Przejechawszy indyjskimi drogami w ciągu dwóch lat kilkunastu tysięcy kilometrów, mogę pokusić się o stwierdzenie, że „mam doświadczenie”. Niestety, niewiele ono znaczy, bo każdy kilometr na szosie w tym kraju może boleśnie zweryfikować pewność siebie każdego motocyklisty. Wystarczyło jej jednak, żeby podjąć decyzję, która od kilku miesięcy siedziała nam gdzieś w tyle głowy: „a może by tak okrążyć CAŁE Indie?!”

Był początek grudnia. W stanach północno-wschodnich, które właśnie opuściliśmy, szczyt sezonu rozpoczął się na dobre, a powrót do naszej bazy w Manali, w himalajskim stanie Himachal Pradesh, nie za bardzo się nam uśmiechał. Tam akurat rozpanoszyła się zima. Nie chciało nam się też żegnać z naszym Royalem Enfieldem Bullet Standard 500. I wtedy, na rozdrożu w bengalskiej miejscowości Siliguri 35 km od granicy z Nepalem zapadła decyzja: ruszamy w podróż dookoła Indii! Na początek – południe.


REKLAMA

Indie potrafią zaskoczyć

Autoryzowany serwis Royala Enfielda w Siliguri zapewnił nas, że po ich przeglądzie i wymianie wszystkiego, co było konieczne, następny zrobimy „aż” dwa tysiące kilometrów dalej. Ujechaliśmy zaledwie 71 km, kiedy w miasteczku Islampur poczułem, że nie mam hamulców. Była niedziela, wszystko pozamykane…

Witold Palak - Indie

Lecz gotowość Hindusów do niesienia pomocy okazała się nadzwyczajna. Kilka telefonów i przyjechał mechanik. Pogrzebał przy sprzęcie i pokazał nam… całkowicie zjechane klocki hamulcowe. Znowu telekonferencja i po 30 minutach ktoś wytrzasnął – nie wiadomo skąd – nowe. Przy asyście kilkunastu gapiów – podpowiadaczy motocykl odzyskał sprawność! Indie to cudowny kraj, pełen niespodzianek…

A może nad morze?

Jazda wschodnim wybrzeżem Indii była znacznie mniej emocjonująca, niż przeprawy przez tereny górskie. Całkiem poprawna nawierzchnia, nudne, zatłoczone i tonące w spalinach miasta, zaśmiecone, bałaganiarskie wioski. Trasa z Siliguri do Kolkaty to były dwa dni monotonnego łykania kilometrów. Marzyliśmy, aby dotrzeć już do morza.

W Bengalu Zachodnim nie spodziewaliśmy się bajkowych krajobrazów, lecz to, co dane nam było ujrzeć w Chandipur, w sąsiadującym z Bengalem stanie Odisha, 15 km od głównej trasy, wprawiło nas w osłupienie. Okazało się, że miejsce to słynie z szerokiej plaży, która w czasie odpływu przeobraża się w ogromną mieliznę. Morze bowiem cofa się… 5 kilometrów! Zbliżał się akurat zachód słońca i zamiast podziwiać mieniącą się taflę, obserwowaliśmy tłumy  wyprawiające się na spacer po morskim dnie.

Witold Palak - Indie

Drugim zaskoczeniem był „check out”, czyli pora wymeldowania się z pokoju hotelowego. Zwykle to południe (czasem obowiązuje wspaniałomyślny „check out” 24-godzinny), lecz w stanie Odisha standardem jest 8 rano. A nasz hotel pobił rekord: musieliśmy opuścić pokój o 7! Miało to tę dobrą stronę, że wcześniej niż zwykle zameldowaliśmy się na szosie. Na pożegnanie poszliśmy jeszcze raz nad morze, które już powróciło na miejsce, zostawiając z plaży tylko wąski pasek…

Ostry kontrast

Choć dostęp do morza był w Puri bardzo dobry, można było zapomnieć o klasycznym wypoczynku na plaży, bo to cel pielgrzymek dla wiernych z całych Indii. Zresztą i nas bardziej interesowała obserwacja ludzi, niż szum fal. Zatłoczone, nadmorskie miasto zaskakiwało niecodziennymi sytuacjami. Oto na jednej z głównych uliczek, tuż przy morskim brzegu, po jednej stronie eleganckie hotele, sklepy, restauracje, a naprzeciwko – plac, na którym płoną stosy kremacyjne…

Puri to obok Varanasi jedno z najbardziej znanych miejsc, gdzie dokonuje się kremacji. Lecz nie przeszkadzają one w najmniejszym stopniu radosnym, plażowym rozrywkom. Kolorowo wystrojone wielbłądy, równie cudaczne chabety, kiczowate bryczki, sklepiki na kółkach, paszarnie, tłumy ludzi, zwłaszcza przed zachodem słońca. Nieodłącznym elementem plaży w Puri były też stada wałęsających się krów. Naturalnie świętych.

Droga do przeszłości

Najbardziej logiczną trasą z Puri na południe wydaje się NH 16 – szeroka, porządna międzystanówka. Jednak my zauważyliśmy na mapie maleńką ścieżkę, oznaczoną jako droga 203 (Google Maps podaje 316) wzdłuż linii brzegowej. Prowadzi do jeziora Chilika i kontynuuje swój bieg po jego drugiej stronie. Opinie tubylców na temat jej przejezdności były rozbieżne. Nawigacja uporczywie zalecała powrót na główną trasę, ale nasza chęć sprawdzenia i przeżycia dodatkowej przygody wzięła górę.

Chilika jest największym pod względem powierzchni jeziorem subkontynentu indyjskiego i drugą co do wielkości laguną świata! Ciekawostka: maksymalna głębokość wynosi… 4,2 metra!

Witold Palak - Indie

Po dojechaniu do maleńkiej osady rybackiej Satapada z radością odkryliśmy, że zgodnie ze wskazówkami nielicznych, bardziej rozgarniętych osób w Puri, przez jezioro można przeprawić się promem. Kursuje 8 razy dziennie, a za 40-minutową podróż trzeba zapłacić 4 rupie od osoby plus 15 rupii za motocykl. Niektórzy mniej cierpliwi motocykliści korzystali z usług licznych łodzi pasażerskich. Widok łódeczki wypchanej ludźmi i kilkoma motocyklami budził zarówno nasz szacunek, jak i przerażenie. Bezpieczniej czuliśmy się na dużej, metalowej, choć mocno podrdzewiałej krypie. Mogliśmy z niej ze spokojem obserwować delfiny krótkogłowe, z których te wody słyną.

Kiedy dobiliśmy do Janhikuda, czas jakby cofnął się o sto lat. Maleńkie osady, gliniane domki kryte trzciną, wąziutkie groble, półnadzy wieśniacy, poganiający woły, ciągnące obładowane sianem dwukółki. O ileż przyjemniejsza była ta jazda, niż śmiganie nowoczesną szosą. 

Przydały się szanty i kadzidełka

Gopalpur on Sea, kiedyś ważny port, noszący ślady brytyjskiej obecności, potem zapomniana mieścina, dziś na nowo odkrywana jest przez turystów, głównie Bengalczyków. Chcieliśmy zostać tu tylko na noc, ale mocno utargowana, przystępna cena (11 dolarów) w eleganckim hotelu Mermaid za czyściutki pokój z balkonem i widokiem na morze przykuła nas na kilka dni. Pociągała nas nie tylko plaża o bajecznie żółtym piasku, lecz również spektakl, jaki codziennie, tuż przed zachodem słońca, odbywał się w położonym kilometr dalej porcie rybackim.

Pod koniec dnia do nabrzeża przybijały kutry, wracające z połowu. Prezentacja ryb, ważenie, ładowanie na ciężarówki trwało nie dłużej niż godzinę. Towar rozchodził się błyskawicznie. Kto się spóźnił lub za bardzo wybrzydzał, mógł zaopatrzyć się u kilku babinek, które zainwestowały w towar od swoich znajomych rybaków i odsprzedawały nieco drożej. I ja nie mogłem oprzeć się zakupowi kilku ryb. Dla zainteresowanych: żywy rekin 80 cm („baby shark”) – 2 zł, płaszczka (manta) wielkości sporej pizzy – 1 zł, kilogramowy tuńczyk – 3 zł, niewiele droższa (w przeliczeniu na kilogramy) była drapieżna barrakuda.

W podróży często korzystamy z małej kuchenki elektrycznej (stałe żywienie się na ulicy czy w przydrożnych „restauracjach” dawno wykończyłoby nasze żołądki). Garnek, patelnia, dwie łyżki – to był nasz zestaw kuchenny, potrzebny do przeżycia. Nieco zbezcześciliśmy elegancję pokoju hotelowego, przerabiając go chwilowo na kuchnię.

Śpieszę wyjaśnić, że to praktyka bardzo częsta u indyjskich turystów, podróżujących całymi rodzinami z kierowcą/kucharzem. Tyle, że oni zamiast małej kuchenki taszczą 11-kilogramową butlę gazową i stertę garów! Korytarz wypełnia się zapachem z sypialni, służących za garkuchnie. Minimalizowało to nasze poczucie „robienia obory”. Lecz i tak odgłosy skwierczącej patelni zagłuszaliśmy szantami puszczanymi z laptopa, a zapach z patelni lub garnka kamuflowaliśmy wonnymi kadzidełkami.

Do zbratania nie doszło

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Trudno było opanować chęć pozostania w komfortowych warunkach, ale też ciągnęło nas w stronę o zupełnie innym charakterze. W ciągu jednego dnia pokonaliśmy 350 km do Koraput, co na warunki indyjskie i „komfort” jazdy na Enfieldzie jest znakomitym wynikiem.

Podobno można tu załatwić przepustki na tereny zamieszkałe przez ludność plemienną. Nas najbardziej interesowało spotkanie z plemieniem Bonda. Kierownictwo naszego hotelu nic nie wiedziało o pozwoleniach. Ruszyliśmy więc „na dziko” w kierunku Onkadelli. Był czwartek, a więc dzień targowy w wiosce. Schodziły się plemiona z trudno dostępnych, górzystych rejonów. Po drodze minęliśmy dwa punkty kontrolne, ale mundurowi zajęci byli sprawdzaniem jakiegoś obładowanego SUV-a i przemknęliśmy niezauważeni.

Podróż do przeszłości

Wjazd do Onkadelli był tym razem jak cofnięcie się o kilka tysięcy lat. Bonda uważani są za jedno z najstarszych i najbardziej prymitywnych społeczności, zamieszkujących subkontynent indyjski. Liczba członków plemienia – około 6 tysięcy – izolacja geograficzna i kulturowa, a zwłaszcza zdobienie półnagich ciał przez kobiety to magnes dla turystów, często dowożonych klimatyzowanymi autobusami. Niestety, wpisaliśmy się w grupę ekscytującą się takim ludzkim safari, choć na targu spotkaliśmy tylko trzech „indywidualistów” z Japonii. Z tym, że różniliśmy się od nich: nasze motocyklowe stroje były równie intrygujące dla tubylców, jak ich dla nas. Ułatwiało nam to spacer pomiędzy sprzedającymi i robienie zdjęć.

Obie strony wąskiego pasażu obsiadły kobiety, głównie z plemion Bonda i Galaba. Oferowały przede wszystkim produkty spożywcze – warzywa, kuleczki z preparowanego ryżu, oblane słodka melasą, worki z ryżem. Warzywa były mniej więcej takie same, jak w całych Indiach, za to sprzedawczynie – wyjątkowe!

Kobiety z plemienia Bonda słyną z bajecznych ozdób, jakimi przystrajają swoje ciała. Właściwie noszą tylko krótkie spódniczki ringa, zaś górną część ciała przykrywają ogromną liczbą naszyjników z paciorków. W oczy rzucają się też szyje, obwieszone aluminiowymi, potężnymi obręczami.

Bonda słyną z agresywności, zwłaszcza po alkoholu. Odradzano mi spacer na tę część bazaru, gdzie handlowano  alkoholem domowej roboty. Zaryzykowałem. Znalazłem się sam pośród dziesiątków osób nieustannie pijących! Pili wszyscy – kobiety, starcy, a także dzieci, częstowane głębokimi czerpakami z małych tykw. Aby nie być tylko ciekawskim fotografem, wychyliłem z lokalesami kilka tykw, ale ostrożnie, by konsumpcja nie wpłynęła znacząco na moje umiejętności jako motocyklisty. Nie zauważyłem przy tym najmniejszych przejawów typowej dla takich sytuacji serdeczności. Obojętność i raczej wrogie spojrzenia nie zachęcały do dalszego bratania się.

Egzotyczne święta

Zbliżała się Wigilia – już nasza trzecia z rzędu w Indiach. Świąteczne dni staramy się spędzić bliżej naszej kultury, choć w zupełnie odmiennej oprawie. Wśród ludu Bonda nie mogliśmy na to liczyć, więc trochę na chybił-trafił wybraliśmy Jagdalpur – miasto w sąsiadującym z Odishą stanie Chhattisgarh.

Odległość – na jeden dzień jazdy. Dzień wigilijny. Kiedy dotarliśmy do celu, okazało się, że wszystkie hotele są zapełnione! Ale szczęście jechało z nami. W luksusowym jak na nasz standard hotelu Suri International zwolniła się jedna rezerwacja! Była to najlepsza, ale i najdroższa noclegownia w naszej podróży – 25 dolarów za noc po bardzo dużej zniżce!

Dookoła Indii - Witold Palak

Jagdalpur okazał się trafnym wyborem. Na lokalnym targowisku, pełnym kolorowo odzianych kobiet z okolicznych plemion, kupiliśmy okazałą rybę, aby polskiej tradycji stało się zadość. Luksusowy pokój na chwilę zamienił się w kuchnię, a potem w elegancką restaurację, ze stołem zastawionym 12 potrawami (dość egzotycznymi). Niedaleko hotelu znaleźliśmy kościół katolicki, gdzie o godz. 20 odbywała się „pasterka”. W tłumie kolorowych, radosnych wiernych, słuchając kolęd, podziwiając swojsko wyglądające żłóbki, mogliśmy zatopić się w świątecznym nastroju.

Kolejna impreza, której nie chcieliśmy przeżyć gdzieś na prowincji, to Nowy Rok. Właściwym miejscem, by go powitać, wydawało się Chennai (dawniej Madras). Czekało nas blisko 900 km, co w Indiach przekłada się na 3 dni spokojnej jazdy. Stany Telangana i Madhya Pradesh potraktowaliśmy tranzytowo i dzień przed Sylwestrem zameldowaliśmy się w jednym z najbardziej znanych wśród plecakarzy z całego świata, starym, stylowym hotelu Broadlands w nadmorskiej dzielnicy Triplicane. A samo przywitanie Nowego Roku? Czyż mogło być lepsze, głośniejsze, bardziej szalone miejsce niż Marina Beach?

Świątynny szlak

Tamil Nadu to jeden z ulubionych stanów, w których organizowane są wyprawy motocyklowe. To głównie trasy nadmorskie i położone nieco w głębi miasta o wartości sakralno – historycznej. My wybraliśmy znaną wśród podróżników miejscowość Mamallapuram. W wiosce rybackiej Fisherman Colony udało się znaleźć niewielki domek, a w nim pokój z widokiem na morze (7 dolarów za noc). Wspaniała plaża, wyluzowana atmosfera, targ ze świeżymi rybami, a także kilka wspaniałych świątyń w okolicy – to uziemiło nas na 10 dni.

Dookoła Indii - Witold Palak

W końcu ruszyliśmy na „szlak świątynny”. Na pierwszy ogień poszło miasto Chidambaram, gdzie dojazd do głównego kompleksu świątyń blokowała policja. Akurat trafiliśmy na jedno z największych świąt – Festiwal Powozów. Lawirując między gigantycznymi, drewnianymi kołami, pilotowani przez mundurowego, znaleźliśmy nocleg tuż przed wejściem do świątyń.

Wspaniałe świątynie

W południowych Indiach zwieńczenia budynków sakralnych – wimany – są kojarzone z legendarnymi, starożytnymi samolotami. Ile w tych wierzeniach jest prawdy – nie wie nikt, lecz wimany na stałe wpisały się w architekturę hinduskich świątyń. Choć zmęczeni drogą, do późnej nocy uczestniczyliśmy w obrządkach rytualnych.

Dookoła Indii - Witold Palak

Nieco spokojniej było w Kumbakonam. Jego główną atrakcją jest basen Mahamakham, wokół którego wybudowany jest kompleks świątyń. W czasie świąt, odbywających się co 12 lat, zbiornik jest otwarty dla wiernych, mogących dokonać w nim rytualnych ablucji. Jednak największe wrażenie wywarła na nas ogromna świątynia Brihadeeswara, poświęcona bogu Shivie, zbudowana ponad 1000 lat temu! Znajduje się ona w oddalonym o 40 km Tanjavur. Miasto pełne jest też innych zabytków, pochodzących z okresu drawidyjskiego królestwa Chola.

Kolejny dzień jazdy i zawitaliśmy do Tiruchirappali (Trichy). Świetny, stylowy Ashby Hotel za 13 dolarów oprócz wygodnego pokoju oferował nam strzeżony parking. Do zwiedzania – kilka wspaniałych świątyń, a jedna z nich – Uchci Pillayar Rockfort – dostępna po długim podejściu na wysokie wzgórze. Z tej świątyni na skale rozpościera się wspaniały, panoramiczny widok na Trichy. Bogaty kompleks świątyń Jambukeswarar oraz Sri Ranganathaswamy Temple to kolejne miejsca warte obejrzenia. Tę ostatnią, leżącą na rzecznej wyspie Srirangam, wyróżnia najwyższa wimana w południowych Indiach (i generalnie jedna z najwyższych).

Madurai to następny obowiązkowy punkt, reklamowany jako miejsce z najciekawszą, ogromną świątynią o bajecznych kolorach – Meenakshi Temple. Nie wolno do niej wnosić aparatów, ale można było robić zdjęcia smartfonem!

Tam, gdzie trzeba zawracać

Przesyceni zwiedzaniem obiektów sakralnych, odbiliśmy nieco na wschód. Chcieliśmy dojechać na sam koniec Indii, do miejsca, skąd niemal można dojść na Sri Lankę. To słynny Adam’s Bridge – podwodna struktura skalna na kształt mostu, utworzona przez naturę, a według wierzeń – przez bogów.

Miejscowość Rameshwaram na Wyspie Pemban to miejsce licznych pielgrzymek, a także punkt wypadowy do odległego o 20 km Danushkodi. W 1964 roku potężne tsunami zmiotło tam z powierzchni ziemi wioskę i stojący w niej pociąg. Dojazd do tego miejsca tkwił w naszych marzeniach od miesięcy. Niestety, 5 km przed Danushkodi drogę zablokował nam szlaban. Tuż za nim nowiuteńka droga czekała na oficjalne otwarcie. Musieliśmy zostawić motocykl i skorzystaliśmy z jednego z bardzo licznych autobusów, które ten odcinek jadą… po plaży. Opłata – 5 dolarów w obie strony, z 90-minutowym postojem na zwiedzanie ruin wioski. Po powrocie na parking ten sam żołnierz poinformował nas, że… możemy jednak jechać! Więc wróciliśmy, mknąc pięknym asfaltem. Po obu stronach jezdni, niemal na wyciągnięcie ręki, było morze. Droga kończy się 10 km dalej, w Arichalmunai. Dalej już tylko cieśnina, niewidoczny z lądu, podwodny Most Adama i oddalony o 30 km brzeg Sri Lanki.

Choć nieco bledsza niż wcześniejsze wimany, bo niemal zupełnie pozbawiona kolorów, ciekawie prezentuje się świątynia Murugan w Tiruchendur. Jej atrakcją jest położenie – na plaży. Ciekawostka: mężczyźni (i tylko oni), aby wejść do środka, muszą zdjąć koszule.

Jadąc dalej na południe, warto było odbić 2 km od głównej drogi NH 176 i wjechać do osady Manapad. To enklawa chrześcijańska ze wspaniałymi kościołami i katedrą św. Franciszka Ksawerego (XVI-wiecznego misjonarza w Indiach) oraz jaskinią, gdzie święty mieszkał wiele lat. Nadmorski Holy Cross Church w Manapad przechowuje relikwię świętego krzyża, na którym ukrzyżowano Chrystusa. Ciekawa droga krzyżowa i wspaniały, panoramiczny widok dopełniły wrażenia z nieplanowanej wizyty.

Mapa Indii z wyznaczoną trasą

Wreszcie dojechaliśmy do położonego na przylądku Komoryn miasta Kanyakumari. To najbardziej na południe wysunięte miejsce w Indiach. Mnóstwo hoteli, ceny nieco wyższe, mnóstwo hinduskich turystów i pielgrzymów. Kąpiel w miejscu, gdzie stykają się wody Zatoki Bengalskiej, Morza Arabskiego i Oceanu Indyjskiego uważana jest za świętą. Obowiązkowym punktem jest przejażdżka promem na Vivekananda Rock.

Odpoczynek

Kanyakumari wyróżnia jeszcze jeden fenomen: można tu oglądać zarówno wschód, jak i zachód słońca nad morzem. Najlepszą porą na doświadczenie takiego zjawiska jest wiosna. I my takim zachodem słońca, w towarzystwie setek turystów, pożegnaliśmy naszą podróż na południe Indii. Pozostał nam już tylko kierunek na północ.

Postanowiliśmy skorzystać z najlepszej pory roku na odpoczynek. Graniczący z Tamil Nadu stan Kerala to idealne miejsce. Na wybrzeżu – piękne plaże, a w głębi lądu – zielone, herbaciane, chłodniejsze wzgórza. Obawialiśmy się natłoku turystów i wysokich cen noclegów, wybierając na postoje dwie najsłynniejsze nadmorskie miejscowości Kerali – Kovalam i Varkala. Turystów – owszem – mnóstwo, ale bardzo przyzwoite noclegi znaleźliśmy po 10 dolarów za pokój dwuosobowy z łazienką i Internetem. Zdecydowanie ciekawsza wydała nam się Varkala ze stromymi urwiskami, malowniczymi, niemal bezludnymi plażami z piaskiem o różnych barwach (w tym jedna z czarnym!). Przejażdżka do położonych w odległości kilku kilometrów od Varkali miasteczek Kappil i Edava, to rozkosz dla każdego motocyklisty. Lecz Kerala to zupełnie odrębny temat.

 

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
Sprawdź, za co Andrew Short kocha motocykle i jak wyglądała…
Kuba Piątek wrócił do profesjonalnego ścigania prosto do pierwszej dziesiątki…