W Tadżykistanie wielu z Was już było, a wielu będzie. Wydawało by się, że zjeżdżony wzdłuż i wszerz przez podróżników z Europy, dla których nie jest za daleko pojechać tam nawet na kołach. Co jest tak wyjątkowego w tym kraju, że przyciąga tylu pasjonatów dwóch kołek? Pozwólcie, że przytoczę Wam trzy historie, które sprawiły, że Tadżykistan trafił na szczyt listy najwspanialszych, odwiedzonych miejsc podczas naszej pogoni za marzeniami.

Po kilku dniach spędzonych w magicznej atmosferze starożytnych miast jedwabnego szlaku na terenie Uzbekistanu, wjechaliśmy do Tadżykistanu przez granicę w okolicach miasta Pendżakent. Kiedy wszystko zapowiadało się pięknie, dotarła do nas smutna i mrożąca krew w żyłach wiadomość o ataku terrorystycznym na grupę rowerzystów, wracających z Pamir Highway do stolicy kraju – Duszanbe, czyli odwrotnie, niż my mieliśmy zamiar podążać. Ktoś miał ich rozjechać samochodem, a następnie dokończyć okrutnej masakry nożem. Ktoś miał zginąć na miejscu, a ktoś miał być przewieziony z ranami kłutymi do szpitala. Marta była przerażona. Próbowałem uspokajać , mówiąc, że tego typu historie powtarzane z ust do ust zawsze nabierają niesamowitych rozmiarów.

Sytuacji nie poprawiła grupa kompletnie pijanych Tadżyków, nachalnie zaczepiających Martę, kiedy ja z nowym towarzyszem podróży – Niklasem – załatwialiśmy w Pendżakent tzw. procedury dnia pierwszego, czyli kasę z bankomatu i kartę SIM. Nie był to najlepszy wjazd w nową przygodę…

Wystarczy do szóstego…

Na pierwszy ogień poszła kraina Siedmiu Jezior. Rzeczywiście, droga wiedzie doliną, mijając kolejno siedem jezior. Początkowo nic szczególnie wymagającego. Droga szutrowa, dosyć szeroka i płaska. Mijaliśmy kolejne wioski pełne dzieciaków, które na sam dźwięk motocyklowych wydechów radośnie wybiegały przed bramy, a raczej skromne płotki i z uśmiechem od ucha do ucha, wyciągały dłoń, aby zbić piątkę z przybyszem z odległej krainy na spalinowym koniu. Niesamowite uczucie.

Wspinaliśmy się wyżej i wyżej. Droga zaczynała się robić wymagająca. Jednocześnie przekazywaliśmy podstawowe informacje o jeździe off-roadowej naszemu niemieckiemu koledze, który jechał z nami od Turkmenistanu. Tutaj po raz pierwszy stanął na podnóżkach, po czym w euforii stwierdził, że jakby trochę łatwiej!

W okolicach czwartego lub piątego jeziora na drodze pojawiły się elementy, które lubię najmniej: strome i wąskie zakręty typu agrafka, pod górę, po luźnych kamieniach. Popatrzyłem za siebie, czy przypadkiem nie widzi mnie kolega z Niemiec, w którego oczach przecież byłem już wytrawnym jeźdźcem. Nie widział. Siadłem więc na cztery litery, wyciągnąłem nogi na ziemię i okrakiem zacząłem proces wtaczać się pod górę. Nieważne jak, byle się nie przewrócić…

Ukoronowaniem wycieczki do tej malowniczej krainy był kemping. Nad jeziorem szóstym znajduje się tak niesamowita „miejscówka”, że zgodnie stwierdziliśmy, że nad jezioro siódme nie ma po co jechać. Spaliśmy praktycznie nad brzegiem jeziora, wokół spokój, robiliśmy jedzenie, opowiadając historie dotychczasowej podróży, a poranny prysznic zastąpiliśmy kąpielą w lodowatej wodzie.

Warto się pomylić…

Druga opowieść to w zasadzie historia pewnej pomyłki. Zafascynowani kempingiem w Seven Lakes, zapragnęliśmy powtórzyć przeżycia nad jeziorem Iskandarkul. Ale – jak wiadomo – nic dwa razy się nie zdarza… Żadnego spektakularnego miejsca nie znaleźliśmy. Noc spędziliśmy w mocno średniej jakości guesthausie, a w naszych głowach był już zarysowany nowy plan, szybkiej i łatwej drogi do Duszanbe. Tam planowaliśmy jeden dzień odpoczynku. Byliśmy nastawieni na łatwiutki dzień jazdy, bez zbędnych niespodzianek. No i się zaczęło.

DreamCatchersJourney

Droga z Iskandarkul do Duszanbe prowadzi przez owiany złą sławą tunel Anzob: długi, ciemny, ciasny, miejscami podtopiony, bez wentylacji, w zasadzie nigdy nie dokończony. Uchodzi za jeden z najniebezpieczniejszych tuneli świata. Nazwa „najniebezpieczniejszy” zawsze trochę przyciąga, więc nie powiem – byliśmy ciekawi. Za wszelką cenę nie chciałem tunelu przegapić i trafić na jakąś drogę, którą być może da się go ominąć. Wypatrywałem więc jakichś znaków przy drodze i w końcu dojechaliśmy do skrzyżowania: Anzob w lewo, Dusznabe w prawo.

Nie tylko tunel

Pojechaliśmy w lewo. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Anzob to również nazwa wioski oraz przełęczy. Nawierzchnia drogi z nienagannego asfaltu zaczęła powoli zmieniać się w nieco gorszą. Zaczęły pojawiać się dziury, mniejsze i większe skały, osuwiska ziemi, a czasami szuter. Czułem, że zaszło jakieś nieporozumienie, a przez interkom zaczęły napływać pierwsze oznaki nieuchronnej awantury. Dodatkowo na Garminie moim, i na nieszczęście również mojej małżonki, droga, którą jechaliśmy, oznaczona była jako zamknięta. Wiedziałem już, że trzeba było skręcić w prawo na Duszanbe, ale obmyślałem, jak się wytłumaczyć, żeby wyjść z tego w miarę bezboleśnie.

Jechaliśmy wyżej i wyżej, wiedząc że jedziemy w kierunku przełęczy o tej samej nazwie. Wizja łatwego dnia odeszła w zapomnienie, co jednak wynagradzały coraz to ładniejsze obrazki. Jednocześnie droga robiła się coraz bardziej wymagająca. Przez chwilę naprawdę zastanawialiśmy się, czy w ogóle uda się przejechać. Wkrótce ukazały się jakieś stare zabudowania, a Garmin pokazywał ok. 3300 m n.p.m. Wiedzieliśmy, że przełęcz jest na wyciągnięcie ręki, a skąd droga do Duszanbe.

Na szczyt wjechałem jako pierwszy i wyjęczałem do interkomu „WOW”. Widok na drugą stronę przełęczy jest po prostu nie do opisania. Kiedy Marta po chwili postawiła swój motocykl obok mojego, oboje, choć potwornie zmęczeni i spoceni, skakaliśmy z radości. Warto było się pomylić!

W oczekiwaniu na znak

Trzecia historia, którą chciałbym przytoczyć, wiąże się z doliną Bartang. W zasadzie nie jest to historia o samej dolinie, ale bardziej o ludziach, z którymi mieliśmy okazję ją pokonać.

Przejazd przez dolinę Bartang był moim marzeniem na długo przed rozpoczęciem podróży. Marta nieco się obawiała, wiedząc, że spośród trzech opcji trasy to właśnie Bartang jest tą najtrudniejszą z wręcz legendarnymi przejazdami przez rwące rzeki. Nie naciskałem, chociaż byłem pewien jej umiejętności. Pozostałe opcje to najłatwiejsza wzdłuż Pamir Highway oraz nieco trudniejsza przez Korytarz Wachański, gdzie rezygnuje się z części południowego odcinka Pamir Highway. W zasadzie byliśmy już zdecydowani na opcję pośrednią, ale wciąż pytaliśmy różnych ludzi o opinię na temat Bartangu. Jakoś podświadomie czekaliśmy, że ktoś nam powie „wcale nie jest tak trudno, możecie śmiało jechać”.

Williego poznaliśmy w Duszanbe. W zasadzie to najpierw poznaliśmy jego motocykl. Miasto było przepełnione podróżnikami. Każdy hostel pękał w szwach, co spowodowane było wspomnianym zamachem na rowerzystów. Wszyscy czekali, aż sytuacja się wyjaśni. Odbijaliśmy się od jednych drzwi do drugich, aż na jednym podwórzu zobaczyłem bliźniaczy do mojego model BMW z niebiesko-białymi naklejkami „Karakoram Son”. Wiedziałem, że to maszyna Williego, ponieważ wcześniej wymieniliśmy się kilkoma mailami. Wkrótce mieliśmy razem przejeżdżać przez Chiny.

Kolacja u mechanika

Od pierwszej wizyty na profilu Williego nazwa jego projektu bardzo przypadła mi do gustu. Willi to rzeczywiście syn tamtych gór. Urodził się małej wiosce na północy Pakistanu, skąd w wieku 14 lat wyemigrował do Niemiec. Wracał więc motocyklem w swoje rodzinne strony, ja – w miejsce, które pozostawiło chyba najpiękniejsze wspomnienia z mojej pierwszej podróży.

Na kolację poszliśmy do popularnego w środowisku podróżników, lokalnego mechanika motocyklowego. W Duszanbe trudno nie spotkać innych motocyklistów, jadących do lub wracających z Pamiru. Było kilkanaście osób, świetne jedzenie, głośna muzyka i zimne piwko. Był też Eddie – wysoki gość o charakterystycznych, wschodnioazjatyckich rysach twarzy – Taj od urodzenia mieszkający w Holandii. Człowiek z niesamowitym luzem, a jak się potem okazało, również o wielkim sercu. Kiedy pytaliśmy, dokąd jedzie, nie miał sprecyzowanego planu. Miał określoną liczbę wolnych dni i w tym czasie postanowił pokręcić się po Azji Centralnej. Eddie podróżował na wiekowej, charakterystycznej Hondzie Africa Twin.

Problemy techniczne

Z Duszanbe wyruszyliśmy z Martą dzień po wszystkich, z którymi spędziliśmy tamtą kolację. Ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy część z nich w drodze do miejscowości Kalaikhum. Jeden z kolegów zmagał się z problemem załączonego hamulca postojowego w nowej Afryce Twin. Chwilę po rozwiązaniu problemu pech dopadł i mnie. Złapałem gumę w przednim kole dosłownie na chwilę przed zachodem słońca. W ten sposób wszyscy dotarliśmy do Kalaikhum już po zmroku. I znowu wspólna kolacja, wspólne śniadanie i rozważania o Bartangu.

Ta dolina spędzała sen z powiek nie tylko nam. Eddie i Willi byli zdecydowani. Pozostałe kilka osób zrezygnowało z Bartangu na korzyść Korytarza Wachańskiego. Zarysowały się wiec dwa pierwsze zespoły, no i my, wciąż niezdecydowani.

Rankiem wszyscy ruszyli w kierunku miasteczka Chorog wzdłuż Pamir Highway. Droga była fatalna. To chyba najgorszy odcinek, po jakim mieliśmy okazję jechać podczas całej dotychczasowej podróży. Łatwo o uszkodzenie obręczy lub opony przy zbyt szybkim najechaniu. Podróż nią to kilkugodzinny slalom. Musieliśmy sporo odpoczywać i podczas jednego z takich postojów nadjechała para młodych Szwajcarów w samochodzie terenowym. To byli ludzie, na których czekaliśmy. Powiedzieli, że nie ma się czym przejmować, że stan wód w dolinie Bartang nie jest zbyt wysoki i damy radę. Usłyszeliśmy, co chcieliśmy.

Dotarliśmy do miejscowości Rushan, która jest punktem decyzyjnym. Stamtąd jedzie się na wschód i przez Bartang lub dalej na południe do miejscowości Chorog. Przy drodze stały zaparkowane motocykle Eddiego i Williego. To był dobry znak, świadczył o podobnym tempie – ich i naszym. Powiedzieliśmy więc: „Panowie, jedziemy z Wami”. W ten sposób zespół liczył już cztery osoby, ale czekaliśmy na jeszcze jednego „rycerza”.

Wśród uciekinierów

Mark to Brytyjczyk, który wyruszył w swoją podróż wokół globu Yamahą Tenere XT 660Z. Chciał pojechać do doliny Bartang, ale nie sam ze względu na małe doświadczenie.

Do Tadżykistanu wjechał z odwrotnego kierunku niż my. Pokonał więc sporą część Pamir Highway oraz Korytarz Wachański. Bartang miał być wisienką na torcie. Mark zjawił się w Rushan niedługo po mnie i Marcie. W samą porę, bo zaraz potem pojawił się ktoś jeszcze. Kiedy byliśmy już gotowi ruszać, podszedł do nas mocno rozweselony pan. Nasze plany bardzo mu się podobały, ale stwierdził, że są bez sensu, bo za chwilę rozpoczyna się wesele, a on, wuj panny młodej, serdecznie nas zaprasza. W takich sytuacjach się nie odmawia. Trochę popiliśmy, trochę potańczyliśmy – utworzenie zespołu, atakującego dolinę, uczciliśmy z przytupem.

Pokonaliśmy ją w trzy dni. Początek nie wydawał się trudny. W szybkim tempie, po niezbyt wymagającym szutrze, zrobiliśmy ok. 130 km, ale ponieważ po weselu nie wyruszyliśmy najwcześniej, namioty rozbijaliśmy już po zmroku.

Nocleg pod dachem

Następny dzień rozpocząłem glebą tuż za obozem, w niewielkim strumieniu. Widocznie dolina chciała wysłać wiadomość, że już nie będzie tak łatwo. I rzeczywiście, droga zrobiła się wąska, pojawiło się dużo kamieni, mniejsze lub większe strumienie, trochę błota i trochę piasku. Wymagało to koncentracji non stop. Niedługo po opuszczeniu obozu pojawiły się problemy z odpadającym kufrem w „Afryce” Eddiego. On i Mark walczyli z tym problemem przez dłuższą chwilę. My z Willim kilka kilometrów dalej filtrowaliśmy wodę ze strumienia. To bardzo ważne doświadczenie – zabierzcie do Bartangu filtry wody, jeśli zamierzacie spędzić tam kilka dni.

Późnym popołudniem, pokonawszy jedynie 50 km, dotarliśmy do wioski Gudara. Wszyscy byli zmęczeni, ale w Gudarze za niewielką opłatą można przespać się pod dachem i posilić prostym pożywieniem. Pamiętam, że każdego z nas dziwiło, co mieszkających tu ludzi skłoniło, aby mieszkać w tak surowym terenie. Nie do końca zrozumiałem, o którą wojnę chodziło, ale to właśnie z jej powodu ludzie zaczęli uciekać w te trudno dostępne tereny, by nie dać się wcielić do armii. Potem, kiedy już się osiedlili i założyli rodziny, trudno było gdziekolwiek wrócić.

Byłem dumny…

Rankiem następnego dnia humory mieliśmy wyborne, jednak w naszych głowach było nieco obaw. Mając na uwadze niewielki dystans zrobiony poprzedniego dnia, nie byliśmy pewni, czy zdołamy wyjechać z doliny w jeden dzień. Emocje podniosła też informacja o dwóch trudnych rzekach do przekroczenia. Kolejne ważne doświadczenie – przez rzeki należy przejeżdżać o poranku, kiedy wody w nich jest zdecydowanie mniej niż późnym popołudniem, a nurt jest dużo słabszy. Każda kolejna przeprawa była coraz bardziej emocjonująca, a poziom wody w strumieniach nierzadko podnosił się wręcz w oczach.

Cały dzień był trudny. Zmierzaliśmy w kierunku małej wioski przy jeziorze Karakul, nie wiedząc nawet, czy znajdziemy tam jakieś miejsce do spania. Na tym etapie jechaliśmy już w naturalnie utworzonych podgrupach. Willi, jak samotny wilk, zawsze gdzieś z przodu lub z tyłu, często na dużym ryzyku wjeżdżał nie tylko tam, gdzie musiał, ale również tam, gdzie chciał, jak np. wąskie, wiszące mosty. Szczęśliwie upadał tylko wtedy, gdy ktoś z nas był w pobliżu. Mark jeździł wspólnie z Eddim, który przekazywał mu na bieżąco wskazówki. Na jednym odcinku przewrócił się tyle razy, że był kompletnie wykończony. Błagał, żebyśmy dalej jechali sami, bo nie chce opóźniać grupy. Nikt nawet o tym nie myślał. Jazda na motocyklu szosowym zawsze mu wychodziła, ale tego dnia poznał, czym jest enduro.

Trzecią podgrupę tworzyłem ja i Marta, której starałem się pokazywać łatwiejsze ścieżki przejazdu przez trudniejsze sekcje.

Wiele osób przed wyjazdem pytało mnie, czy się nie boję zabierać kobiety z małym doświadczeniem w taką podróż. Tego dnia się nie bałem. Byłem wręcz dumny, a Marta szła przez dolinę jak zła. Na pewno spore znaczenie miał tutaj mały i lekki motocykl, ale również bardzo dobre przygotowanie w Akademii Enduro. Instruktorzy nie tylko pokazali tam Marcie, jak ma jeździć, ale sprawili, że ja nie zszedłem na zawał.

Wszystko szło pięknie… do czasu. Nie przewidzieliśmy jednej rzeczy – wysokości, na którą wjedziemy. Tak byliśmy zafascynowani przygodą, że nikt nie sprawdził, iż wspięliśmy się na ok 4000 m n.p.m. Przypomnę tylko, że tabletki, które przeciwdziałają objawom choroby wysokościowej, należy wziąć kilka dni przed wspinaczką. Wszyscy odczuwali lekkie osłabienie i zawroty głowy, ale Martę dopadło dosyć mocno. A wciąż pozostał spory kawałek drogi. Najgorszy był fakt, że po wyjechaniu na wyżynę, po której zmierzaliśmy już w kierunku Pamir Highway, nie było co liczyć na szybki powrót na mniejsze wysokości. Temperatura spadła do ok 12 stopni, a my wciąż mieliśmy do pokonania jedną głęboką i wymagającą rzekę – zdecydowanie najtrudniejszy element na trasie. Nurt był tak silny, że przepychał motocykle w dół, a poziom wody był na tyle wysoki, że rozprysk dosięgnął wizjerów w kaskach. Wszyscy byli doszczętnie przemoczeni i zmarznięci.

Choroba wysokościowa

Radość, kiedy wyjechaliśmy na asfalt, była ogromna, ale krótka. Do wioski Karakul dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Marta była już w fatalnym stanie. Dostaliśmy skromy posiłek i pokój, do którego wpadało niewiele powietrza. Znając swój organizm, byłem zaskoczony, że czuję się wciąż dobrze. Pamiętałem jednak, po moich pierwszych doświadczeniach w Himalajach, że mnie dopadało dopiero w nocy lub wczesnym rankiem. Tak było i tym razem.

Wieczorem oboje wzięliśmy tabletki, mając nadzieję, że może trochę pomogą. Marta ożyła około północy, a mnie dopadło może pół godziny później. Role się odwróciły i teraz to ja byłem prowadzany na rzyganko do prowizorycznego kibelka. Ciężko było postawić kilka kroków, nie potykając się o jakiś kamień. Rankiem dowiedzieliśmy się, że granica z Kirgistanem jest jeszcze o blisko 200 m wyżej…

Do zobaczenia na drogach przez świat

Dziś, kiedy piszę ten tekst, jesteśmy już w Indonezji (a faktycznie już w Europie). Tadżykistan wspominamy jako jeden z najfajniejszych krajów, jakie odwiedziliśmy. Seven Lakes oraz Anzob Pass to miejsca przepiękne, a Dolina Bartang to zdecydowanie najlepsza przygoda, jaką przeżyliśmy, w dodatku w doborowym towarzystwie. Willi kontynuuje swoją podróż wokół globu, jest gdzieś w Ameryce Południowej. Mark szykuje się w Anglii do wznowienia swojej podróży po awarii skrzyni biegów w Mongolii, a Eddie przygotowuje się do nowej przygody… w roli ojca. Ci ludzie sprawili, że tak ciepło dziś patrzymy na tamten trudny okres i z chęcią spotkamy się z nimi raz jeszcze na jakichś drogach przez świat.

KOMENTARZE

Polecane artykuły
Młodzi, szybcy, wychowani w sportowym duchu. Przed nami kolejna odsłona…
W jaki sposób uatrakcyjnić wygląd tylnej części motocykla a przy…