą jest rozrusznik. Coraz częściej odmawia posłuszeństwa. Junak jest na tyle lekki, że bez problemu można go odpalić na pych. Ale wymiana przekaźnika rozrusznika na nowy powinna pomóc i zażegnać problem.

Wybierając się na dalszą wycieczkę, zabrałem ze sobą mały kanisterek paliwa. A to z tego względu, że paliwomierz jest mało precyzyjny. Obawiałem się, że motocykl może stanąć w szczerym polu z braku benzyny. Na szczęście, tankując pod sam korek udało mi się pokonać w trasie 250 km na zbiorniku, co uważam za bardzo dobry wynik.

Kiedy jedzie się w dwie osoby, robi się trochę niebezpiecznie. Nawet małe przechylenie w lewą stronę powoduje ocieranie podstawki bocznej o asfalt. Już wiele motocykli wywróciłem podwieszając je w zakręcie o tłumiki, stopki centralne czy inne wystające elementy, więc stres jest niemały. Sposób na to jest jeden: Junakiem po rondzie trzeba jeździć po prostu bardzo wolno. Teraz nie zostało mi nic innego, jak pokonywać kolejne kilometry i czerpać maksymalną frajdę, jaką może mi dać nasz redakcyjny, biało czerwony chopper.

Będziemy tęsknić

W świecie komputerowo dopracowanych i automatycznie produkowanych maszyn niedoskonałość może mieć swój smaczek – tak można podsumować długodystansowy test Junaka.

Jeremy Clarkson, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy motoryzacyjnych, zwłaszcza z programu telewizyjnego i łamów magazynu TopGear, lecz chętnie publikujący także w innych mediach, napisał kiedyś felieton, w którym rozważał, czy wspominane dziś z nostalgią „stare, dobre” samochody faktycznie w czymkolwiek przewyższają współczesne, nudne i masowe produkty motoryzacji. Jeśli myślicie, że jego opinia potwierdzała taką tezę, to jesteście w błędzie. Tak, jego felieton mógłby być tłem do podsumowania naszego testu długodystansowego Junaka M16 i dyskusji o tym, czy to słuszne, żeby importowane z Dalekiego Wschodu motocykle nosiły legendarną nazwę.

Miałem okazję jeździć Junakiem około 2000 km. Podróżowało mi się dość przyjemnie, pomimo twardego tylnego zawieszenia i jeszcze twardszej kanapy. Do zalet tego motocykla można zaliczyć równą i cichą pracę silnika, co prawdopodobnie zawdzięcza temu, że zastosowano w nim wtrysk paliwa. Dodatkową zaletą tego rozwiązania jest to, że nie musimy bawić się ciągle dźwignią ssania przy uruchamianiu, bo jest ono automatyczne.

Podsumowując test, który trwał od maja 2011 roku i w czasie którego Junak pokonał niemal 5000 km, trzeba uczciwie przyznać, że nie obeszło się bez problemów. I tak:

– po dokładnym obejrzeniu motocykla okazało się, że pojawiła się korozja (najbardziej zaskakujące jest to, że wystąpiła na spawach główki ramy)

– dwa razy przepaliła się żarówka przednia

– tylna opona pękła wzdłuż

– zgubiła się śruba mocująca kanapę pasażera

– pokrywa schowka bocznego przetopiła się od tłumika po tym, jak otworzyła się podczas jazdy

Jeżdżąc Junakiem codziennie trzeba było przyzwyczaić się do:

– ciągłego pisku hamulców przednich i tylnych, zarówno przy lekkim dohamowaniu, jak i też gwałtownym wytracaniu prędkości

– wiecznie włączonego wentylatora chłodnicy

– przycierania stopkami na zakrętach

– nieprecyzyjnych wskazań paliwomierza

– mrugającym jak na dyskotece podświetleniu zegarów

– hałasu łańcucha napędowego

– wyskakujących biegów i mało precyzyjnej dźwigni, która czasem nie odbijała.

Ale czy to wszystko jest ważne, kiedy na zbiorniku paliwa widnieje dumnie napis Junak i to napisany tą samą czcionką, jak wiele lat wcześniej? Nie! Do ujeżdżania legendy trzeba dorosnąć. Przecież Junak z dawnych lat też miał swoje narowy: prądnica była umiejscowiona idealnie za przednim kołem, co powodowało ciągłe problemy z prądem w podczas jazdy w deszczu, wycieki oleju (utarła się opinia, że jeżeli Junak nie pozostawiał na postoju plamy pod sobą to oznaczało, że w silniku oleju już nie ma), a ten, któremu trafił się niekapryszący gaźnik Pegaz, był prawdziwym szczęściarzem.

Tak jak do jazdy szczecińską M-10, tak i do M-16 musimy podejść z małym dystansem. Może te niedoróbki i niedociągnięcia mają jakieś ukryte zadanie? Czy nie jest tak, że dziś już trudno wyróżnić się z tłumu czterocylindrowych sześćsetek, które nawet po kilku latach eksploatacji różnią się od siebie jedynie kolorem akcesoryjnej naklejki na obwodzie felgi?

A Junak, w którym co raz trzeba coś dokręcić, przerobić, udoskonalić, w krótkim czasie sprawi, że nasz motocykl będzie znacznie odbiegał od oryginału i stanie się jedyną i niepowtarzalną wersją motocykla, stworzoną przez nas samych.

Elżbieta Liszewska: Okiem pasażera

Miałam okazję być pasażerką Junaka. Na pierwszy rzut oka zrobił na mnie duże wrażenie – swoją sylwetką, zestawieniem kolorów (czerwień plus białe pasy na błotnikach), wagą oraz miłą barwą brzmienia silnika. Stwierdziłam nawet, że jako kobieta mogłabym spokojnie takim motocyklem jeździć. Po dłuższej przejażdżce zaczęłam mieć jednak mieszane uczucia. Samo siedzenie pasażera było w miarę wygodne, ale tylko do momentu, gdy pojawiły się spore koleiny i gdy trzeba było pokonać wystające studzienki. Zawieszenie tylne okazało się niestety twarde. Musiałabym wykazać się niezłą kondycją, aby spokojnie podróżować w dalsze trasy. Przy wejściu w zakręty często słyszałam niemiły odgłos szurającej o asfalt stopki. Piszczące hamulce też były mało przyjemne. Przy hamowaniu zwracały na siebie uwagę zarówno pojazdów stojących na światłach obok jak i pieszych na pasach. Uważam, że Junak jest zbyt mało przystosowany do miejskich dróg, zwłaszcza polskich. Ale nadal podziwiam Junaka za jego wygląd i uważam go za bezpieczny motocykl, dobry zarówno dla kierowcy jak i pasażera. Jeżeli kiedyś będę miała okazję na przejażdżkę Junakiem, wiem, że z przyjemnością z niej skorzystam.

Publikacja w numerach 7-9/2012.

KOMENTARZE

REKLAMA