Endurzyć można teoretycznie wszędzie i przez cały rok, ale nie oszukujmy się, chyba każdy zamiast babrać się w ulewie, śniegu i zawierusze, wolałby skoczyć do cieplejszej części Europy. Tym bardziej, jeśli ktoś ogarnie za Ciebie całą organizacje i logistykę.

Jeden z moich kumpli od kilku lat suszył mi głowę, że może skoczylibyśmy kiedyś do Rumunii, może jakaś Hiszpania po taniości i zawsze stawało na tym, że trzeba coś pomyśleć na zimę. „Koniecznie trzeba coś pomyśleć” jest w sumie jednoznaczne z porzuceniem planu i nie inaczej było w naszym przypadku. Zawsze gdy rozmowa była podejmowana okazywało się, że budżet był już rozgrabiony przez mniej lub bardziej przyziemne rzeczy. Co prawda od wielu osób słyszałem, że da się to zrobić po kosztach, ale zawsze ze sporym sceptycyzmem podchodzę do takich zapewnień, bo wiem, że i tak cały plan budżetowy może się wysypać i po wyjeździe będę kompletnym bankrutem.


REKLAMA
Advertisement

Może i trochę marudzę, ale tak szczerze powiedziawszy, sama organizacja eskapady zniechęcała mnie do działania. Nie jestem człowiekiem o wysokich kompetencjach organizacyjnych. Nie umiem ani nie lubię planować wyjazdów i wyszukiwać okazji noclegowych, zawsze jadę na żywioł, o co ciężko w przypadku zagranicznego endurzenia. Może i to niegrzeczne z mojej strony, ale najlepiej byłoby spijać tylko śmietankę, a całą nieprzyjemną resztą zajął się ktoś inny. Wiedział o tym też mój zaprzyjaźniony mechanik, bo nie raz proponował mi, żebym pojechał z nim w zimę do Grecji, bo oprócz kręcenia śrubkami, poza sezonem zajmuje się organizowaniem wyjazdów za granicę z lekkimi endurakami jako Enduro Trip. On zabiera motocykle, organizuję chałupkę i ma już obczajone trasy na miejscu. Kusił, namawiał aż w końcu namówił. No i role się odwróciły, to ja zacząłem namawiać kumpla-Mateuszka na wypad.

Przed nami długa rozłąka

Zanim przyszło mi się napychać gyrosem, musiałem przygotować się na długą rozłąkę. Bynajmniej nie chodzi tu o pożegnanie z narzeczoną, a z motocyklem. Wtedy kiełkowała już nadzieja na cieplejsze dni, ale już miesiąc przed wyjazdem musiałem oddać Robowi (organizatorowi) motocykl. Zapisałem się na trzeci turnus, a motocykle wszystkich uczestników jechały jednym transportem. Jednak wiedza, że już wszystko jest dopięte, bilety lotnicze są już kupione, a mój brudas będzie czekał na mnie w Kavalii, przyprawiała mnie o mrowienie w trzewiach gdy tylko usłyszałem „Grecja”. I tak do dnia wyjazdu. Oczywiście przed musiało się coś wysypać.

Okazało się, że Ryan Air potrafi zaskoczyć i chyba jako jedyna linia nie uznaje czegoś takiego jak karta pokładowa w formacie PDF, więc albo musisz ją wydrukować albo mieć ją w aplikacji. Jak na moje szczęście przystało, w momencie kupowania biletów strona RA się wykrzaczyła i kupowałem je przez eSky. Oczywiście aplikacja tych biletów nie czytała, ja nie mam drukarki, no i szukaj o godzinie 23 czynnego ksero. Całe szczęście bilety nie były drogie, bo w dwie strony do Salonik wyszło coś ok. 300 zł. Reszta już poszła sprawnie. Dolecieliśmy na miejsce, wynajęliśmy wściekłego Fiata Tipo, a od motocykli i tygodniowego upalania dzieliło nas raptem 150 km.

Kryzysowy spacer

Po przylocie co prawda zdążylibyśmy jeszcze pojeździć, ale doświadczenie pokazuje, że zmęczeni i w nowym miejscu możemy być niebezpieczni dla samych siebie. No więc czas przeznaczamy na obchód okolicy i rekonesans zaopatrzenia pobliskich spożywczaków. Trzeba przyznać, że kryzys jest tu mocno widoczny. W niektórych miejscach bieda i marność była w tak zaawansowanym stadium, że mówiliśmy sobie po imieniu.

Mimo to ludzie jakoś nie wyglądają tam na smutasów. No, ale czemu miałoby mnie to dziwić. Co najmniej ładna pogoda przez prawie cały rok to gwarant pozytywnego nastawienia do życia. No i nie można zapomnieć o fakcie, że nawet najtańsze wino z kategorii „pryta” smakuje w tym klimacie doskonale. Po gyrosie i suflakach jak znalazł. Nie korzystaliśmy jednak z uciech zbyt długo. Jeździć się chce, więc do spania – czas szybciej zleci.

Dawaj na koń!

Wyspani i głodni jazdy, w końcu doczekaliśmy się najlepszego. Pierwszy dzień w terenie, wstępnie potraktowaliśmy rozgrzewkowo. Całą dziesięciosobową grupą wybraliśmy się na wstępne rozeznanie. Już od pierwszych minut wiedziałem, że warto było czekać. W teren mieliśmy może 5 minut dojazdówki i od razu przywitał nas miłymi ścieżkami. Było mnóstwo kamieni – zarówno małych jak i tych dużych tworzących konkretne półki, gdzie i Graham Jarvis miałby co robić. Swoją drogą w tym samym terminie był w Grecji, niestety w sąsiednim regionie. Po szybkim rozjeżdżeniu podzieliliśmy się na dwie grupy. Tak się złożyło, że większość ekipy na naszym turnusie była całkowicie początkująca, więc Robo ogarnął dodatkowego przewodnika, niejakiego Leszka vel Lewara.

Mnie taki stan rzeczy bardzo cieszył, bo dzięki temu mogłem z Mateuszem pojeździć w mniejszej grupie – zawsze to płynniejsza i przyjemniejsza jazda. Choć Robo zaserwował nam dosyć ambitne tereny i to bardzo zróżnicowane. Od szybkich i śliskich szutrów po hard endurową drapaczkę przeplataną odcinkami z mistrzostw świata Enduro z 2008 i 2011 roku. Genialne tereny. O dziwo, w większości miejsc, poza szutrami było od groma przyczepności, przynajmniej w warunkach na jakie trafiliśmy, bo było naprawdę sucho. Nie było zatem potrzeby zakładania super miękkich opon – wystarczyła normalna endurowa guma, która wytrzymała cały wyjazd. Po tym jak już zamordowaliśmy nieco nasze przedramiona, zgadaliśmy się zresztą ekipy na szczycie góry, gdzie był czas na sieste i oglądanie. Trzeba przyznać, że panorama Kavali jest całkiem miła dla oka. Potem powrót do domu terenem, i dzielenie się wrażeniami. Po osuszeniu wszystkich wrażeń, marsz do łóżka.

Jak w hipnozie

Kolejny dzień jazdy spędziliśmy z naszym góralem, czyli Lewarem. Zgodnie stwierdziliśmy, że zamiast przeprawowej drapaczki lecimy się dzisiaj wyżyć. Pogrzebaliśmy trochę w nawigacji, sprawdziliśmy kilka miejscówek i ułożyliśmy sobie pętle z 3 odcinków, w tym jeden cholernie wąski i techniczny. Najśmieszniejsze jest to, że to nie kamienie okazywały się największą przeszkodą, a… lokalna flora. Krzaczory w greckich górach są niesamowicie wredne – twarde jak skała i do tego kolczaste. Mało tego są wszędzie, a niektóre z nich tak wciągają koło, że przypadkowe wjechanie w nie wiązało się z męczącym wyciąganiem lub poharataną szyją. Raczej nowiusieńkiego, siatkowego zestawu ciuchów bym do Grecji nie polecał. Po powrocie mało co z niego zostanie. Niemniej, trasę ułożyliśmy sobie tak bajerancką, że chyba z 4 razy powtarzaliśmy „ostatnią pętelkę”. Dawno nie wpadałem w taki trans podczas jazdy. W końcu zaczęliśmy sobie organizować wyścigi. Boże jaka to była piękna głupota! Zachęceni tym, że w promieniu 5 km było tyle świetnych miejsc do endurzenia, pojechaliśmy szukać nowych wrażeń – tym razem trochę na dziko.

Eksplorowaliśmy wszystko co wydawało nam się potencjalnym podjazdem czy próbą. Wiele z nich było ślepymi ścieżkami wydeptanymi przez owce i kozy, ale i tak zabawa w odkrywce była wspaniała. Jak się okazała także opłacalna, bo znaleźliśmy sporo naprawdę gruuubych szlaków. Kolejne dni nam upływały mniej więcej według tego samego schematu – jazda, spotkanie się z drugą grupą na jakiejś górze, chwila odpoczynku, znowu jazda, gyros, dom i wrażenia. Piękne było jednak to, że na każdy dzień mieliśmy inną trasę. Mówiliśmy tylko, że dziś chcemy dostać wciry i chłopaki zabierali nas na trasę gdzie faktycznie kompletnie odcinało nam prąd. Wystarczyło jednak rzucić hasło „dziś idziemy w enduro” i sypali z rękawa kolejną trasą, na której czułem (tylko czułem) się jak Steve Holcombe jadący po złoto. Grecjo, rajem podatkowym już byłaś, dobrze, że chociaż endurowym pozostałaś. Niestety lokalesów za dużo na motocyklach spotkać nie można, wiadomo czemu, ale jak już są to zazwyczaj jeżdżą w dresach i trampkach, ale wymiatają na kamulcach jak szaleni.

Ludzie to klucz do sukcesu

Zazwyczaj w zorganizowanych wyjazdach przeraża mnie ten pierwszy człon. Motocykle, zwłaszcza enduro, kojarzą mi się z kompletnym odcięciem, chwilowym wyjściem z kieratu i w takiej sytuacji ostatnie czego bym chciał doświadczyć to narzucanie przez organizatora dyscypliny. Całe szczęście na wyjeździe z Enduro Trip tego nie doświadczyłem. Robo nie ma zapędów wychowawczych i nie wywierał na nas presji, że musimy jechać tu, tu i tu, bo inaczej harmonogram się nie zepnie i świat się zawali. Podejście było luźne, zupełnie jakbyśmy wyjechali na wyjazd z kumplami, choć z większością widziałem się pierwszy raz w życiu. Duża w tym zasługa niewielkiej grupy.

Każdy z turnusów liczy ok.10-12 uczestników lub uczestniczek. Akurat ja trafiłem tak, że było dwóch przewodników, ale zazwyczaj Robo sam prowadzi grupę. Nie było zresztą potrzeby specjalnego ogarniania towarzystwa, bo każdy miał ochotę się wyjeździć, a z racji wspólnej zajawki wszyscy dogadywaliśmy się doskonale pomimo sporego rozstrzału wiekowego. Piękny to był tydzień. Zwłaszcza, że na powrocie nie musiałem męczyć się z jazdą przez pół europy samochodem z przyczepą, motocyklami i gratami. Po prostu spakowałem się w plecak i dałem długą na lotnisko.

Ale ile to wszystko kosztuje?

Enduro Trip woła sobie za wyjazd do Kavali ok. 2800 zł. W tej cenie jest transport motocykla, bagażu, wynajęcie domu (standard jest super), personalizowana bluza no i rzecz jasna przewodnik. Do tego wszystkiego, należy jeszcze doliczyć przelot. W tym roku, bilety do Salonik kosztowały ok. 300 zł i na miejscu pozostał nam do wynajęcia samochód, co kosztowało mnie ok. 25 euro (wynajęliśmy na trzy osoby). Na szczęście w Kavali wszystko kosztuje podobnie co w małym polskim mieście, a czasem i mniej. Z kieszeni, poza biletem uciekło mi więc 800 zł, z czego ok. 300 zł przeleciało przez wydech motocykla, w końcu dwusuw lubi wypić, a my zrobiliśmy na, tym wyjeździe 25 mth. Jeśli chodzi o przygotowanie motocykla, to szczególnej filozofii nie ma. Siatka lub czepki medyczne na filtr powietrza, świeże opony i osłony – czyli tak jak na każdy inny wyjazd. Nie ma jednak sensu zakładać miękkich opon. Wytrzymają maksymalnie dwa dni. Na zwykłych, twardych fimowskich enduro trakcji będzie w brud i powinny wystarczyć na cały wyjazd.

Nie będę opowiadał, że prawie 4000 na tygodniowy wyjazd to żaden koszt, ale weźmy pod uwagę, że Ciebie interesuje tylko dotarcie na lotnisko i wyjeżdżenie się do oporu. Kwestie organizacyjne i logistyczne ogarnia Enduro Trip i robi to naprawdę dobrze. Świadczy o tym fakt, że Mateusz co każde spotkanie pyta czy jedziemy w przyszłym roku. No i dochodzą dodatkowe terminy. Zazwyczaj wyjazdy były organizowane dwa razy w roku. Jeden do Maroka na przełomie stycznia i lutego i jeden do Grecji w marcu (każdy wyjazd po trzy turnusy). W tym roku oprócz marcowej Grecji dochodzi jeszcze listopadowe i lutowe Maroko. Maroko wychodzi mniej więcej 1000 zł drożej niż Grecja, a miejsca i tak rozchodzą się na pniu. Jeśli więc jesteś zainteresowany jakimś wyjazdem z Enduro Trip wbijaj na stronę facebook.com/endurotrip.

KOMENTARZE


REKLAMA
Polecane artykuły
Honda pochwaliła się nową, mniejszą wersją skutera X-ADV. Niestety na…
W środę 31 lipca, na torze motocrossowym w Lubartowie odbędzie…