fbpx
A password will be e-mailed to you.

Okazuje się, że najbardziej dziadowskie paliwo kupowane jest całkowicie legalnie i w zasadzie jego dziadowskość jest całkowicie legalna i usprawiedliwiona.REKLAMA Po raz kolejny okazało się, że król jest nagi. Oczywiście, żyjemy nie w monarchii, a w demokracji, więc zamiast sprawującego władzę króla występuje „sami wiecie kto..” Więc „sami wiecie kto..” z ogromnym i niekłamanym zdziwieniem […]

Okazuje się, że najbardziej dziadowskie paliwo kupowane jest całkowicie legalnie i w zasadzie jego dziadowskość jest całkowicie legalna i usprawiedliwiona.


REKLAMA

Po raz kolejny okazało się, że król jest nagi. Oczywiście, żyjemy nie w monarchii, a w demokracji, więc zamiast sprawującego władzę króla występuje „sami wiecie kto..” Więc „sami wiecie kto..” z ogromnym i niekłamanym zdziwieniem stwierdził, że w Polsce dolewa się różnych świństw do benzyny na niespotykaną nigdzie skalę i postanowił aktywnie walczyć z tym procederem. Do tej pory zjawisko oficjalnie nie występowało wcale, a teraz proszę – ajenci dolewają: mazutu, ropy, rozpuszczalników i prawdopodobnie końskiego moczu. Nagle i zupełnie niespodzianie okazało się, że zamiast benzyny lejemy do zbiorników jakieś świństwo. No, może nie do końca zamiast, bo przecież w miarę nowoczesny pojazd mechaniczny zaopatrzony w silnik spalinowy potrzebuje do pracy przynajmniej odrobiny etyliny, więc prawdopodobnie możemy się spodziewać, że występuje chociaż szczątkowy procent „benzyny w benzynie”. Problem polega tylko na tym, że nikt nie wie, jaki. Doświadczalnie jeszcze nie ustalono, jaka jest minimalna dawka benzyny w cieczy wydobywającej się z rurki dystrybutora, aby silnik w ogóle chciał pracować. Podobno wystarczy 50%, ale żaden instytut naukowy jeszcze tego nie potwierdził.

Kilka lat temu miałem okazję nadzorować badania próbki paliwa zlecone przez dystrybutora silników, który nie chciał uwzględnić reklamacji klienta, twierdząc, że maszyna pracowała na preparatach niespełniających norm, które zaleca producent. Instytut naukowy zbadał odessaną ze zbiornika próbkę paliwa, po czym stwierdził, że co prawda zamiast 95 oktanów ciecz posiada jedynie 91, ale zasadniczo nie to było powodem uszkodzenia silnika. Trzeba nadmienić, że niewystarczająca liczba oktanów nie zrobiła na naukowcach żadnego wrażenia, twierdzili nawet (oczywiście w rozmowie prywatnej) że jest to wynik całkiem przyzwoity. Chemików więc problem wcale nie dziwił już kilka lat temu, kierowców zdaje się też. Ich nieśmiałe popiskiwania w tej sprawie nie były przez nikogo traktowane poważnie, a już najmniej przez media i „sami wiecie kogo…”. Jeszcze kilka miesięcy temu mogliśmy usłyszeć, że co prawda silnik zepsuł się z powodu jakości nalanego paliwa, ale trudno ustalić sprawców, bo przecież pojazdy krążą po całym kraju i niełatwo jest stwierdzić, czy zawiniła ta stacja, czy inna. A dzisiaj proszę – łatwo. Wystarczy zbadać zawartość „benzyny w benzynie” i już powstaje lista najgorszych stacji w Polsce

Motocykliści o jakości tankowanego paliwa przekonują się znacznie szybciej niż samochodziarze. Niewielki zbiornik paliwa mieści średnio 15-18 litrów i można bardzo precyzyjnie określić, ile na takiej ilości można przejechać, nawet z dokładnością do 10 km. A tu proszę, niespodzianka. Raz tankuję – robię 260 km, drugi raz i już tylko 230, a nalałem tyle samo i jechałem w podobnych warunkach. Takie obserwacje najlepiej czyni się w trakcie wakacyjnych podróży, kiedy to w ciągu dnia trzeba tankować kilka razy. I ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie jesteśmy w stanie precyzyjnie ustalić zużycia paliwa. To zdziwienie jednak mija mniej więcej po 2 latach jazdy, kiedy to doświadczalnie ustalimy, na których stacjach warto tankować, a na których nie. „Sami wiecie kto…” jednak dopiero teraz odkrywa paliwową Amerykę, co dziwniejsze w sytuacji, gdy pojazdów w naszym kraju przybywa gwałtownie, natomiast oficjalne zużycie paliwa jakoś nie bardzo rośnie. Przemysł chemiczny zanotował za to zwiększony popyt na różnego rodzaju rozpuszczalniki i chemikalia, które są znacznie tańsze od benzyny. Tych faktów jakoś do tej pory nikt ze sobą nie chciał połączyć w logiczny związek przyczynowo-skutkowy. Na szczęście przyszło olśnienie.


REKLAMA



REKLAMA
Advertisement


Czy ajenci stacji sami wiadrami dolewają do benzyny różnych łatwo palnych świństw, czy też czynione jest to już na poziomie hurtowni, trudno jest stwierdzić, a sprawy takie z pewnością najlepiej zbada prokurator. Jednak o nieprecyzyjnie działające dystrybutory nie możemy obwiniać ani rafinerii, ani hurtowników, tylko bezpośrednio pracowników stacji. W miejscowości Pułtusk (stacji nie wymienię, aby nie narazić się na proces sądowy) udało mi się zatankować do zbiornika o pojemności 18 l ponad 20 l benzyny, a dodać muszę, że na stację pojazd dojechał o własnych siłach i coś tam jeszcze chlupotało na dnie. Z lekcji fizyki wiem, że ciecze generalnie są nieściśliwe, więc zgłosiłem swoje obiekcje panu nalewakowemu. Usłyszałem odpowiedź mętną i pokrętną, że coś tam jeszcze było w rurze dystrybutora, że zbiornik się rozszerzył, a w ogóle to jestem głupi kmiot. Może i jestem „głupi kmiot”, jednak wersja z celowo źle skalibrowanym czujnikiem przepływu znacznie bardziej mi odpowiada niż opowieści o rozszerzającym się zbiorniku paliwa. Ciekaw jestem, czy obecna medialno-prokuratorska łapanka obejmuje jedynie jakość paliw, czy także dokładność ich dystrybuowania?

Żeby było jasne. Wcale nie jestem po stronie złodziei dolewających mazut do benzyny. Chciałbym jedynie, aby w normalnym państwie prawa (za które podobno mamy już niedługo uchodzić) skutecznie działały procedury, które ustrzegą mnie – zwykłego użytkownika dróg – od nieuczciwości. I nie sezon ogórkowy i nagonka prasowa zmuszą „sami wiecie kogo…” do podjęcia w sumie doraźnych działań, jak za dawnych dobrych komunistycznych czasów akcja „Posesja”. Takie chwilowe zrywy mają bowiem to do siebie, że pojawiają się gwałtownie i równie gwałtownie ustają, przeważnie nie przynosząc żadnych rezultatów, a jedyna płynąca z nich korzyść jest taka, że różnego autoramentu telewizyjni redaktorzy i gazeciani felietoniści mają na kilka tygodni pożywkę dla swojej redakcyjnej działalności. Za czas jakiś sprawa ucicha, modna zaczyna być inna afera mięsna czy rzepakowa, a panowie od paliwowych nalewaków znowu mają spokojny i niezmącony niczym (w przeciwieństwie do benzyny) sen.

KOMENTARZE

REKLAMA