fbpx
A password will be e-mailed to you.

Stało się! Po raz pierwszy w życiu dosiadłem chińskiej sześćsetpiećdziesiątki. I żeby było jasne – nie chodzi o motocykl produkowany za Wielkim Murem pod szyldem uznanej światowej marki, tylko z własnym, co prawda pisanym łacińskim alfabetem, lecz jednak chińskim logotypem.

Już kilka lat temu zwracałem uwagę na fakt, że ambicje chińskich producentów motocykli sięgają znacznie wyżej niż tylko motorowery czy stodwudziestkipiątki. Było jedynie kwestią czasu, kiedy podejmą oni próbę dobrania się do skóry światowym potentatom w wyższych klasach pojemnościowych. Oczywiście tego typu jednostki napędowe są już w Chinach produkowane od dawna, tyle tylko, że do tej pory instalowane były w motocyklach dobrze zakorzenionych europejskich marek, jak BMW, Aprilia czy Benelli.

Wszystko wskazuje na to, że teraz stratedzy biznesowi doszli do wniosku, że przyszedł czas na zaprezentowanie światu własnych marek. Mniej więcej trzy lata temu „rozpoznanie bojem” przeprowadzone zostało maszynami klasy 300 ccm, które trafiły do oferty Zontesa i Voge. Akurat te dwie marki próbują rozpychać się w naszym kraju, ale w Europie jest już tych brandów nieco więcej. Same logotypy są co prawda jeszcze mało rozpoznawalne, ale nie ma co się oszukiwać – gdy tylko odrzucimy irracjonalne lęki krążące wokół „chińskości”, to są to całkiem przyzwoite motorki, w niczym nie odbiegające technologiami i designem od konstrukcji europejskich czy japońskich.

Przekonałem się o tym podczas licznych testów porównawczych i poza brakiem dobrze rozpoznawalnego napisu na zbiorniku paliwa, nie mam im niemal nic do zarzucenia. Niekiedy nawet bywają lepiej wyposażone od swoich bardziej uznanych konkurentów. Odnoszę wrażenie, że tak jak wiele lat temu mieliśmy do czynienia z brutalnym wyparciem z rynku maszyn europejskich przez japońską konkurencję (USA to zupełnie inny temat), tak teraz jesteśmy świadkami podobnej próby, czynionej przez Chińczyków.

Można się z tej tezy śmiać, ale gdy bliżej przyjrzymy się temu zjawisku, to w zasadzie klasa 125 jest już pozamiatana, a kategoria 300 ccm co najmniej mocno podgryzana. Teraz przychodzi czas na poważniejsze pojemności. Może jeszcze nie te największe, ale zapewne na wszystko przyjdzie czas. Bo czego jak czego, ale cierpliwości i konsekwencji Chińczykom odmówić nie można.

Kilka dni temu zapoznawałem się z pięćsetką marki Voge (zgoda, 500DS to coś w rodzaju kopii Hondy CB500X), wczoraj po raz pierwszy w życiu okraczyłem sześćsetpięćdziesiątkę z chińskim logotypem na zbiorniku, a dosłownie za chwilę, na wystawie EICMA w Mediolanie, zaprezentowany zostanie Voge 900DS. I nie ma w zasadzie znaczenia, że obie te maszyny typu adventure to niemal dokładne kopie bawarskich motocykli. Czy raczej chińskich, ale produkowanych w reżimach technologicznych BMW i oczywiście z biało-niebieskim śmigiełkiem w logotypie. A skoro pojawiają się one z coraz większą częstotliwością w różnych krajach Europy, to nie mam wątpliwości, że niebawem zagoszczą również w polskich salonach.

Tu już żartów nie ma. O ile japońscy i europejscy producenci mogli sobie odpuścić  walkę w mniejszych klasach pojemnościowych, to teraz będą musieli jakoś zareagować, bo przecież z czegoś trzeba żyć. Oczywiście upłynie jeszcze nieco czasu, zanim motocykliści ze Starego Kontynentu przyzwyczają się do nowych firm, ale zagrożenie jest poważne i w żadnym razie nie należy go lekceważyć.  Przywiązanie do marki to jedno, ale przecież czasami w życiu kierujemy się nie tylko sercem, ale także i pragmatyzmem. Jeżeli produkt (motocykl w końcu też nim jest) nie jest gorszy od tego uznanej marki, a oferowany w nieco (zaawansowane technologie zawsze muszą kosztować) niższej cenie, to przynajmniej warto mu się przyjrzeć. Jeszcze kilkanaście lat temu na samochody takich marek jak Kia czy Hyundai przeciętny Europejczyk nie chciał nawet spojrzeć. Dlaczego z motocyklami miałoby być inaczej?

Z pozycji klienta to bardzo dobra wiadomość. Nic tak dobrze nie działa na rynek, jak agresywna konkurencja. Ona zawsze skutkuje albo obniżką cen, albo wyraźną poprawą jakości konstrukcji i dołożeniem gadżetów czy akcesoriów. Tak czy owak, na tej chińskiej ofensywie zawsze wygrani będą  motocykliści.     

 

KOMENTARZE