Rozumiemy, że w jakiś sposób można nie lubić swojego motocykla. Być może przestała odpowiadać Ci pozycja za kierownicą, brakuje Ci mocy, czy z jakiegoś powodu sprzęt stał się awaryjny, ale znamy bardziej cywilizowane metody „pozbycia się problemu”.

 
 
Co „podmiot liryczny” miał na myśli? Tego nie wiemy. Motocyklista postanowił rozgrzać wydech, praktycznie do temperatury topnienia. W końcu wydech się zapalił. Nie dość, że było kompletnie nieodpowiedzialne – przecież motocykl mógł stanąć w płomieniach, a ogień mógł rozprzestrzenić się dalej, to zniszczył kawał wspaniałego motocykla. Dwie rzeczy są pewne: koleś nie potrafi palić kapcia i coś nie do końca styka pod jego kopułą. 
 

 


REKLAMA

KOMENTARZE

REKLAMA